#1gqM6

Nie pochodzę z bogatej rodziny. W dzieciństwie (jak i teraz) bardzo interesowałem się motoryzacją. Chciałem, żeby rodzice kupowali mi Hot Wheelsy albo inne resoraki, niestety budżet był często bardzo ograniczony. Aż pewnego razu wyciąłem zdjęcie samochodu z gazety. I eureka! Po co mam kupować samochody, skoro mogę wycinać zdjęcia aut z gazet i się nimi bawić.

Tak się w to wkręciłem, że z różnych katalogów i miesięczników motoryzacyjnych, które np. dawali mojemu tacie jego znajomi, potrafiłem wyciąć 3/4 obrazków, a dodatkowo uczyłem się modeli aut i ich specyfikacji. Moja "kolekcja" przekraczała na pewno z 1000 zdjęć. Dla mnie zabawa tym była przednia - sam rysowałem na kartkach ulicę, pasy ruchu, skrzyżowania, sklejałem je taśmą i przyklejałem do podłogi, i bawiłem się np. w wyprzedzanie. Pamiętam jak bardzo przeżywałem to kiedy jakiś ulubiony samochód się podarł. Byłem w tym swoim świecie często po 3 godziny dziennie i trwało to około 2-3 lat. Niestety, żaden z kolegów nie rozumiał jak można bawić się jakimiś wycinkami, przez co zawsze bawiłem się sam. Dziwili się nawet moi rodzice, a w szczególności tata, bo trudno mu się czytało gazety z powycinanymi zdjęciami.

"Kolekcję" posiadam do dzisiaj, czasem z sentymentem zajrzę do pudełka z tymi zdjęciami. Przedstawiam też dowód, że dziecko nie potrzebuje nowoczesnych zabawek, gier i różnych innowacji, żeby się dobrze bawić. Szkoda, że człowiek nie ma już takiej wyobraźni...

#jKrkO

Moja matka zostawiła mnie, jak miałam 4 latka, przez co trafiłam do rodziny zastępczej. Ojciec nie mógł się mną zajmować z powodu poważnej choroby, ale od zawsze utrzymujemy kontakt.

Trafiłam do rodziny zastępczej, w której często pojawiał się alkohol.
Po libacjach jakie urządzała sobie ciotka zastępcza zawsze było obrażanie, poniżanie, a czasami nawet bicie po twarzy.
Myślicie pewnie, dlaczego tego nie zgłosiłam? Otóż zgłosiłam do PCPR co się dzieje w domu, w którym mnie umieścili i miałam nadzieję, że mnie gdzieś przeniosą albo po prostu coś z tym zrobią. Ale ku mojemu zdziwieniu nie zrobili nic... kompletnie! Powiedzieli, żebym wytrzymała jeszcze dwa lata do 18 roku życia, bo jak nie, to pójdę do domu dziecka.

Przetrwałam to piekło, ale do dziś czuję się jak śmieć.
Minęło już parę lat od opuszczenia tego domu, a ja wciąż mam żal do różnych instytucji, które powinny mi pomóc. No i nienawidzę mojej "matki", przez którą to wszystko mnie spotkało.

#gmpoC

Gdy miałam ok. 3 lat mieszkałam z mamą w Krakowie. Pewnego dnia wybrałyśmy się na rynek po prostu się przejść. Jak to Kraków, wszędzie pełno gołębi i turystów, nie wiadomo czego więcej. Biegałam sobie radośnie w*urwiając wszystkich dookoła, gdy nagle zobaczyłam jak Japończycy karmią gołębie. Nic nadzwyczajnego, ale mała ja stwierdziłam, że też chcę jedzenie za darmo. Ustawiłam się sprytnie i gdy jeden z Japończyków rzucił chlebem, ja złapałam go buzią w locie, mało tego, zaczęłam się przepychać z gołębiami o więcej :)
Turyści najpierw byli zdziwieni, ale potem, uwaga, zaczęli robić mi zdjęcia. Moja mama widząc tą sytuację nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać. Szybko wzięła mnie za ręce i w pośpiechu oddaliłyśmy się.
Historia o dziewczynce wyrywającej chleb gołębiom jest mi przypominana przy rodzinnych obiadach, a być może również jest czasem opowiadana w odległej Japonii.

#QrgQU

Nigdy, ale to nigdy nie sypiajcie z dziewczynami, z którymi pracujecie. Ja popełniłem ten błąd.

Będąc już trochę wypitym, spotkałem w jednym z klubów Kasię - koleżankę z roboty, która zawsze wydawała mi się atrakcyjna. Jakoś tak wyszło, że zaczęło między nami iskrzyć i po paru godzinach wspólnych harców na parkiecie wylądowałem u niej w łóżku. Podczas miłosnych uniesień poczułem, że coś mi się do pleców przykleiło. Sięgnąłem ręką i znalazłem dowód osobisty mojego kolegi z pracy. „O! Znalazłeś dowód Krzyśka!” - krzyknęła Kasia. - „Dziś całe rano go szukał!”.

Wygląda na to, że przez tę pościel przewinęła się cała moja zmiana...

#srPLI

Na studiach miałem obowiązkowe zajęcia z języka obcego. Na drugim roku odbywały się one w dobudówce, przylegającej do głównego budynku jakiegoś wydziału. Dobudówka była parterowa, stara i bardzo zaniedbana, mieściła bodajże trzy sale i dość obleśne toalety. Dodam jeszcze, że nasza grupa była mieszana, ja jedyny facet i ok. 15 dziewczyn z różnych kierunków.

Tego listopadowego dnia przed zajęciami (odbywały się ok 18:00) zjadłem pewną gotową zupę z torebki, po czym szybko ruszyłem na uczelnię, miałem tam jakieś 10 minut piechotą. Gdy tylko usiadłem, poczułem rewolucje żołądkowe, ale stwierdziłem, że to z powodu pośpiechu. Jednak po kwadransie wręcz zwijałem się z bólu, co zauważyła pani doktor prowadząca zajęcia (strasznie poczciwa kobieta) i powiedziała, że jeśli źle się czuję, mogę wyjść się przewietrzyć.

Po jej słowach wręcz wybiegłem do toalety, przestawiającej obraz nędzy i rozpaczy. Przesiedziałem tam jakieś 10 minut i możecie nie wierzyć, ale udało mi się zapełnić całą muszlę! Przeczyściło mnie jak nigdy, bałem się spłukiwać wodę, żeby nie wybiło. Po skorzystaniu otwarłem jedynie okno, by się przewietrzyło, bo oczywiście śmierdziało strasznie.

Po wyjściu z toalety okazało się, że... załatwiłem się w damskiej, a nie męskiej! Trudno, wyszedłem na podwórze, by pooddychać świeżym powietrzem. Ledwo dwie minuty później przyszła koleżanka z grupy i mówi, że przysłała ją prowadząca z pytaniem, jak się mam. Odpowiedziałem, że lepiej, ale poprosiłem o wodę z plecaka, znajdującego się z sali. Dziewczyna odeszła i po kilku minutach wróciła już nie ona, ale pani doktor, dość mocno przejęta. Wręczyła mi plecak i kurtkę, powiedziała, że mam iść do domu odpocząć. Dodała także, że moje złe samopoczucie to pewnie wynik tego obleśnego budynku, bo "jest tu grzyb na ścianach, zawsze tu śmierdzi, nawet teraz z damskiej toalety strasznie cuchnie, nie do wytrzymania, jak ona ma pozwolić dziewczynom na korzystanie z niej"!

Po tygodniu pani doktor oznajmiła, że poinformowała o mojej przygodzie szefa instytutu i udało się zmienić miejsce zajęć, w trosce o nasze zdrowie i samopoczucie, żeby nikt więcej nie podtruł się w tym zagrzybionym budynku, tak jak ja kilka dni wcześniej.

Nie wyprowadziłem jej z błędu ;)

#5hyMI

Pochodzę z bardzo biednej, wiejskiej rodziny. Dobrze się uczyłem, więc rodzice ciężko pracując, zbierali na moje studia. Osiem lat temu wyjechałem na studia do Warszawy. Nie było mnie stać na wynajęcie mieszkania, a w akademiku nie chciałem mieszkać (wiadomo z jakich przyczyn), ale wszystko na to wskazywało, że będę musiał tam zamieszkać. Po tygodniu mieszkania w akademiku udało mi się znaleźć stancję. Mieszkanie było w centrum Warszawy, bardzo ładne, duże, praktycznie jak muzeum. Warunki bardzo mi sprzyjały, szczególnie te ekonomiczne (500 zł + dodatek do opłat). Jak się później okazało właścicielka to wdowa od 2 lat, w wieku 76 lat i dr językoznawstwa na emeryturze. 

Mieszkanie u niej było czystą przyjemnością. Ona nie potrzebowała lokatora tylko towarzysza. Z racji tego że jestem introwertykiem bardzo jej to było na rękę. Nie chodziłem na imprezy, itp. Za to nie mogłem narzekać na brak rozrywki i kultury. Chodziłem z nią do teatru, opery. itp. (wszystko na jej koszt). Początkowo głupio mi było, że ona za wszystko płaci, ale z czasem przekonała mnie, że mam to zrobić dla niej i się nie wstydzić. Wcześniej takie rzeczy to widziałem tylko na zdjęciach albo w telewizji. Często wieczorami rozmawialiśmy o kulturze, sztuce, książkach, praktycznie o wszystkim.

Niestety po około 3 latach okazało się, że rodzice mają problemy nie tylko finansowe, ale również zdrowotne i powróciłem do mnie na wieś, równocześnie przenosząc się na studia niestacjonarne. Jeżdżąc na zjazdy mogłem się u niej bezpłatnie zatrzymywać.

Po skończonych studiach utrzymywałem z nią kontakt listowny. Pisaliśmy do siebie długie listy. Około 4 miesiące temu nasz kontakt się urwał. Trzy tygodnie temu otrzymałem informację od notariusza o otwarciu testamentu. Byłem bardzo zdziwiony, że ona nie żyje. Jadąc na otwarcie najpierw pojechałem na jej grób. Wszystkie wspomnienia powróciły. Po czym pojechałem do notariusza. Była tam jeszcze jej 4 dzieci (których nie znałem, ale wiedziałem, że istnieją). Okazało się, że 3 dzieci skutecznie wydziedziczyła, synowi dała 200 000 zł, a mi zapisała dwa mieszkania, dzieła sztuki, prawa autorskie i resztę pieniędzy.

Do dziś jestem w szoku i pewnie będę jeszcze bardzo długo.

PS. Dla wścibskich - nie, nie łączyły mnie z nią relacje "intymne".

#Ty6Su

Pewnego dnia, gdy miałem 4 lata, jechałem z rodzicami do pobliskiego miasta. Jak każde dziecko w tym wieku zadawałem wiele pytań. Nie wytrzymując ciszy w aucie, zacząłem - "Mamo, a Kajtek (mój młodszy brat) to ma małego?". Mama przyzwyczajona do tego typu pytań odpowiedziała "Tak, tak synku, ma małego". 

Ja postanowiłem ciągnąć temat dalej "A ja to mam większego?". Mama odpowiedziała"Ech... tak masz większego". Ja dalej mówię "A Oskar (mój starszy brat) to ma jeszcze większego?". Mama zmęczona moimi pytaniami odpowiada "Jezu, synu, tak, ma jeszcze większego". 

Na tym jednak nie skończyłem i po paru chwilach dalej pytam "A tata to ma jeszcze większego od Oskara?". Mama nie wytrzymała "Tak, ma większego! Ale koniec już tych głupich pytań!". Ja się wystraszyłem i przeznaczyłem minutę na głębokie przemyślenia. 

Po minucie rzekłem "Mamo, ale dziadek to musi mieć takiego jak wałek!". Tata musiał zatrzymać samochód, bo nie wytrzymywał ze śmiechu.

#Ux4H2

Mój ojciec zawsze miał trudny charakter i ciężką rękę. Pije tylko okazyjnie, więc procenty to nie powód jego agresji. Powodem jest jego duma i ego.
Nigdy nie pozwolił mamie pracować, żeby mógł mieć nad nią kontrolę. Kiedy któreś z nas coś zbroiło, to zabierał mamie pieniądze i nie mieliśmy co jeść przez następny tydzień. Mama ze wstydem chodziła pożyczać pieniądze po sąsiadkach, żeby chociaż na chleb i konserwę było. Pożyczała oczywiście w tajemnicy przed ojcem, bo gdyby się dowiedział, to byłoby tylko gorzej. Przed ludźmi grał idealnego ojca i męża, a w domu wieczne awantury, bicie. Kojarzycie może tzw. karę "kredki"? Kładł nam na podłodze stertę kredek i kazał nam na tym klęczeć godzinami z rękami uniesionymi ku górze.

Przez ostatni czas była poprawa. Nawet potrafiliśmy się razem śmiać.
Niestety od kilku dni znowu jestem jego workiem treningowym. Ja, bo bracia się już wyprowadzili. Matka udaje, że nie widzi, bo się boi.

Dzisiaj zjadłam kilka borówek, które kupił ojciec. Powiedział, że dopisze mi ich koszt do mojego długu. Wyrzygałam je na jego oczach i na jego buty.
I nie żałuję.

#Sj53B

Mój o rok starszy brat kiedyś stracił rękę w wypadku. Z początku był załamany tym faktem, ale po dłuższym czasie przywyknął i nawet nabrał dystansu do tego i radzi sobie bardzo dobrze. Z racji tego nieszczęścia przez rok nie chodził do szkoły, co spowodowało, że znalazł się ze mną w klasie i razem poszliśmy do liceum. Dodam jeszcze, że on słynie z tego, że się spóźnia.

Pewnego upalnego dnia tuż przed zakończeniem roku szkolnego (klasa maturalna) z powodu okienka poszedł sobie na miasto i jak to zwykle spóźnił się na następną lekcję. Kiedy tak wszedł na lekcję pewnym krokiem bez słowa, nauczycielka niemal krzyknęła:
- Zegarka to pan nie ma?!
Mój kochany brat na to odpowiedział:
- Widzi pani, bez zegarka to jak bez ręki.

#P5TND

Dawno, dawno temu, moja pierwsza komunia. Byłam bardzo przejęta i szczęśliwa, że to już zaraz, że miesiące przygotowań zostaną uwieńczone piękną uroczystością.

Goście w ławkach, ja w pięknej sukience razem z resztą dziewczynek czekam na swoją kolej, by w końcu po raz pierwszy przyjąć komunię. W myślach cały czas powtarzałam sekwencję zdarzeń - kiedy podejść, kiedy klęknąć, co i kiedy powiedzieć, kiedy się przeżegnać itp. Stres maksymalny, bo przecież wszyscy patrzą, a chrzestny stoi przy ołtarzu i czeka z kamerą (wtedy to było coś!), żeby uwiecznić tę podniosłą chwilę.

No i uwiecznił - jak podchodzę, klękam, przyjmuję komunię i dość mocno gryzę księdza w palec, a ten zaskoczony szybko cofa dłoń i wydaje z siebie głośny pisk... Ludzie w kościele mieli ubaw, ale ja chciałam się zapaść pod ziemię. Choć muszę przyznać, że dziś ze śmiechem oglądam to nagranie :)
Dodaj anonimowe wyznanie