Kilka lat temu przed świętami Bożego Narodzenia przyjechał do mnie mój chłopak. Podczas spotkania mieliśmy obdarować się prezentami, bo w święta nie mogliśmy się zobaczyć. Siedzimy, rozmawiamy, po czym nadszedł czas na wymianę prezentami. Pełna ciekawości nie mogłam się doczekać aż dostanę swój prezent. Należy dodać, że prawie wszystkie rzeczy, które od niego dostawałam same się psuły, chociaż on się upierał, że to ja je psuję. Wymieniliśmy się prezentami. Dostałam małe pudełeczko. Tysiące myśli przechodziło mi przez głowę, może to łańcuszek, może pierścionek. Po czym pełna optymizmu otwieram owe pudełko, a tam... kamień. Tak, zwykły kamień. W dodatku powiedział, że tego nie powinnam zepsuć, chociaż z moimi zdolnościami, to nigdy nic nie wiadomo. Byłam niemile zaskoczona. Wydałam tyle pieniędzy na prezent, a dostaję kamień? Próbowałam udawać, że wszystko OK i że cieszę się z tego kamienia, skoro na nic innego nie zasłużyłam. On natomiast, nie mogąc już powstrzymać się od śmiechu, z kieszeni wyjął łańcuszek z serduszkiem i mi go wręczył.
Podsumowując: dostałam kamień z napisem LOVE zanim to było modne. Trzymam go w pudełeczku razem z... rozerwanym już łańcuszkiem.
Mąż zostawił mnie po 4 latach małżeństwa. Zaczęło się od tego, że odkryłam, że przez kilka miesięcy zdradzał mnie z inną. Na początku bardzo chciał to ratować, ale szybko mu się odechciało i odszedł. Nawet nie do niej, tylko po prostu zaznać wolności.
Dopadła mnie depresja, ale całe rozstanie starałam się przejść z klasą. Tylko raz nerwy mi puściły, kiedy mój były nie był w stanie odpowiedzieć mi na SMS-a przez kilka dni (mieliśmy wciąż kilka wspólnych spraw do zamknięcia i również w jego interesie było przegadanie ich). Kiedy się w końcu odezwał, i to w dość lekceważący sposób, po prostu nie wytrzymałam - w długiej wiadomości wygarnęłam mu to, co mnie tak bolało - że po tylu latach nie czuje nawet tyle odpowiedzialności, żeby oszczędzić mi tych prób kontaktu i każe przedłużać ten ciężki okres.
Poszły słowa stanowczo za ostre, których się wstydzę nie ze względu na niego, ale ze względu na to, że nie chcę być taką osobą. Przeprosiłam, nawet olałam kwestię pieniędzy, które jest mi winien, byleby mieć to za sobą.
Do tej pory żałuję tej sytuacji. A mój eks wykorzystał ten moment słabości, żeby wybielić się przed rodziną i przyjaciółmi. Naopowiadał swojej rodzinie, jak to on zachował spokój, kiedy mi odbiło. I nagle wszyscy zapomnieli zdradę, kłamstwa, jego długi... Bo jeden raz straciłam kontrolę.
Żałuję tego, że dałam mu tę broń, bo przez to straciłam ludzi, na których mi zależało i mimo rozstania chciałam utrzymać kontakt. Przekabacił ich i jestem jeszcze bardziej samotna.
Sobota. Wracałam z hipermarketu obładowana zakupami spożywczymi. W promocji było moje ulubione mleko, więc oczywiście w szale wzięłam całą zgrzewkę (bo moje ulubione!). Dwanaście litrów mleka plus mnóstwo rzeczy. Taka niezadowolona z zacięciem na twarzy idę szybkim krokiem do domu - im szybciej będę szła, tym szybciej doniosę. Ech, studenckie życie...
Przede mną szła para też studenciaków - on podobnie obładowany do mnie, ona również niosła jakieś zakupy. On stękał, że tyle nabrali żarcia i po co tego tyle, ona robiła mu docinki, że taki duży chłop, a tak mu ciężko i jęczy bez sensu. Rozpoczęłam manewr wyprzedzania milusińskich. Dziewczyna to zauważyła i spojrzała najpierw na mnie, potem na swojego chłopaka, mówiąc do niego - "Widzisz, Piotrek? Koleżanka ma dużo i jest od ciebie mniejsza, a pocina ostro i wcale nie narzeka. Jakby od tego z kim będę dzisiaj spać zależało to, kto więcej zakupów mi nadźwiga, to zdecydowanie wieczorem zabawiałabym się z nią". Na co ja automatycznie wypaliłam - "Piękna! Weź mnie pod rękę i zabieram cię do siebie!".
Wierzcie mi, jeszcze nigdy nie widziałam nikogo, komu tak szybko zapaliłoby się turbo w tyłku, jak temu chłopakowi.
Jedyną osobą do tej chwili, która o tym wie jestem ja sama.
Jakiś czas temu, niedzielny poranek, test, dwie kreski. W końcu! Udało się. Zostanę mamą. Euforia, łzy, niesamowite uczucie (szkoda, że tylko z mojej strony, ponieważ mój wieloletni chłopak rozkazał trzymać mi tę wiadomość w całkowitej tajemnicy, ale nie o tym historia).
Kilka błogich miesięcy, aż przyszedł czas na bardziej poważne badania. Jedno, drugie, trzecie. Diagnoza? Dziecko nie przeżyje. Jedna z tych chorób, na które nie ma lekarstwa. Mija kilka dni, okropny ból. Karetka, szpital. Córeczka nie przeżyła. A ja? Najbardziej wrażliwa osoba z całej rodziny jak się zachowuję? Jakby nic się nie stało. Ani jednej łzy. Zero uczuć. Minęły dwa miesiące, a ja ani razu nie zapłakałam.
Czuję, że taki człowiek jak ja nie powinien nazywać się matką. Co ze mnie za kobieta, skoro nawet nie płakałam, nie wpadłam w żadną histerię.
Takie oto ściśle anonimowe wyznanie człowieka, w którym wszystko umarło...
Kręcone włosy są w mojej rodzinie od pokoleń, ja sama też jestem pudlem. Muszę podać o sobie kilka szczegółów, aby wyznanie było dokładne: mam 23 lata, jestem wysoka, szczupła, no i kręconowłosa.
Kiedyś, parę lat temu przychodzę sobie ze szkoły, a tu słyszę wołanie babci z kuchni:
- Patrycja! Chodź tu, chodź szybko! Zobacz... zobacz jaka dziewczynka w gazecie. Myślałam, że to ty. Zobacz, włosy te same, buzia, cała taka sama. Wycięłam ci. Masz, schowaj do portfela. Taka sama dziewczynka jak ty!
Popatrzyłam i mówię:
- Przecież to Magda Gessler...
Nie za bardzo wiem jak zacząć, ale jakoś trzeba.
W gimnazjum byłam otaku, nie było to wtedy za popularne, ludzie się z tego śmiali. Najgorsi byli jednak moi rodzice. Wyśmiewali się praktycznie ze wszystkiego. Kiedy tylko zauważyli, że oglądam jakiś odcinek anime to siadali obok mnie i kazali dalej oglądać, komentując chamsko co się dzieje na ekranie.
Jak tylko widzieli, że chcę zgrać sobie jakąś muzykę na komórkę to zmuszali mnie do puszczania jej w głośnikach żeby też sobie posłuchali, mówiąc, że słucham jakichś japońskich ped*łów babochłopów (słuchałam visual kei. Trochę An Cafe, Miyavi'ego, Malice Mizer, więc możecie wygooglować jak oni wyglądają). Powiecie, że to jeszcze nie robi z człowieka paranoika.
Pisałam pamiętnik, byłam trochę depresyjną nastolatką, dużo się wyzywałam jaka to nie jestem beznadziejna. Mama potrafiła znaleźć mi ten pamiętnik, przeczytać go, a potem przy mnie czytać jak wyzywam się od śmiecia. Powiecie, że może się martwiła, ale nigdy nic z tym nie zrobiła oprócz komentowania moich wypocin.
Potrafiła wchodzić mi na fejsa (czasy gdzie nie pracowała i siedziała sama w domu, więc nie było opcji, że to nie była ona) i czytać moje konwersacje z ludźmi, po czym kłamać mi w żywe oczy, że może komputer się zepsuł mimo, że pokazywałam jej historię przeglądarki. Czytali też moje sms, o czym dowiedziałam się, jak powiedzieli mi, że to nie dziewczyna wyrywa chłopaka tylko on ją. Dawali pseudo rady, że tego się nie pisze lub tego a tego nie wypada mówić. Czułam się zaszczuta, notorycznie monitorowana.
Skończyło się na tym, że na wszystko, co się da mam hasła, każde inne. Uczę się ich na pamięć, bo nie ma mowy żebym sobie to zapisała, bo ktoś może to przeczytać. Naturalnie mam z dwadzieścia e-maili, z piętnaście kont na anonimowych i kilka profili na fejsie. Na gmailu zablokowano aż mój numer, bo za dużo kont jest do niego przypisanych.
Na przeglądarce używam tylko trybu incognito, żeby nie musieć co chwila kasować historii. Kiedy tylko ktoś zagląda mi przez ramię, a coś robię na komputerze/komórce od razu zamieniam się w głaz, nie ruszam się i patrzę tępo w ścianę. Na studiach przeżywałam katorgi, kiedy tylko wykładowca nachylał się nade mną, by zobaczyć, jak radzę sobie z zadaniem. Nie potrafię mówić o swoich zainteresowaniach, ulubionej muzyce, udaję, że ich po prostu nie mam. A oni dalej się wypierają, mówią, że sobie to wszystko wymyśliłam.
Ps. Tak, wiem, że pewnie łatwo mnie wytropić, ale daje mi to złudne poczucie bezpieczeństwa.
Moja pierwsza dyskoteka, wielkie wydarzenie, bo rodzice zgodzili się na moje wyjście do klubu z koleżankami. Wszystkie odstrzelone, makijaż, fryzury, normalnie królowe życia.
Koleżanki na parkiecie, ja przy stoliku sączę jakiś sok, kątem oka widzę, że podchodzi do mnie jakiś chłopak. Staje przy stoliku, pyta "Zatańczymy?" i patrzy wyczekująco. Podnoszę głowę, uśmiecham się do niego i już mam wstawać, gdy on patrząc z lekką odrazą na moją twarz nagle mówi z paniką w głosie "Eee... może jednak nie" i szybko odchodzi w stronę swoich kolegów, a następnie pokazuje mnie palcem i wszyscy wybuchają śmiechem.
Boli do dziś.
Oboje z moim facetem staramy się prowadzić zdrowy tryb życia, jednak ostatnio mieliśmy mały kryzys i zdarzyło nam się 3 noce pod rząd zamawiać pizzę. Po trzecim razie oznajmiłam, że na tym koniec, bo to przecież takie niezdrowe. Przyjął do wiadomości i nie protestował.
Następnego dnia, kiedy siedziałam przy biurku, a mój facet na łóżku, poprosił żebym usiadła koło niego, bo chce mi powiedzieć coś ważnego. Oczywiście za pierwszym razem odmówiłam, no bo co mam siadać koło niego, tylko dlatego, że chce mi cośtam powiedzieć, ale nalegał. Przeszło mi przez myśl, że może zada mi to ważne pytanie w życiu kobiety. Z tysiącem myśli w głowie, typu "dlaczego akurat w domu?" i "nawet nie jestem ładnie ubrana" usiadłam na łóżku. Mój facet wstał, klęknął obok mnie i patrząc mi w oczy wyszeptał: "To jaką dziś zamówimy pizzę?"...
Pisałam tutaj kiedyś wyznania o mojej siostrze - narkomance, alkoholiczce, anorektyczce, może ktoś pamięta. Jestem aż zbulwersowana.
Moja siostra w październiku trafiła do szpitala pod wpływem opioidów, wyszła i wróciła do domu z zamiarem „rzucenia nałogu”. W domu zażywała metadon, brała oksykodon, całymi dniami siedziała na tarasie, paliła papierosy i słuchała muzyki. Przez ten czas nie wychodziła „w tango” na miasto, ale wymigiwała się od obowiązków domowych i nawet nie wpadła na to, żeby odciążyć nas i rodziców, i choćby wypakować naczynia ze zmywarki. Ja mam naukę zdalną, więc siedzę w domu i obserwuję zachowanie siostry. Nie robi nic - siedzi na telefonie, pali papierosy, maluje się, ubiera i robi sobie zdjęcia. Współuzależnieni rodzice są bezradni, nie pomaga to, że cieszą się, że jest w domu i nie muszą bać się o jej życie.
W czasie Wszystkich Świętych rodzice zaproponowali nam wyjazd do rodziny, do wuja i ciotki na wieś. Pojechaliśmy wszyscy, co było cudem, bo zwykle nie mogliśmy nigdzie jeździć ze względu na siostrę.
I tutaj zaczyna się historia. Po przyjedzie siostra miała dużo energii, siedziała przy stole z rodziną, rozmawiała, piła alkohol, a nawet jadła. W dzień wychodziła do lasu na spacery, paliła papierosy, dzwoniła do znajomych. Zachowywała się „normalnie” jak na siebie, była w tym czasie na metadonie. Tak, minęły dwa dni. Następnego dnia siostra wstała i dowiedziała się, że planujemy jechać na cmentarz, wysprzątać rodzinne groby, pościnać żywopłoty, zmyć kafle, nagrobki, poprzesadzać kwiaty - ogółem pracy było dużo. Na wieść o tym siostra zrobiła teatrzyk, że ona nigdzie nie jedzie. Kiedy na nic się to zdało, zaczęła udawać, że jest jej słabo, „omdlała” na łóżko, leżała.
Zdenerwowała mnie mniej niż rodzina, która nagle zaczęła wokół niej latać. Bo ona jest biedna, walczy z uzależnieniem, ma anoreksję i jest wychudzona, więc pewnie jej słabo. W końcu sprawę na cmentarzu musiałam ogarnąć ja, wuj, moja druga siostra i nasz kuzyn, bo ciotka z rodzicami zostali z obłożnie chorą siostrą i usługiwali jej przez cały dzień. Oczywiście wieczorem siostra magicznie ozdrowiała, a następnego dnia zamówiła taksówkę na stację kolejową i wróciła do domu pociągiem, bo umówiła się ze „znajomymi” na imprezę halloweenową, która ostatecznie trwała 4 dni, i z której gwiazda wróciła z mandatem za brak maseczki oraz została zanotowana przez policję.
Ona ma już ponad 20 lat, zachowuje się jak gówniara. Rodzice chodzą na terapię, żeby walczyć ze współuzależnieniem wywołanym uzależnieniem siostry i nie słuchają się terapeuty, nadal usługują siostrze, a nas z tego powodu ignorują. Mam dość.
Istnieje powiedzenie mówiące, że "jak ktoś ma pecha, to i podcierając tyłek palec złamie".
Zgadnijcie kto i czemu ma palec w szynie.
Dodaj anonimowe wyznanie