Mam 22 lata, mama traktuje mnie czasem jak niańkę do chorego młodszego brata, pełnoletni jest, ale nie ogarnia świata, ciężko mu się zorientować w godzinach coś policzyć czy kontrolować odruchy, które powinny wynikać z dobrego wychowania.
Mieszkam z nim w jednym pokoju oddzielonym szafą i firanką, odkąd mam prawko zawoziłam go do szkoły nawet jeśli nie było mi po drodze, w liceum i na studiach, nigdy nie robiłam problemu z tego, kiedy mama nie miała czasu to chodziłam z nim do dentysty, rejestrowałam go do lekarza, mamie pomagałam ogarniać sprawy urzędowe, tacie tak samo, ogólnie kiedy trzeba było to pomagałam, odwoływał spotkania z chłopakiem czy znajomymi.
A wczoraj kiedy mama stwierdziła, że będę go przez trzy następne miesiące dowozić na 8.00 do szkoły kiedy mam wolny miesiąc, a później mam zajęcia online to się zbuntowałam bo stwierdziłam że to nie fair, że nikt mnie o zdanie nie zapytał ani tego ze mną nie ustalił i oznajmiłam, że we wrześniu mam wolne mogę go wozić ale od października nie ma takiej opcji (dodam, że kiedyś poruszał się już autobusem do szkoły bo na tyle ogarnia życie, teraz jest problem bo covid i że coś dotknie w autobusie później oczy przetrze albo usta i zachoruje a nie wiadomo jak jego choroby z tym by współgrały) Więc wtedy zaczął się szantaż emocjonalny, że co ze niby ma się zwolnić z pracy żeby go wozić? "Ciekawe co ty byś zrobiła jakbyś miała chore dziecko" ...
Zostało mi pół roku do końca studiów i będę się chciała po nich wyprowadzić i to jak najszybciej, mam już dość że w wieku 21 lat musiałam być w domu 22.15 "bo ja nie mogę spać bo się o Ciebie martwię", takie były tłumaczenia mamy. Albo jesteś pod moim dachem ja Cię utrzymuje, więc będzie tak jak ja mówię. Dodam, że nigdy nie byłam problemowym dzieckiem, wszystkie świadectwa z paskiem matura dobrze zdana, ciężkie studia, na imprezach łącznie może 6 byłam, nie licząc wyjść czasem do pubu z grami planszowymi, żeby przy piwku pograć. Ale wszystko grzecznie po 18-stce.
Więc w ogóle nie rozumiem czemu, kiedy odmawiam zaplanowania mi 3 następnych miesięcy przez nią, robi mi takie wyrzuty. Rozumiem, że ona poświęciła pracę i życie towarzyskie na rzecz chorego syna, ale czemu mnie tym obarcza? Czy to jest fair?
Ostatnio odkryłam, że jestem osobą wysoko wrażliwą, w sensie że jest więcej takich osób, bo ja od dziecka mam wybuchy emocji szczególnie płaczu i nikt nic na przestrzeni lat z tym nie zrobił, w końcu sama zapisałam się do psychologa. Mam nadzieję że to mi pomoże.
Trochę poplątane te moje wypociny, ale mam nadzieję że zrozumiałe i że ktoś może coś poradzi.
Gdy byłam mała, babcia straszyła mnie, że jeśli nie będę grzeczna, zabierze mnie na targ do pani, która siedzi przy wielkim pieńku i przybija do niego niegrzeczne dzieci za języki, używając do tego gwoździ.
Na wstępie powiem że, mieszkam w domu dziecka od sześciu lat.
Od samego początku jest jedna pani, która zawsze się nade mną znęcała, biła, wyzywała, na nic mi nie pozwalała. Raz kazała mi umyć jej auto, bo w przeciwnym wypadku będę miał konsekwencje.
Gdy się zbuntowałem, ta pani zadzwoniła po karetkę i policję, że ja pobiłem. Gdy policja przyjechała ta się na mnie rzuciła i mnie rozłożyła na ziemi. Gdy weszli do środka, ta złożyła zeznanie co ja niby jej nie zrobiłem.
Na obdukcji pokazała kilka siniaków, i przez nią miałem sprawę w sądzie. W sądzie zeznała tak jak policji, a że ja nie miałem świadków (w placówce nie ma kamer) dostałem kuratora i MOW.
Wiem, że powiecie "to się nie nadaje na tą stronę" ale po 6 latach w MOWie, jestem w tak złej sytuacji, zdałem sobie sprawę, że nic mi nie zostało. Nie ma pieniędzy, nie mam mieszkania, pracy, znajomych.
Placówka miała mi dać pieniądze, od razu po wyjściu z placówki. Wyszedłem już 3 tygodnie temu, a do tej pory nie dostałem ani grosza. Śpię od tych trzy tygodni na różnych przystankach, peronach, jeśli jest zimno, jeżdżę busami na gapę. Placówka przestała się odzywać i się boję, że nie dostanę tych pieniędzy. Nie wiem co zrobić w mojej sytuacji... Chyba został mi tylko sznur, ale nawet nie mam pieniędzy, żeby go kupić.
Wychowałam się w rodzinie wielodzietnej, wiadomo jak to w tamtych czasach - nie przelewało się. Do tego mój ojciec był alkoholikiem, moja mama starała się jakoś wiązać koniec z końcem z pieniędzy, które uchowały się przed "przechlaniem".
Ale do sedna... Miałam jakieś 10 lat, bawiłam się na podwórku z koleżanką z sąsiedztwa. Później zaproponowała, żebyśmy pobawiły się jej lalką, która stała wysoko na szafie i się kurzyła. Wzięłyśmy ją na podwórko, pobawiłyśmy się przez jakiś czas, później koleżanka wróciła do domu, a ja zostałam jeszcze na dworze. Tak sobie spacerowałam i oto moim oczom ukazał się rulon pieniędzy. Od razu pobiegłam do domu i dałam go mamie.
Mama przeszczęśliwa, wyjęła z portfela swoje ostatnie drobne i wysłała mnie do sklepu po wafle Grześki dla mnie i rodzeństwa, takie święto, to można zaszaleć (dodam, że na co dzień nie mogliśmy sobie pozwalać na takie "rarytasy").
Jakąś godzinę później przyszła zapłakana sąsiadka (mama tej koleżanki), zginęły pieniądze! Okazało się, że brat tej koleżanki, już dorosły facet, schował sobie do tej lalki swoje uzbierane pieniądze, stwierdził, że i tak leży wysoko i siostra się nią nie bawi, to skrytka będzie w sam raz, nikt tam nie zajrzy. Oczywiście nie wiedzieli o moim znalezisku, kiedy przyszła sąsiadka, mama również jej o tym nie powiedziała, ale poszliśmy pomóc szukać tych pieniędzy na podwórku...
Mamie było głupio się tak przyznać, że znalazłam te pieniądze i ona je zabrała, więc wymyśliła, że da mi je, ja będę je trzymać w kieszeni i udawać, że szukam, a w końcu niby znajdę je w krzakach i oddam. Tak też się stało. Sąsiadka, a raczej jej syn, odzyskał swoje pieniądze, a moja mama została bez ostatnich drobnych... Może ta historia to dla niektórych nic, ale mi na jej wspomnienie zawsze robi się strasznie przykro, tak mi wtedy było szkoda mamy.
To były czasy, jak byłem małym karaluchem i chodziłem do liceum. Ogólnie wtedy to u mnie był wiek buntowniczy. Taki dzieciuch był ze mnie, a nosiłem glany, czarne jak smoła bojówki i przewieszony przez spodnie grubaśny łańcuch na pitbulla.
Raz na przerwie poszliśmy na boisko szkolne, bo mieliśmy wyremontowane przez miasto. Uciecha jak z nowej klatki w zoo. Aż żal siedzieć pod salą jak kujon i czekać na następną część lekcyjnych tortur. Koledzy zaczęli sobie grać małego meczyka, a ja że mógłbym kogoś uszkodzić moimi cudnymi glanami, to wdrapałem się i usiadłem sobie na bramce.
Tak sobie siedziałem i patrzyłem na wszystko z góry aż zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec luksusu. Nie czekając ani chwili, wziąłem zamach nogami i zeskoczyłem. A raczej miałem taki zamiar, bo mój super łańcuch zaczepił się za haczyki na siatkę i majestatycznie zawisłem, jak w kreskówkach. Do momentu aż usłyszałem trzask dartego materiału spodni. Spadłem na przysłowiową dechę. Szybko wstałem, otrzepałem się, że niby spoko, że to było zamierzone. A tu nagle spodnie zsuwają mi się po nogach. Całe były porwane... Oczywiście, że zaraz po boisku rozniósł się histeryczny śmiech.
Jeden kolega ulitował się nad moim nieszczęsnym losem (oczywiście jak opanował śmiech) i pożyczył mi swoje spodenki na wf. Spodnie były szerokie, więc na resztę dnia zostałem pierwszym metalem w glanach i gangsta spodniach z krokiem po kolana.
Prawo jazdy zrobiłam na studiach. Wcześniej jeździłam do mojego chłopaka autobusem. Kiedy odebrałam już upragniony dokument, rodzice mi się dołożyli i kupiłam samochód (używany, gdyby ktoś był ciekaw, ale to nie jest ważne dla tego wyznania).
W moją pierwszą samodzielną podróż samochodem postanowiłam wybrać się właśnie do chłopaka. Mieszkał poza miastem i po drodze trzeba było kilka razy skręcać. Jeździłam do chłopaka autobusem kilka razy i sądziłam, że drogę znam dobrze. Jednak się pomyliłam.
Ogólnie trasa była dość zawiła. Stresowałam się bardziej niż sądziłam, że będę. Bałam się, że z tego wszystkiego pomylę drogę. To nie były czasy smartfonów, więc nie mogłam po prostu odpalić Google Maps albo innej nawigacji. W dodatku doszedł stres, bo to była moja pierwsza samodzielna podróż. Wyruszyłam i okazało się, że nie jestem pewna gdzie skręcić (czy to było już tutaj, czy jednak dalej). Spojrzałam na zegarek i wiedziałam, że zaraz będzie jechał "mój" autobus. Poczekałam więc i pojechałam za nim, żeby skupić się już tylko na prowadzeniu samochodu i nie martwić się, że się gdzieś zgubię.
Jechałam więc za autobusem, którym zawsze do niego jeździłam. Całą drogę.
Wiem, masakra. Zdaję sobie sprawę, że to trochę żenujące i dlatego nikomu się do tego nie przyznałam. Z powrotem wróciłam już bez "pomocy" autobusu. Dałam radę!
Czasem czuję się jak ofiara dziwnej mody w dzisiejszych czasach.
Problem dla wielu może wydawać się błahy, ale dla mnie taki nie jest. Przez większość swojego życia nie miałam większych kłopotów z wyglądem, nie miałam obsesji na punkcie swojej wagi, bo byłam raczej szczupła. Niestety to się zmieniło.
Nagle ze zgrabnej dziewczyny stałam się zakompleksioną kobietą z paroma nadprogramowymi kilogramami. Na początku paroma, potem było ich więcej i więcej. Długo nie mogłam się z tym pogodzić, szukałam przyczyny w swoim trybie życia, ale okazało się, że mam chorą tarczycę. Najpierw endokrynolog ustawił mi leki, potem dietetyk odpowiednią dietę, a trenerka trening na siłowni. Powoli waga zaczęła iść w dół, ale wciąż pracuję nad swoją sylwetką.
Bardzo mocno to wszystko przeżyłam, jestem bardzo wrażliwa na tym punkcie, ale staram się nie przejmować, co myślą inni, po prostu robię swoje i wiem, że postępuje dobrze. Niestety wymaga to ode mnie ogromnego wysiłku i odporności psychicznej. Wspiera mnie w tym wszystkim chłopak i jestem mu naprawdę wdzięczna, wiem, że mimo wszystko mu się podobam.
Ostatnio usiadłam na ławce na przystanku czekając na autobus. Zauważyłam, że obcy mężczyzna obok coś do mnie mówi, więc wyjęłam słuchawki i poprosiłam, by powtórzył. Nie jestem w stanie przytoczyć wszystkiego co powiedział, ale zaczął od słów, że jestem bardzo ładna i pięknie pachnę, ale powinnam o siebie zadbać i wie, co mówi, bo jest trenerem.
Podziękowałam mu za radę, ale podkreśliłam, że nie zna mnie i nie powinien oceniać. Facet kontynuował tłumacząc, że chyba sama wiem, gdzie leży problem, bo chyba mam lustro w domu i naprawdę wystarczy tylko trochę pracy, a będę "naprawdę super laską" i on widzi, że o siebie dbam, ale dbać trzeba też o swoje ciało i zdrowie.
Całe szczęście przyjechał mój autobus i wsiadłam do niego uciekając od natręta. W oczach miałam łzy. Być może nie miał złych intencji, ale ewidentnie miał problemy z myśleniem. Rozumiem, że można kogoś taką gadką zmotywować, ale on nie znał mojej historii, nie wiedział, że od pół roku jestem na diecie i ćwiczę na siłowni trzy razy w tygodniu.
Nie wiedział, że jestem chora. Nie widzę nic złego w szczerej rozmowie z bliską osobą, u której zauważyliśmy problem. Ale zaczepianie totalnie obcych ludzi i mówienie im, żeby wreszcie coś ze sobą zrobili jest dla mnie szczytem chamstwa i oznaką płytkiego rozumowania.
O tym, co dzieje się w bogatych miasteczkach.
W dzieciństwie mieszkałam w jednej z najbogatszych gmin w kraju. Miejsce wypełnione adwokatami, lekarzami, deweloperami i programistami. Wszyscy z bogatych rodzin, jedynie niewielka część z mieszkańców należała do klasy średniej a już wielką rzadkością były rodziny ubogie.
Możecie mówić, że dzieciaki były roszczeniowe i wredne, i skłamałabym, gdybym zaprzeczyła, ale nie było to do końca tak. Winę ponosili rodzice. Akurat tak się zdarzyło, że większa część matek moich koleżanek była niepracujących. Opiekowały się, no cóż, może nie domem, bo miały od tego panie sprzątające, dziećmi też nie, bo od tego była niania. Powiedzmy, że zajmowały się majątkiem męża i plotkowaniem u jednej i tej samej kosmetyczki. Pewnie myślicie, że wymyślam, ale naprawdę tak było w dużym uproszczeniu.
Pamiętam sytuację, kiedy matka jednej z najbogatszych koleżanek rozdawała drogie lalki, jeżeli tylko ktoś miał ochotę bawić się z jej córką.
Szczerze powiedziawszy, te kobiety były psychiczne. Potrafiły przyjść do szkoły, rzucić się na 10-letnie dziecko, bo to obraziło buty jej córki. Kiedy dziewczynki kłóciły się poza szkołą, zawsze angażowana była dyrektorka. Matki kłóciły się w gabinecie, jakby od tego zależały ich reputacje.
Najgorsze były sytuacje, kiedy dwie dorosłe kobiety pokłóciły się między sobą i jedna z nich zabierała wszystkie dzieci z klasy do parku i na lody, żeby tylko nie miały one czasu na zabawę z córką pokłóconej koleżanki. Totalna patologia, a jednak nikt nic z tym nie robił. Ich mężowie opłacali szkołę i wycieczki, więc dziecko z bardziej wpływowymi rodzicami wygrywało sprzeczkę.
Od dziecka byłam angażowana w dramaty, kłótnie, plotki. Byłam zmuszana do odcinania się od moich koleżanek, więc pewnego dnia założyłyśmy tajny klub spotkań w lasku nieopodal, gdzie mogliśmy bawić się z kim chcemy i w jaki sposób chcemy. Z jednej strony każdy zazdrości ci pieniędzy i wydaje się, że żyjesz bajkowym życiem, ale z drugiej strony odczuwasz ogromną presję społeczną.
Masz kręcić się tylko wokół najbogatszych (dosłownie takie teksty słyszałam od rodziców). W wieku 11 lat moim priorytetem było pokazanie się z jak najlepszej strony, żeby chłopak z bardzo bogatej rodziny zwrócił na mnie uwagę, bo tego oczekiwała ode mnie moja mama. Mam problem z własną tożsamością.
Matki moich znajomych i moja zrobiły nam takie pranie mózgu, z którego trudno było wybrnąć. Dopiero, kiedy internet stał się powszechniejszy zauważyliśmy, że nie można się tak zachowywać i trzeba coś w sobie zmienić.
Wyznanie tak w ramach ciekawostki, bo nie każdy zna kulisy życia takiego dziecka, a szczerze chciałabym, aby ktoś to w końcu zrozumiał, bo pieniądze nie gwarantują bezpieczeństwa.
Pewnego dnia dwa lata temu wracałam wieczorem do domu z zakupów. Z tramwaju do mojego mieszkania prowadziły dwie drogi: krótsza, ale nieoświetlona, przez kładkę nad torami kolejowymi i dłuższa, ale oświetlona, czyli wydaje się, że bezpieczniejsza. Jako że było już ciemno, wybrałam tę drugą. Następnego dnia wyjeżdżałam, więc moja torba była pełna jedzenia.
Jakieś 100 metrów od domu usłyszałam, że ktoś biegnie. Potem ktoś mnie przewrócił, a inna osoba wyrywała mi torbę. No nie, nikt mi nie będzie kradł jedzenia! Zaczęłam się bronić, kopać, gryźć. A kiedy to nie pomogło - biec za napastnikami i wrzeszczeć. Nie wiem, co we mnie wystąpiło ani jaki miałam wyraz twarzy, ale złodzieje rzucili torbę na ziemię i uciekli. Szybko sprawdziłam, czy jest w niej moje jedzenie. Było. Poszłam więc do domu.
Będąc na miejscu zaczęłam wszystko rozpakowywać. Bułki, ser, ukochane kabanosy, dokumenty, nowiutki tablet, portfel, a w nim dość spora ilość gotówki. Zostałam napadnięta, w torbie miałam ponad 500 złotych i nowy sprzęt, a ją blondynka myślałam tylko ratowaniu kabanosów. Ech, te priorytety. .. ;)
Dzisiejszego pięknego ranka, zostałam zmuszona, aby pójść po bułki do sklepu znanej sieci. Założyłam na siebie, jak na Gota przystało, bluzkę Nightwisha (jakieś dwa rozmiary za dużą), czarne rurki, no i oczywiście buty bogów (czytaj glany). Byłam tak zaspana, że nawet nie zwróciłam uwagi na wygląd moich włosów.
Stojąc w kolejce z ciepłymi bułeczkami dla kochanej rodziny, zobaczyłam przed sobą przesympatyczny i uwielbiany przed przez wszystkich typ "moherowy beret". Kobita stała wraz z jakimś dzieckiem. Nagle ta starsza pani się obróciła w moją stronę. Gdy na mnie spojrzała całą pobladła i wypaliła z takim tekstem "A precz do piekła ty duszo nieczysta, wcielenie Szatana". Oczywiście usłyszeli to wszyscy wokół i odwrócili się w naszą stronę. Zastanowiło mnie bardzo, co tak mogło rozwścieczyć tę babę. Ale po chwili to dziecko stojące obok wypaliło: "Babciu zapytaj tej pani jak jest w piekle, bo tatuś mówi że też tam trafisz". Babka cała czerwona. Ja się duszę ze śmiechu, płacę czym prędzej za te bułki i wychodzę.
Wychodząc spojrzałam w szybę i faktycznie wyglądałam jak wcielenie Lucyfera. Włosy jakby były natapirowane, wczorajszy makijaż rozmazał się prawie na pół twarzy, ale szminka na ustach pozostała prawie nietknięta ? (opłacało się kupić droższą).
Dodaj anonimowe wyznanie