#uMWh3

Cała moja rodzina jest bardzo atrakcyjna. Rodzice szczupli, zadbani, nikt nie może uwierzyć w ich wiek. Siostra swego czasu dorabiała sobie jako modelka, obecnie jest matką 3 dzieci i nadal ma figurę, o jakiej mogłaby pomarzyć niejedna nastolatka (a podstawą jej diety są ser, makaron i śmietana). Brat przystojny, wysportowany, kochała się w nim każda moja koleżanka.

Moją urodą też zawsze się wszyscy zachwycali. Przyzwyczaiłam się do tego, że przyciągam spojrzenia, dużo rzeczy mi łatwo przychodzi, koleżanki mi zazdroszczą, a koledzy się podkochują. Po szkole zaczęłam pracować jako stewardessa w jednej z najlepszych linii na świecie, pracę oczywiście też dostałam ze względu na swój wygląd. Latałam przez 8 lat (o mojej pracy też mogłabym napisać kilka fajnych wyznań, ale teraz nie o tym). Miałam skończony jedynie licencjat, a zarabiałam ok. 15-20 tys. na rękę (w kraju, w którym mieszkałam, nie płaci się podatków), przy czym mieszkanie i transport do pracy zapewniała firma. Czułam się jak królowa życia.

Niestety, podczas jednego z layoverów w Afryce zaraziłam się malarią. Na początku nie zdiagnozowali tej choroby, skończyło się na tym, że podczas jednego z lotów zemdlałam i wpadłam w śpiączkę. Wylądowałam w szpitalu musiałam mieć przetaczaną krew, za co musiałam dopłacać z własnej kieszeni, więc znaczna część moich oszczędności poszła na leczenie. Ze względu na stan zdrowia nie mogłam dalej pracować (przez późne wykrycie mam ciężkie powikłania).

Wróciłam do Polski, a moje życie odwróciło się do góry nogami. Bardzo przytyłam, choroba również odbiła się na moim wyglądzie. Teraz jak oglądam moje stare zdjęcia, to chce mi się tylko płakać. Nagle ludzie nie patrzą na mnie tak przychylnie jak kiedyś. Rodzina bardzo mnie kocha, ale wiem, że mnie obgadują, że przytyłam i mogłabym w końcu coś z tym zrobić. Mam tylko licencjat, nigdy nie pracowałam w innym zawodzie niż stewardessa. Może to głupio zabrzmi, ale zawsze myślałam, że nie muszę się przejmować przyszłością, bo kiedyś wyjdę bogato za mąż (tak mi tez sugerowała rodzina), a teraz żaden facet już się za mną nie ogląda. Na rynku pracy jestem w takiej samej sytuacji jak osoby tuż po studiach, tylko jestem od nich 10 lat starsza, więc wiadomo kogo wolą zatrudnić pracodawcy.

Przez 8 lat przyzwyczaiłam się do życia w luksusie. Teraz żałuję tysięcy wydanych na torebki, buty, kosmetyki, czuję, że to pieniądze wyrzucone w błoto. Wygląd przestał być dla mnie ważny. Pewnie mogłabym schudnąć i o siebie zadbać, ale im większe czuję naciski, tym mniej mam na to ochotę. Nie mam pomysłu na życie, nie mam chłopaka, nienawidzę swojej obecnej pracy. Znajomi namawiają mnie, żebym napisała książkę o swojej pracy jako stewardessa, ale nie mam umiejętności pisarskich (co pewnie widać też po tym wyznaniu).
Tak to wygląda, musiałam się wyżalić.

#NRBCn

Mam męża z dość liczną rodziną, która mieszka albo w tym samym mieście, albo dość blisko. Moja rodzina jest mała i mieszka daleko.
Zaszłam w ciążę praktycznie w tym samym momencie co siostra męża. I wszystko ekstra, ale jednak trochę mi smutno. Bo wszyscy skaczą wokół siostry.

Jak (przed kwarantanną) były spotkania rodzinne, to każdy się interesował jej samopoczuciem, wynikami badań, a ja siedziałam obok z praktycznie identycznym brzuchem. Owszem, też byłam ciekawa jak się czuje, i sama pytałam o kilka rzeczy. Mężowi też się przykro zrobiło, bo on również został pominięty. Mąż siostry dostał gratulacje bardzo huczne, a mój "zwykłe". Nie wiem, może to wynika z tego, że ona zaszła w ciążę jakieś dwa tygodnie przede mną i wszystkie badania też ma dwa tygodnie przede mną. Rodzina się nasłucha o badaniu, co to za badanie i co z tego wynika, więc u mnie ogranicza się już do "Dobrze?" "No to dobrze!".

Nie chcę być w jakimś centrum uwagi, ale dla mnie to pierwsza ciąża (dla niej kolejna) i czuję się, jakby ktoś mi zabierał cieszenie się tym, co mogę mieć. Chciałabym być traktowana tak samo, chciałabym, aby mój mąż był traktowany tak samo.
Trochę mi przykro...

#78lID

Po kilku miesiącach związku z moją dziewczyną dowiedziałem się, że jej były chłopak (którego miałem okazję poznać) ją kilkukrotnie zgwałcił.
Nie potrafię o tym z nikim porozmawiać, ale nienawidzę tego gnoja całym sercem. Często o nim myślę i kiedy go widzę (studiujemy na tej samej uczelni), chciałbym mu przywalić. Moja dziewczyna nie chce, żebym komukolwiek o tym mówił, więc to uszanowałem. Nie potrafię jednak poradzić sobie z nienawiścią wobec tego człowieka.

Tuż przed epidemią wyszukałem jego adres (ma bardzo rzadkie nazwisko, a jego rodzina biznes w małej miejscowości) i wysłałem na niego anonimowy (wydrukowany, wysłany z innego miasta - dużo jeżdżę) list na temat czegoś, co zrobił w przeszłości (nie ma związku z moją dziewczyną; udało mi się o tym dowiedzieć po długim poszukiwaniu informacji na jego temat) i żeby czuł się obserwowany.


Wiem, że stalkowałem go i to jest złe, ale mam chociaż teraz trochę satysfakcji, że pewnie sra ze strachu, że jego sekret wyjdzie na jaw.

#E99Q7

Otóż...
Jestem dendrofilem.
Podniecają mnie drzewa, lubię się o nie ocierać, a jeśli jest taka możliwość, jakaś dziura w drzewie, to... wiadomo co ;)
Niesamowicie wkurza mnie, że tacy jak ja są uznawani za dewiantów. Tacy homoseksualiści są coraz bardziej akceptowani społecznie, a nas cały czas uważa się za zboczeńców, a przecież zarówno oni, jak i my nikomu krzywdy nie robimy. W zasadzie różnimy się od nich tylko obiektem fascynacji. Jesteśmy normalni, tylko mamy inne upodobania seksualne. A mimo to my jesteśmy uznawani za chorych zboków, a oni nie.
Mam nadzieję, że dożyję czasów, kiedy dendrofilia będzie traktowana tak jak homoseksualizm teraz.

#5PECM

Ostatnio pojawiło się tu kilka historii o mieszkaniu ze starszymi osobami oraz o tym, jak potrafią one irytować. Pozwolę sobie opowiedzieć o pewnej starszej pani.

Starsza pani ma lat 83 i jest babcią mojego partnera. Zanim jeszcze z nimi zamieszkałam, wielokrotnie słyszałam od niego, jak to ona go niemiłosiernie denerwuje. Początkowo próbowałam ją jakoś bronić, bo to w końcu osoba starsza i ze względu na wiek może robić różne dziwne rzeczy. Przekonałam się jednak sama i mam już dość. Jest straszna. Kocha zapalać kadzidełka starsze od niej i śmierdzące dymem. Zresztą co do smrodu Starsza Pani myje się raz na kwartał - tylko po to, żeby zmyć z siebie maści, którymi się codziennie smaruje (warstwą taką, że się nie wchłania). Nie spuszcza po sobie wody w toalecie, a jeśli wyjedziemy na weekend, całe mieszkanie śmierdzi jej moczem.

Mieszkanie jest oczywiście jej i nie wolno nic w nim robić. Żadnego remontu, odnowienia ścian czy nawet wymiany jej łóżka na nowe, żeby jej się lepiej spało. Gdy proponujemy twierdzi, że "CHCEMY JĄ ZABIĆ I NIE MA TU JUŻ SWOICH RZECZY". Mimo faktu, że 80% rzeczy (również w naszym pokoju) jest jej i nikt ich nie dotyka. Zresztą teksty o próbie morderstwa mój partner usłyszał gdy tłumaczył jej, że nie może jeść spleśniałych rzeczy. I jeśli to można by było jeszcze jakoś usprawiedliwić, ale ona zawsze miała okropny charakter. Jest wredna i traktuje mnie jak powietrze, podsłuchuje nas, szpera w rzeczach, ogólnie mnie nie cierpi.

Gdy rozmawialiśmy o tym, że chcę z nimi zamieszkać przez 2 miesiące, ciągle przekładała decyzję mówiąc, że jeszcze pomyśli. To była pilna sprawa i mój partner musiał postawić jej ultimatum, żeby w końcu się ustosunkowała. I to nawet nie tak, że byłam dla niej kiedykolwiek niemiła, wręcz przeciwnie, zawsze staram się jej pomagać, a nawet czasem jej gotuję. Ona nadal mnie ignoruje.

Uważa, iż ukradłam jej ukochanego wnuczka, którego zresztą traktuje jak 5-latka, mimo iż to dorosły facet. Kocha psy, ale naszego nie znosi, zwłaszcza gdy szczeka lub patrzy na nią podczas jedzenia swoim maślanym wzrokiem. Wtedy płacze i mówi, że on ją wykańcza psychicznie. Notorycznie mówi w ten sam sposób o naszym kocie, którego otwarcie nienawidzi.

Jeśli gdzieś wyjeżdżamy, uwielbia wydzwaniać i mówić jak to cierpi. Ciągle płacze bez powodu, ale tak żeby wszyscy słyszeli i się użalili. Podobno czuje się okropnie i jest chora, ale co dzień wędruje na miasto na zakupy i spotkania. Nie ma też zamiaru iść do żadnego lekarza, bo co jej konował pomoże. Chyba że do rodzinnego na plotki.


Ogółem nikogo nie szanuje i zawsze patrzy na innych ludzi z góry. Jedyny temat jaki uznaje to ona i wszyscy muszą ją wielbić. Do tego często kłamie. Jest jeszcze mnóstwo takich rzeczy, które irytują.

Anonimowe? Wstyd mi, ale codziennie rano mam nadzieję, że umarła w nocy i wyobrażam sobie, jak by nam było lepiej.

#iv4fg

Chciałabym podzielić się z wami problemem, który nie do końca wiem jak rozwiązać, ale pozwólcie, że chociaż tutaj się "wygadam". Może będzie mi troszkę lżej.

Z Danielem jesteśmy razem od 1,5 roku. Na początku naszej znajomości nie myślałam o nim jak o kimś, z kim mogłabym się związać, bo 4 lata wcześniej zakończył się mój związek trwający 12 lat, który niestety przypłaciłam zdrowiem (z byłym mężem mam 5-letnią córeczkę). Nie chciałam z nikim się wiązać, bo bałam się cierpieć po raz kolejny, ale Daniel tak bardzo i długo się starał, że postanowiłam dać nam szansę. Pokochałam go i jestem z nim bardzo szczęśliwa, ale jest jeden problem... Jego była dziewczyna, z którą ma dziecko.

Jak tylko dowiedziała się, że Daniel ma kogoś, zaczęła się burza. Najpierw zaczęłam dostawać anonimowe wiadomości na Facebooku z jakichś "lewych" kont. Nie podejrzewaliśmy jej, ponieważ miała kogoś, ale wiadomości było coraz więcej. Blokowałam konta, a wiadomości dostawałam z kolejnych. Po 5 miesiącach przestała kryć się z tym, że to ona za tym wszystkim stoi. Zaczęła mi się odgrażać, że jeżeli nie zostawię Daniela, to zrobi wszystko, aby nastawić ich córkę przeciwko niemu, wyzywała mnie od najgorszych, pisała, że zniszczy mi życie. Nawet jej rodzina do mnie zaczęła pisać, że Daniel przeze mnie prócz alimentów nie pomaga finansowo jak kiedyś. Tylko że ja nigdy nie wtrąciłam się w jego relacje z byłą i dzieckiem. Nie interesowało mnie, czy pomaga jej finansowo czy też nie, bo to jego sprawa i jego pieniądze. On sam stwierdził, że ma dość już sponsorowania byłej, bo skoro dziecko poszło do przedszkola, więc ona, skoro ma ręce i nogi, to może iść do pracy, a nie być ciągle na utrzymaniu jego i państwa...

Do pewnego czasu te wiadomości mi nie przeszkadzały, bo sądziłam, że wreszcie jej się znudzi, ale minęło już 11 miesięcy, a ona nadal pisze i się odgraża... Daniel twierdzi, że nie wie co w tej sytuacji ma zrobić, bo nawet ostrzeżenie, że pójdziemy na policję z tymi wiadomościami sprawiło, że tylko nas wyśmiała i powiedziała, że nie spocznie, póki nas nie rozdzieli, bo nigdy nie pozwoli, aby obca "baba" zbliżała się do dziecka, które jest tylko jej.

Od dłuższego czasu to wszystko zaczęło negatywnie na mnie wpływać. Zaczęłam bać się do czego ta kobieta może się posunąć, aby osiągnąć swój cel. Uwierzcie mi, że da się być "normalną" byłą, bo też mam dziecko z poprzedniego związku, ale ani ja, ani mój były nie wtrącamy się w nasze wzajemne życie, a córka może widywać się z ojcem i jego kobietą, bo oboje mamy prawo ułożyć sobie życie na nowo.

Bardzo kocham Daniela, ale nie daje mi spokoju myśl, że jestem skazana na jego byłą ze względu na dziecko, które ich łączy... Pozostają mi dwa wyjścia. Albo zostać z Danielem i zaakceptować to, że nie będę miała życia przez jego byłą, albo po prostu odejść.

#Z1ul6

#DHtct

To znowu ja. Przychodzę z dalszym ciągiem moich romantycznych zmagań z sąsiadką. Tym razem z happy endem.
Na początku chciałbym sprostować, iż nasze miłosne podchody trwają już jakiś czas, jeszcze sprzed pandemii.
Teraz przejdźmy do meritum.

Pewnego dnia, po akcji z makaronem, podczas gdy krzątałem się po salonie i wypróbowywałem różne wersje wypowiadania: "Hej sąsiadka!", usłyszałem pukanie do drzwi:
- Hej sąsiadka!
- Cześć, słuchaj, mógłbyś mi w czymś pomóc? Jeżeli masz czas, oczywiście.
- Mam go aż nadto! W czym problem?
- Bartuś został dzisiaj u mojej mamy, a ja korzystając z chwili dla siebie postanowiłam złożyć szafkę, ale kiepsko mi to wychodzi.
- Mogłaś przyjść do mnie od razu, nie musiałabyś się tak z tym męczyć niepotrzebnie! Daj mi chwilkę, wezmę tylko parę rzeczy.
- Super, dzięki! To będę czekała.

Serce łomocze, zimny pot człowieka zalewa. Co teraz? Cały mój plan szlag trafił. Miała być włoska kolacja, będzie szwedzka szafka. No nic. Praktycznie w biegu zgarnąłem parę narzędzi i pognałem po schodach niczym struś pędziwiatr w kierunku ukochanej.

Czekała na mnie w progu. Miałem wrażenie, że jest jeszcze piękniejsza niż kilka minut temu. Gotowy zaimponować pani mego serca wkroczyłem więc do jej mieszkania.

Z tą szafką nie poszło wcale tak łatwo, jak się spodziewałem. Wraz z sąsiadką praktycznie od razu złapaliśmy kontakt wzrokowy. Zamurowało mnie. Słyszałem bicie własnego serca. Zupełnie jakby miało mi wyskoczyć z klatki i pognać w jej stronę. Sekundy mijały, a ja nie czułem, że napięcie ma szansę zmaleć.
- Chcesz coś do picia? - Spytała, ale słychać było, że to pytanie retoryczne.
- Nie - odparłem.
Czułem, że jestem bliski wzięcia jej w swoje ramiona. Nie chciałem jednak robić pierwszego kroku, bo bałem się, że to nie jest dobry moment. Ona jednak cały czas utrzymywała kontakt wzrokowy, dając mi znać, że to może zajść dalej, a ja... Spanikowałem. Strach mnie obleciał. Stchórzyłem. Nazywajcie to jak chcecie. Spuściłem wzrok, spytałem, czy mogę skorzystać z toalety i w myślach, okładając się biczem, krzyczałem: "Ośle, kretynie!". Byłem na siebie wściekły! Kobieta daje ci do zrozumienia, że jej się podobasz, a ty jak ostatni tchórz uciekasz do łazienki!
Ogarnąłem się i wyszedłem.
- Wszystko OK? - spytała.
- Wszystko OK - odparłem zrezygnowany. - To co? Składamy? Gdzie nasza nieszczęsna szafka?
- Szafka? Nie ma... - odpowiedziała zawstydzona i schowała głowę w moją bluzę.
- Nie?
- Nie...
- Och...
Przez chwilę patrzyliśmy się na siebie w milczeniu, po czym... hm... Powiedzmy, że tym razem nie spanikowałem i wszystko obyło się bez zbędnych komplikacji. Szczerze mówiąc, jestem nieopisanie szczęśliwy. Ktoś z was zapytał, czy znam ją dobrze. Moja odpowiedź brzmi - wystarczająco, żeby się zakochać. Reszty dowiem się z czasem :).

#Zlq5Q

Kiedyś byłam bardzo samotna i delikatnie pijana, więc zaprosiłam do siebie dostawcę żarcia na wspólne "spędzanie czasu". Po paru uniesieniach spytałam, czy jego szef nie ma nic przeciwko opuszczaniu miejsca pracy, ale odpowiedział, że knajpa należy do jego wujka i nie będzie miał żadnego problemu, bo napisał, że coś ważnego mu wypadło.

Mam ponad 40 lat i to był mój pierwszy raz. Przez 13 lat walczyłam z chorobą i nie miałam czasu na randki. Nie żałuję.

#HGPdT

Kiedy byłam mała, obok nas mieszkał "wujek". Był to starszy facet po pięćdziesiątce, który lubił częstować dzieci z osiedla cukierkami. Wśród nas, dzieci, krążyła plotka, że ów wujek zabiera dziewczynki do siebie i pokazuje im swoją kolekcję znaczków pocztowych. Opowiadał przy tym historie z nimi związane oraz częstował słodyczami. Oj, dziecięca naiwności...

Pech chciał, że akurat wtedy stałam się jego "ulubienicą". Zapraszał mnie do siebie, dawał albumy ze znaczkami, częstował herbatką i ciastkami. Rodzice nie mieli nic przeciwko, bo facet miał żonę, swoje dzieci i był poważanym lekarzem. Niestety z każdą wizytą "wujek" robił się coraz bardziej natarczywy. Kiedyś wystarczyło, że usiadłam mu na kolanach, potem prosił, żebym dała mu buziaka w policzek w podziękowaniu za słodycze.. Z czasem dochodziło nawet do przebierania mnie w różne sukienki, jak to tłumaczył - abym poczuła się jak kobieta. Zaczynałam czuć się niepewnie, więc pewnego razu zapowiedziałam, że więcej już nie chcę przychodzić. Nie miał nic przeciwko, ale stwierdził, że najpierw muszę mu dać ostatniego buziaka. Nie będę tego opisywała w szczegółach, bo zbiera mnie na wymioty, ale powiem tylko, że nie w policzek miał być skierowany...

Bardzo się wystraszyłam, więc ugryzłam dziada w przyrodzenie. Bardzo mocno. Uciekłam, a on chyba zadzwonił po pogotowie, bo z okna zauważyłam, jak wsadzają go do karetki. Niedługo potem poszedł pozew o rozwód ze strony jego żony. Chyba myślała, że mąż ją zdradza z inną kobietą.

Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam i mam wyrzuty sumienia. Co prawda zboczeniec już nie bytuje na tym świecie od wielu lat, ale nadal zastanawiam się, czy nie zrobił krzywdy jakiejś innej dziewczynce. Pociesza mnie tylko to, że facet stracił możliwość czerpania fizycznej przyjemności z takich rzeczy. Z tego, co opowiadała mi mama, zatroskana o osiedlowego lekarza.

#UDZYs

Wybrałam się na zakupy do jednego z popularnych marketów. Podczas gdy błądziłam między półkami podeszła do mnie niziutka starsza pani z twarzą osłoniętą szalikiem - widać było, że taka forma ochrony bardzo ją męczy. Z wyraźnym zawstydzeniem zapytała, czy mogłaby poprosić mnie o drobne zakupy na kolację i zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, zaczęła się tłumaczyć - że emerytura niska, a produkty są coraz droższe i chcąc nie chcąc musiała zacząć szukać pomocy u obcych ludzi. Poprosiła o zakup chleba i "czegoś na kanapkę", od razu zastrzegła, że chciałaby zrobić te zakupy za dosłownie 10 złotych. Zgodziłam się i umówiłyśmy się, że zaczekam na nią w określonym miejscu w sklepie, a ona przyniesie to, co najbardziej jej smakuje. Pani znalazła mnie po chwili, trzymając w rękach opakowanie chleba i wiaderko twarożku. Natychmiast zaczęła recytować ceny: "wzięłam taki chlebek, kosztuje 2,49, i taki twarożek za 6,49, ale takie wiaderko mi starcza na długo, czasem smaruję jeszcze dżemem, ale nie wzięłam, bo byłoby więcej niż 10 zł". Już po chwili stałam przy kasie z chlebem, twarogiem i słojem truskawkowego dżemu. Pani zdążyła jeszcze krótko wytłumaczyć szalik, którym zasłaniała usta i nos: "wie pani, te maseczki też drogie" i tylko było mi cholernie przykro, że akurat tego dnia nie miałam przy sobie zapasowej maski wielorazowego użytku.
Nie chcę robić z siebie bohatera, nie uważam tego za niezwykły wyczyn. Po prostu pamiętajcie, że są wśród nas ludzie, dla których obecna sytuacja jest wyjątkowo trudna i potrzebują pomocy. Oprócz tego proszę, jeśli możecie, noście w kieszeni jedną zapasową maseczkę - niektórych nie stać na zapłacenie mandatu albo po prostu są przerażeni sytuacją.
Dodaj anonimowe wyznanie