Podczas cotygodniowego, rytualnego wręcz, obchodu sklepów typu Empik zobaczyłem piękne dziewczę. Piękne oczy, śliczny zawiadiacki uśmiech. No była poprostu super. Aż prosiło się, żeby zagadać, bo jak mówi mój tata "Najlepsze sztuki często stoją samotne". Jednak wtedy pojawił się mały problem. No właściwie dwa problemy. Pierwszy to: "brak śmiałości do kobiet", a drugi to mój, według mnie, krzywy ryj. Przez dłuższą chwilę układałem sobie w głowie jak zacząć rozmowę. Co najlepsze miałem też idealną okazję bo akurat oboje czekaliśmy w kolejce do kasy. Jednak co zrobił dzielny Adam? A jakże! Nie zagadał.
Niestety owa dziewczyna zapłaciła i odeszła, dziwnym trafem uśmiechając się do mnie. Pomyślałem wtedy: "Tak, teraz cię mam!", no ale każdy wie, że czyny nie idą w parze z myślami. No, cóż trudno, pomyślałem i zabrałem się za płacenie mojego rachunku.
Wtem na podłodze zobaczyłem dowód. Tak, nie mylicie się, to był JEJ dowód! Zaraz po zapłaceniu rachunku chwyciłem go, jak poparzony wybiegłem ze sklepu i rzuciłem się w pogoń za piękną niewiastą. Nadal nie wiem, co mnie wtedy tchnęło, ale jestem pewien, że w tamtej chwili, pokonałbym Bolta na 100 metrów. Udało mi się ją złapać na przystanku. Oddałem dowód, dostałem całusa w policzek, ale niestety podjechał jej autobus i zniknęła mi gdzieś w oddali. Ludzie na przystanku patrzyli się na mnie jak na wariata, ale ja szczęśliwy wróciłem do sklepu, żeby dokończyć zakupy.
Potem znalazłem ją na Facebooku i jakoś tak wyszło, że jutro mija tydzień odkąd jesteśmy zaręczeni. A ja nie wierzyłem w takie historie. No cóż, człowiek cały czas się uczy.
Moja żona nie ma pojęcia, że jest moją drugą żoną.
O pierwszej nie mówiłem, od lat nas nic nie łączy, pobraliśmy się lata temu, jak mieliśmy 21 lat, rozwiedliśmy pół roku później. Od tamtej pory nawet się nie wiedzieliśmy. Uznałem, że to nieistotny epizod mojego życia i obecna żona nie musi o tym wiedzieć, zwłaszcza że wiem, że sprawiłoby to jej ogromną przykrość. Nie mam zamiaru jej o tym powiedzieć.
Bardzo spodobał mi się kolega ze studiów mojej przyjaciółki, dlatego też moja wspaniałomyślna przyjaciółka urządziła w swoim mieszkaniu domówkę, gdzie zaprosiła między innymi oczywiście mnie i swojego przystojnego kolegę. Wszystko szło wspaniale – na domówce mimochodem coś do niego powiedziałam, potem zaczęła się bardziej konkretna rozmowa, która trwała w sumie… przez całą imprezę! Wiadomo, wymiana numerami telefonu, dodanie do znajomych na facebooku, wszystko zapowiadało się kwitnąco.
Impreza trwała praktycznie do rana, więc potem wszyscy siedzieliśmy w pokoju totalnie zmarnowani i skacowani. Zaczęła się kolejka pod prysznic i w końcu przyszła kolej na mnie. Mam bardzo długie włosy i nie chciałam ich zmoczyć, ale pech chciał, że nie wzięłam żadnej gumki do włosów, a w łazience nigdzie żadnej nie było. Kiedy setny raz przeszukiwałam torebkę w poszukiwaniu gumki, wpadłam na super pomysł. Wyjęłam z torby majtki, które wzięłam na zmianę i związałam nimi włosy. Pomysł się spisał wspaniale, ani razu włosy nie rozwiązały mi się podczas kąpieli.
Oczywiście po 15 minutach usłyszałam dobijanie się do drzwi łazienki i pytania, czy jeszcze długo mi zejdzie, dlatego pośpiesznie wytarłam się ręcznikiem i szybko się ubrałam. Wyszłam z łazienki i posłałam uśmiech mojemu nowemu adoratorowi, kiedy nagle jeden z kolegów krzyknął do mnie: „Czy ty masz majtki na włosach!?”. Wtedy dotarło do mnie, że nie zdjęłam z włosów mojej różowej, koronkowej „gumki” i zupełnie o nich zapomniałam. Myślałam że spalę się ze wstydu, a wszyscy uczestnicy domówki rechotali przez pół godziny.
Na szczęście Tomek zaprosił mnie na randkę zaraz po imprezie. Na spotkaniu dostałam od niego pudełko owinięte kokardką. „Miałem kupić kwiaty, ale pomyślałem, że to jest ci o wiele potrzebniejsze” powiedział, wręczając mi pudełko z kolorowymi gumkami do włosów.
W gimnazjum byłem chuderlawym, nieciekawym chłopaczkiem zapatrzonym w monitor komputera. Któregoś wieczora starsza siostra zwinęła mi z rąk pilota i przełączyła z programu o grach komputerowych na MTV Classic (czy inny kanał, gdzie faktycznie puszczano muzykę, a nie "dokumenty" o nastolatkach w ciąży). Leciał tam klip do utworu "Can't Stop" Red Hot Chili Peppers. Nie jest to jakieś dzieło sztuki, ale ten jeden utwór zmienił całe moje życie.
Tego wieczora stwierdziłem, że rock jest fajny, zacząłem go namiętnie słuchać, w ciągu 2 lat zapuściłem włosy i zacząłem grać na gitarze. Już w liceum, z loczkami do ramion, gitarą i tanim browarem w towarzystwie własnego zespołu rockowego, na ognisku poznałem "znajomą znajomego" - dziewczynę zjawiskową, w której dość szybko zakochałem się po uszy.
Lata poleciały - gitara coraz częściej zbiera kurz w kącie pokoju, zespół się rozpadł, znajomości przepadły, włosy ścięte, rock w głośnikach zastąpił jazz, a owa dziewczyna, po 7 latach razem, została moją żoną.
Nie wierzę w przeznaczenie, ale jestem niemal pewien, że gdyby nie ten jeden wieczór i jeden utwór Red Hotów, żyłbym teraz zupełnie inaczej :)
Gdy miałam 6 lat, bardzo chciałam mieć psa, więc łaziłam za moją mamą i prosiłam ją, abyśmy adoptowali jakiegoś kundelka ze schroniska. Moja rodzicielka zawsze mi wówczas tłumaczyła, że posiadanie czworonoga jest dużym problemem, kiedy chce się wyjechać na dłuższe wakacje.
Dziś mam 20 lat i chciałam zapytać: Kiedy, do jasnej Anielki, pojedziemy wreszcie na te pieprzone wakacje?
Sytuacja działa się już jakiś czas temu. Siedziałem sobie spokojnie na stacji PKP czekając na swoją dziewczynę, gdy poczułem doskwierający głód. Jako że moja kobieta przyjeżdżała do mnie po obiedzie, a ja tego dnia nie zdążyłem zjeść, postanowiłem sobie kupić w budce obok frytki, które umilą mi długie oczekiwanie.
Jak pomyślałem tak zrobiłem, kupiłem największą porcję jaka była dostępna z wszelkiego rodzaju sosami. Po odebraniu zamówienia wróciłem na miejsce, w którym czekałem, szczęśliwy jak nigdy że zaraz zacznę pochłaniać ogromną ilość kalorii. W momencie gdy nadziałem pierwszą frytkę na widelec, kątem oka zauważyłem postać stojącą obok mnie. Odwróciłem się w stronę tej tajemniczej osoby i to był mój błąd. Obok mnie stał tzw. "osiedlowy menel", a moje spojrzenie było dla niego zaproszeniem do interakcji. Uśmiechnął się więc wyżej wymieniony osobnik swoim niepełnym uzębieniem i zaczął...
- Ale duża ta porcja frytek, wyglądają smakowicie...
- Z tej budki są najlepsze frytki w mieście - powiedziałem.
- Czy gdybyś nie mógł zjeść, to mógłbym dokończyć po tobie?
Spojrzałem na niego i zrobiło mi się strasznie głupio, że tak szybko go zaszufladkowałem jako pijaka, który zaraz zacznie żebrać o pieniądze na alkohol, a on najzupełniej w świecie był głodny jak ja, lecz jemu się nie poukładało w życiu. Jako osoba o wielkim sercu oddałem mu całą porcję (a nie mogłem kupić drugiej, bo już nie miałem więcej gotówki). On odwdzięczył mi się po raz kolejny wielkim bezzębnym uśmiechem i dodał...
- Dzięki stary, bo wiesz... bardzo nie lubię pić na pusty żołądek...
Nie wiem do dziś, czy byłem bardziej pełen podziwu dla jego szczerości, czy dla mojej naiwności...
Kilkoro z moich znajomych ma wirusa, który jest teraz bardzo na czasie. Dwoje z nich jest w stanie ciężkim, ale mi ich nie żal. Dlaczego? Dlatego, że od marca grzecznie siedzę na tyłku w domu, podczas gdy cała reszta chodziła po klubach, jeździła na wakacje i się ze mnie nabijała, że siedzę w domu. Teraz piszą i się żalą, że im ciężko, że są chorzy. A ja staram się ucinać rozmowy, żeby nie poprosili o pomoc, bo uważam, że sami sobie są winni.
Za szkolnych lat lubiłam pisać opowiadania i wiersze. Sprawiało mi to frajdę i byłam w tym na tyle dobra, że pisałam czasem zapominalskim lub mniej zdolnym uczniom niektóre prace w kilkanaście minut od ręki, przyjmując w zamian gorące podziękowania i colę ze szkolnego bufetu.
Pewnego dnia, tuż po rozpoczęciu długiej przerwy pod moją klasę podbiegł rok starszy Paweł, miotając się jakby ktoś mu przytrzasnął jajka. Szukał kogoś, kto mógłby mu napisać rozprawkę. Miał dwugodzinną lekcję polskiego i przez całą pierwszą godzinę nic nie wymyślił. Koleżanki odesłały go do mnie, a że było mi go szkoda zaczęłam skrobać mu na szybko rozprawkę na temat "Dlaczego warto mieć przyjaciela".
Pisałam szybko i zwięźle. Paweł w tym czasie strasznie podniecał się, że ktoś go wyręczy. Śmiał się w głos dumny ze swojej przebiegłości, przekonany że przepisze wszystko na następnej lekcji na czysto. Znałam go i nie przeszkadzało mi to szczególnie do momentu, kiedy w swojej zuchwałości poklepał mnie po głowie i powiedział "Dobry piesek, pisz, pisz....". Wtedy przekroczył wszelkie granice, ale nie przestałam pisać. Postanowiłam za to dodać jeszcze jeden powód dla którego warto mieć przyjaciela.
Chłopak oczywiście nie pomyślał o tym, żeby przeczytać, to co mu tam naskrobałam, tylko od razu zabrał się do przepisywania. Nauczycielka nie była aż tak naiwna, jak się spodziewał i zabrała mu kartkę. Zaczęła czytać pracę na głos. Po całkiem porządnych, literackich przykładach przyjaźni doszła do fragmentu sporządzonego po bezczelnym zachowaniu Pawła, a leciał on mniej więcej tak: "Jednym z kluczowych argumentów przemawiających za tym, że warto mieć przyjaciela jest to, że jeżeli jest to przyjaciel płci przeciwnej można z nim uprawiać ostry seks w stodole".
Cała klasa łącznie z nauczycielką wybuchła śmiechem na dobrych kilka minut. Paweł ze złości spłonął rumieńcem aż po końcówki uszu. Dostał oczywiście jedynkę, a ja do tej pory nie mogę powstrzymać się od śmiechu, gdy przypominam sobie jak zwiewałam przed nim, kiedy z pianą na ustach gonił mnie później po szkolnym dziedzińcu krzycząc, że mi nogi z tyłka powyrywa.
Kilkanaście lat temu wybraliśmy się z rodzicami do kościoła, jak co niedzielę. Ja jako jedynaczka zawsze domagałam się spełniania swoich zachcianek. Jak zwykle dostałam jakiś tam pieniążek, który miał trafić na ofiarę do koszyka, pomimo że mama nie popierała dawaniu księżom ''haraczu'', jak to mawiała.
Przechodziliśmy obok kolorowych straganów, gdzie lizaki aż krzyczały, żeby je przylepić do języka. Poprosiłam grzecznie rodziców o kilka ''na później''. Mama tłumacząc się brakiem pieniędzy, odmówiła mi. Przypominając sobie o pieniążku w kieszeni, wpadłam na chytry plan, że wykorzystam go później na słodkości.
Mija msza, ksiądz z tacą tańczy sambę między wiernymi. Zaraz ja - aniołek w białej sukience - mam wrzucić ofiarę. Jednak gdy podszedł do nas ja... chwyciłam w te pędy cały kosz, logicznie kalkulując - było tam więcej hajsu, czyli więcej lizaków - i wyleciałam z kościoła prosto do straganów. Mama za mną, tata za mną, ksiądz za nami...
Nie pochodzę z bogatej rodziny. W dzieciństwie (jak i teraz) bardzo interesowałem się motoryzacją. Chciałem, żeby rodzice kupowali mi Hot Wheelsy albo inne resoraki, niestety budżet był często bardzo ograniczony. Aż pewnego razu wyciąłem zdjęcie samochodu z gazety. I eureka! Po co mam kupować samochody, skoro mogę wycinać zdjęcia aut z gazet i się nimi bawić.
Tak się w to wkręciłem, że z różnych katalogów i miesięczników motoryzacyjnych, które np. dawali mojemu tacie jego znajomi, potrafiłem wyciąć 3/4 obrazków, a dodatkowo uczyłem się modeli aut i ich specyfikacji. Moja "kolekcja" przekraczała na pewno z 1000 zdjęć. Dla mnie zabawa tym była przednia - sam rysowałem na kartkach ulicę, pasy ruchu, skrzyżowania, sklejałem je taśmą i przyklejałem do podłogi, i bawiłem się np. w wyprzedzanie. Pamiętam jak bardzo przeżywałem to kiedy jakiś ulubiony samochód się podarł. Byłem w tym swoim świecie często po 3 godziny dziennie i trwało to około 2-3 lat. Niestety, żaden z kolegów nie rozumiał jak można bawić się jakimiś wycinkami, przez co zawsze bawiłem się sam. Dziwili się nawet moi rodzice, a w szczególności tata, bo trudno mu się czytało gazety z powycinanymi zdjęciami.
"Kolekcję" posiadam do dzisiaj, czasem z sentymentem zajrzę do pudełka z tymi zdjęciami. Przedstawiam też dowód, że dziecko nie potrzebuje nowoczesnych zabawek, gier i różnych innowacji, żeby się dobrze bawić. Szkoda, że człowiek nie ma już takiej wyobraźni...
Dodaj anonimowe wyznanie