Oto jedna z najbardziej żenujących historii w moim życiu. :)
Dostałam okresu i jak zwykle używałam tamponów. Po kilku dniach, mimo zachowywania nienagannej higieny, zaczęłam po prostu... śmierdzieć. I to jak!
To było lato, a ja z miejsc intymnych waliłam jak skunks. Normalnie śmierdziałam tak strasznie, że nie dało się ze mną wytrzymać w jednym pokoju przy otwartych oknach.
W te pędy poleciałam prywatnie do swojego ginekologa i ze łzami w oczach, kuląc się z upokorzenia, powiedziałam o co chodzi. Lekarz posadził mnie na fotel i aż go odrzuciło jak się tam nachylił.
Nie minęły 2 minuty a ginekolog z czeluści mnie wyciągnął tampon. Patrzyłam przez chwilę oniemiała. Najwyraźniej przez roztargnienie nie wyjęłam jednego a wsadziłam drugi. Podobno był bardzo głęboko i daleko...
Nie muszę chyba dodawać, w jakim tempie opuściłam gabinet. Gonił mnie za to śmiech lekarza, który krzyknął, że to najszybciej wyleczone zapalenie, jakie widział.
Jestem facetem po trzydziestce. Spotykałem się kilka tygodni z pewną kobietą i skończyłem tą znajomość przez jej skąpstwo.
Już na początku zacząłem to dostrzegać, ale wtedy nie chciałem jej pochopnie oceniać i myślałem, że jest tylko oszczędna. Było to błędne myślenie. Nie dociera do mnie jak kobieta zarabiająca 7 tyś zł i mieszkająca z rodzicami może oszczędzać na dosłownie wszystkim. Zabrałem ją nad nasze polskie morze i ona najchętniej żywiłaby się konserwami z biedronki i to najlepiej żebym jeszcze ja je kupił.
Oboje nie zarabiamy źle, a to są wakacje i fajnie jest spędzić je lepiej niż dzień powszedni. Umówiliśmy się, że raz stawiam ja, raz ona, to przy płaceniu rachunku słyszę "zapomniałam portfela", pani z obsługi: "można płacić blikiem". Ona: "nie wiem jak to się robi".
I tym sposobem cały pierwszy dzień impreza za moje. Nie dała 3 zł za toaletę, wolała pójść w krzaki, wiec ja jej dałem i uwaga, ona była zadowolona! W każdym miejscu było jej drogo.
Kiedy drugiego dnia już miała portfel, zabrała mnie na kebaba na posiłek i widziałem żal w jej oczach, że chce jeszcze piwo, i jakież było moje zdziwienie, kiedy wzięła mi małe. Ciężko do mnie docierało na kogo trafiłem. Nie kupiła mieszkania na kredyt, stwierdziła, że brak jej odwagi, a ja między wierszami czytam, że przecież trzeba je utrzymać i zapłacić ratę kredytu, wiec mieszka z rodzicami i chwali się, że za nic nie płaci, nawet mama jej gotuje.
Dziewczyna niebrzydka, ale ubierała się po taniości i ciągle w to samo, moja pierwsza myśl, że ma te ciuchy z lumpeksu z lat 90, ale myślę sobie nie będę jej oceniał po ubraniach, dobrze mi się z nią rozmawia i chcę ją poznać. Wszystko bym zrozumiał jakby zarabiała 2 tyś zł i musiała się sama utrzymać.
Mieliśmy wykupione 2 noce, po pierwszej już wiedziałem, że czas to kończyć. Doszło do mnie wtedy dlaczego wolała spędzać czas ze mną w moim mieszkaniu, lub gdzieś w plenerze na spacerach. Wyjście do ludzi na miasto kosztuje.
Cała podróż kosztowała mnie około 1400 zł, ona nie wydała na nas nawet 50 zł. Szokował mnie jej brak wstydu, przecież ona na pewno zdawała sobie sprawę, że ja to widzę. Nie będę pełnił funkcji bankomatu i szukam kobiety partnerki, a nie kobiety utrzymanki.
Myślałem, że takie kobiety spotyka się jedynie w opowiadaniach i dziwnych historiach, ale one naprawdę istnieją.
Przez 7 lat byłam w związku. Był moją pierwszą i jedyną miłością.
Pewnego dnia leżeliśmy na łóżku, a on patrząc mi w oczy, powiedział, że chce ze mną założyć rodzinę. Dwa dni później, już bez patrzenia w oczy, stwierdził, że mnie nie kocha i odchodzi.
Cierpiałam przez następne 4 lata. Myślę, że to wtedy moje serce i dusza po umarły z rozpaczy. Po 4 latach stwierdziłam, że chcę kogoś poznać. Niezobowiązująco, nie chciałam związku, ale brakowało mi rozmów, bliskości, seksu. Założyłam tindera. To był czwartek i jeszcze tego samego wieczoru poznałam ośmiu facetów, a z każdym z nich gadało mi się świetnie. Jako że wolę rozmowy w cztery oczy, to wszystkim im zaproponowałam spotkanie. Każdy się zgodził. I tak umówiłam się z jednym na piątek, drugim na sobotę, później kolejno niedziela, wtorek, środa, piątek, sobota i niedziela. 8 randek w nieco ponad tydzień. Każda była super. Wszyscy byli w moim typie, choć każdy inny.
Jako, że sama jestem artystką, to i takich facetów lubię, 5 z nich to muzycy, 2 to fotografowie, ostatni maluje i rzeźbi. Wybierałam właśnie takich po zdjęciach i opisach. Wszystkie spotkania były super i ze wszystkimi umówiłam się na kolejne. No i tak to już trwa 2 lata.
Jestem coraz bardziej zmęczona, ale nie potrafię z żadnego zrezygnować. Czasem mylą mi się imiona i muszę się dłużej zastanowić, gdy chcę je wymówić. Mylą mi się też fakty, co komu powiedziałam, co oni mówili mi o sobie. Prowadzę zeszyt, w którym wszystko zapisuję. Jednocześnie pracuję i tym bardziej jest mi ciężko wszystko pogodzić. Zazwyczaj mam od 3 do 6 randek tygodniowo, przynajmniej jeden dzień zostawiam sobie w całości dla siebie, z żadnym nie spotykam się częściej niż raz w tygodniu. Z każdym z nich relacje mam zupełnie inne.
Z jednym spotykamy się głównie na seks, ale z nim jest mi w łóżku najlepiej. Z pozostałymi też sypiam, ale również wychodzimy na miasto, jeździmy na wycieczki, gramy razem muzykę, robimy zdjęcia, czy po prostu oglądamy filmy. Z jednym z nich nagrywamy nawet piosenki i mamy kiełkującą popularność na YT. Wszystkich ich bardzo lubię, ale do żadnego nie czuję nic więcej. Żeby nie było, nie okłamuję ich. Każdy wie, że nie jest tym jedynym, jeśli zapytają, to mówię dokładną liczbę partnerów. Jeśli któryś zaproponuje spotkanie, a ja akurat nie mogę bo mam inną randkę, to również mówię prawdę.
Rzadko wchodzą w te tematy. Nie wszystkim taki układ pasuje i ja to rozumiem, żadnego z nich do niczego nie zmuszam, o nic nie proszę, na nic nie namawiam. Jeśli chcą odejść, ja to szanuję i usuwam się z ich życia. Niektórzy co jakiś czas odchodzą, ale zawsze wracają. Mnie też nie interesuje z iloma kobietami się spotykają. Prawda jest taka, że wciąż kocham byłego i gdyby dziś chciał do mnie wrócić, to bez zawahania zakończyłabym wszystkie relacje.
To było w czasach liceum, w wakacje. Z okazji urodzin mojej dziewczyny chciałem zrobić jej niespodziankę. Ona uwielbiała romantyczne gesty, więc zaplanowałem coś w tym stylu. Przez cały dzień udawałem, że zapomniałem o jej urodzinach. Wieczorem, gdy już zapadał zmrok, wziąłem gitarę, duży bukiet róż i podkradłem się pod jej dom. W jej oknie zasłonki były zasłonięte, ale było otwarte i świeciło się światło - czyli idealnie. Podszedłem pod okno i zacząłem grać (potrafiłem zagrać tylko kilka prostych rzeczy, więc nie wyobrażajcie sobie nie wiadomo czego). Najpierw cicho, ale gdy nie było reakcji, to coraz głośniej.
Nagle w oknie pojawiła się głowa jej ojca i usłyszałem "Te, Romeo, fajnie brzdąkasz, ale chyba okna pomyliłeś".
Zaliczyłem wpadkę z dziewczyną. Jestem za młody na bycie ojcem, mam tylko 21 lat i nie chcę zmarnować młodości w pieluchach. Nie chcę wydawać pół wypłaty na alimenty przez 18 lat.
Nie chcę tego dziecka. To wina dziewczyny, bo wolała bez gumy. Muszę uciekać z tej patologii, bo ona jest jakaś nienormalna, robi mi jazdy i już każe kupować jakieś zabawki i ubrania dla dziecka, a jeszcze nie urodziła. To samo jej starzy, prawią mi jakieś morały i planują życie.
Chodzę cały czas postresowany, dużo piję i mało śpię, ale chyba znalazłem wyjście jak się od tego uwolnić. Dużo czytałem na Internecie, ojcostwo musi mi udowodnić, a ja musze potwierdzić a do tego może mnie zmusić tylko sąd. Już się wymeldowałem i wyjeżdżam za chwilę za granicę, tam polskie sądy nie działają. Nie będzie mogła mi nic udowodnić. Muszę zmienić całe życie, ale lepsze to niż marnowanie sobie młodości i oddawanie kupę pieniędzy za darmo lasce którą znam kilka miesięcy.
Usunę fejsa, insta i pozbędę się polskiego numeru telefonu. Wiem, że wylejecie na mnie wiadro pomyj, ale nie można kogoś zmusić do bycia ojcem na siłę. Ja naprawdę się do tego nie nadaje i lepiej, żeby ona wychowała dziecko z kimś innym. Rodzice mogą jej pomóc, poza tym laska jest ładna i szybko sobie kogoś znajdzie. Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego. To wszystko.
Być może uznacie, że przesadzam, ale trochę mnie to denerwuje.
Jestem z Pawłem od ponad dwóch lat. Poznaliśmy się jeszcze w liceum, ale tak na poważnie zaczęliśmy ze sobą chodzić dopiero na studiach. Ogólnie nie mogę powiedzieć o nim złego słowa - jest bardzo miły, dowcipny, inteligentny, lubi te same rzeczy co ja. Uwielbiam spędzać z nim czas. Ale jest jedna mała rzecz, która trochę mnie w nim denerwuje.
Paweł absolutnie nie czuje potrzeby dawania mi prezentów. Nie, nie chodzi mi o diamenty, perfumy Diora, torebki Korsa i tym podobne, wystarczyłaby zwykła róża albo łańcuszek - chodzi o drobny, a jednak uroczy gest. Paweł nie ma takich potrzeb i odkąd go znam nigdy mi niczego nie dał, ani z okazji, ani bez niej. Zostaliśmy parą na tydzień przed walentynkami. Może dla niektórych jest to nieco tandetne święto, ale cieszyłam się, że po raz pierwszy spędzę je z moim chłopakiem.
Jednak tego dnia nie dość, że nie dostałam od niego nawet złamanego kwiatka, to jeszcze siedziałam sama w domu, bo Paweł wyszedł z kumplami na piwo. Wrócił wieczorem i przeprosił mnie, bo nie wiedział, że to dla mnie takie ważne, by być z nim tego dnia. Wybaczyłam mu, uznałam, że nie ma sensu robić awantury.
Później był dzień kobiet i znowu, mimo, że napomknęłam mu o jakimś drobiazgu, to Paweł to olał i stwierdził, że po co komu kwiatki, które i tak później zwiędną, a na biżuterię go nie stać. Nie wymagałam od niego drogich rzeczy, bardziej zależało mi na fakcie, że daje mi coś od siebie. I tak za każdym razem, gdy było jakieś święto albo moje urodziny Paweł składał mi co najwyżej życzenia i to by było na tyle.
Jak sam stwierdził, nie czuje potrzeby kupowania głupstw typu kwiatki i czekoladki, bo to strata pieniędzy. Nie zabrał mnie nigdy do kina, bo przecież film możemy obejrzeć w domu. Kiedyś, dzięki kupieniu kilku drogich książek na uczelni, dostałam dwa darmowe bilety na jeden z pięciu spektakli.
Paweł stwierdził, że nie ma czasu na głupstwa, woli w tym czasie się uczyć albo obejrzeć coś ciekawego. Ani razu nie poszliśmy na kolację na mieście - i bynajmniej nie mam tu na myśli pójścia na jedzenie do Modesta Amaro, ale na zwykłą pizzę czy zupę. W końcu możemy ugotować w domu.
Tak samo kawa, drinki, piwo w ciepłe wieczory. On nie uważa tego za potrzebne i już. Jest mi czasami przykro, bo widzę jak moje znajome spędzają czas ze swoimi chłopakami, a Paweł nie ma nawet ochoty na spacer w parku i lody.
Było mi także smutno, gdy dałam mu na urodziny dwie książki o których mówił, a na moich, które były trzy miesiące później, złożył mi tylko życzenia.
Chciałabym kiedyś móc pokazać moim koleżankom jakiś drobiazg jaki od niego dostałam, by poczuć się przed samą sobą doceniona.
Kocham Pawła, ale ta jego wada sprawia mi dużą przykrość.
Zacznę od tego, że wczoraj były moje urodziny. Jak co roku cała rodzina rano wbija mi do pokoju, gdy jeszcze śpię... Myślę - OK, jakoś przeżyję.
Pierwszy przyszedł młodszy brat, powiedział "wszystkiego najlepszego" i sobie poszedł.
Potem moja mama złożyła życzenia i dodała, żebym ogarnął pokój itd. OK, byłem na to przygotowany. Na końcu przyszedł ojciec i nieco inaczej chciał złożyć mi życzenia, bo ułożył wierszyk, taki oto:
"17 lat i 9 miesięcy temu
poznałem twoją matkę,
musiałem się ożenić,
bo zaliczyłem wpadkę.
Wszystkiego najlepszego!".
Po czym uśmiechnął się i wyszedł.
Żona kolegi ma na mnie ochotę. Na początku myślałem, że mi się wydaje, ale jej gesty stawały się coraz bardziej czytelne. Nie mówiłem o tym kumplowi, nawet nie wiem, czy mi uwierzy, a z drugiej strony ona i tak się wszystkiego wyprze i pewnie ze mnie zrobi najgorszego.
Postanowiłem to przeczekać, ale jej zaloty zaczęły rozpalać moje męskie zmysły i aż sam się boję swoich myśli, bo zacząłem analizować, czy warto zrobić takie świństwo koledze. Są sytuacje, kiedy zostajemy sami, a ona ciągle mnie niby przypadkiem dotyka, przypadkiem się ociera, wypina, daje jakieś znaki. Kilka dni temu przeszła samą siebie. Kumpel do mnie dzwoni, czy jego kobieta może się u mnie wykąpać, bo oni mają przerwę w dostawie wody. No zgodziłem się, ale myślałem, że przyjdą razem, a ona przyszła sama i sam nie wiem jak to się stało i jak dałem się namówić na umycie pleców i w pewnym momencie odsłoniła swoje kobiecie wdzięki. Żeby nie zwariować musiałem wyjść, a że mieszkam w bloku i toaletę mamy osobno od łazienki, to poszedłem szybko zrobić sobie dobrze, żeby mi przeszło.
Nie mogę przestać o niej myśleć, ciągle wyobrażam sobie seks z nią. Wiem, że tak nie można, ale boję się, że ja w końcu ulegnę, jestem tylko facetem, a ona atrakcyjną babką, która na mnie leci. Kumpel i tak mi nie uwierzy, jeżeli jej nie nagram, a nawet jak nagram, to rozwalę ich małżeństwo i nie wiem co robić. Czas działa na moją niekorzyść. Nie wiem co robić.
Nienawidzę sam siebie. Z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że niesamowicie boję się nawet najmniejszego upokorzenia. Doprowadziło mnie to do tego, że boję się podjąć najmniejszego działania w jakimkolwiek kierunku.
Jestem z wykształcenia przedstawicielem tzw. wolnego zawodu, gdzie aby uzyskać pracę, muszę posiadać portfolio, którego nie jestem w stanie stworzyć przez to, że boję się popełnienia błędów i tego, że będzie po prostu słabe. Nie działa to tylko na mnie w sferze zawodowej, ale i prywatnej. Pewnego razu pod wpływem alkoholu zaprosiłem jedną ze znajomych na wesele, jednak świadomość, że rodzina mnie widzi sprawiła, że całość była drogą przez mękę. Bałem się ją poprosić do tańca, którego, a jakże, też się nie nauczyłem z powodu lęku przed porażką. Teraz cały czas myślę o wszystkich małych potknięciach, wypadnięciach z rytmu itp.
Boję się nawet dodania tego wyznania, ze świadomością, że jest po prostu żałosne.
Cały ten lęk sprawia, że mam ochotę umrzeć. Od chyba dwóch lat nie było dnia, w którym nie myślałbym o samobójstwie. Jadąc do pracy (oczywiście nie w wyuczonym zawodzie), za każdym razem mam nadzieję, że dojdzie do jakiegoś wypadku, w którym zginę. Całe dnie potrafię przesiedzieć na kanapie, a czas marnuję na jakieś zabijanie swoich myśli, byleby nie myśleć o porażce. Uciekam od jakiejkolwiek pracy nie z lenistwa, ale strachu, że coś nie wyjdzie.
Jeżdżę konno. Niedawno wybrałam się na jazdę z moją koleżanką. Mój koń stał spokojnie przywiązany do długiej belki zwanej koniowiązem - starej i spróchniałej. Po jej drugiej stronie rumak koleżanki, dość płochliwy egzemplarz.
Stałam i trzymałam go, podczas gdy koleżanka pobiegła po kask do stajni. Kiedy była już w połowie drogi powrotnej, jej koń spłoszył się i przegalopował przez koniowiąz, łamiąc go wpół. Mój koń również uznał, że ucieczka to dobry pomysł. Pogalopowały do lasu, a my zamiast jeździć, przez kolejną godzinę próbowałyśmy je złapać. Koleżanka była wściekła.
Nigdy się jej nie przyznam, że konia spłoszył mój nie do końca cichy pierd :/
Dodaj anonimowe wyznanie