Akcja ubiegłoroczna. Z moim ówczesnym narzeczonym (dziś mężem) planowaliśmy ślub. Polskim zwyczajem - zaplanowaliśmy ślub w kościele. Poszliśmy na plebanię, zastaliśmy księdza proboszcza (67 lat), ale wymyślił sobie, że wszelkich informacji udzieli nam po rekolekcjach. OK, coś mi tu zaśmierdziało, jakiś podstęp. Wyszliśmy z plebanii. Co tu teraz zrobić? Mój narzeczony stwierdził, że głupio tak będzie czatować, aż rekolekcje się skończą. Trzeba będzie iść i wysłuchać. Oboje jesteśmy wierzący. Nie mamy problemów z uczestniczeniem w mszach i uroczystościach kościelnych, więc jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy - poszliśmy za rączkę na rekolekcje. Tematyka rekolekcji była nawet spoko - o nowoczesnych grzechach, o których czasem nie mamy pojęcia. Ksiądz rekolekcjonista super - zabawny i dowcipny. Godzinka zleciała jak w mordę strzelił.
Po rekolekcjach była spowiedź - proboszcz, wikary i rekolekcjonista w konfesjonale. No nic, zostaniemy i na spowiedzi... Podchodzę do konfesjonału proboszcza, klękam i zaczynam spowiedź. Spowiadam się tak jak zawsze i żeby nie było, że nie słuchałam rekolekcjonisty, dodaję nowoczesny grzech - w moim przypadku było to ściąganie filmów z internetu, więc powiedziałam "piractwo". To, co powiedział mój ksiądz, przebiło wszystkie granice powagi. Otóż niewiele myśląc wypalił: "Ahoj, a na jakim morzu grasujesz?". Parsknęłam śmiechem i aż pisnęłam, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Ksiądz nie zakumał. Patrzy się na mnie jak na idiotkę, a ja się bujam wte i wewte klęcząc przy konfesjonale. Łzy mi lecą po policzkach, bo w życiu bym nie pomyślała, że on to w ten sposób zrozumie. Zanim się uspokoiłam, to się trochę wzburzył, ale kiedy mu wytłumaczyłam, o co mi chodziło roześmiał się i doszedł do wniosku, że ma za dużo na głowie i czasem rozumie wszystko po staremu.
Na moim kierunku studiów trzeci rok uważany był za najtrudniejszy do zaliczenia, przez to co roku kilka osób stawało się "spadochroniarzami", powtarzając ten etap swojej edukacji.
Pierwszego dnia zajęć dydaktycznych jak zawsze koczowaliśmy przed salą ćwiczeń. Wiedziałem, że będziemy mieli nowego kolegę i trzy nowe koleżanki ze starszego rocznika. Jestem osobą otwartą i pozytywnie nastawioną do życia. Czasem zdarza mi się również bez zastanowienia być miłym dla nieznanych mi osób. Zauważyłem, że pod salą stoi jakaś dziewczyna, o głowę niższa ode mnie. Wyglądała na nieco zagubioną, poza tym nikt z moich znajomych jej nie znał. Czekała wraz ze swoim plecaczkiem przed wejściem w pełni zamyślenia.
W pewnym momencie postanowiłem do niej podejść i się jakoś przywitać, ot, dwa zdania bez kontekstu.
- Hej, czekasz na zajęcia? - powiedziałem z uśmiechem i dużą dozą optymizmu.
- Tak, czekam.
Przy tym bardzo serdecznie się uśmiechnęła, jej twarz się momentalnie rozpromieniła. Pomyślałem, że to dobry pomysł pociągnąć rozmowę, w końcu ćwiczenia miały się zacząć za trzy minuty, a sala nadal była zamknięta.
- Nie pomyśl, że jestem źle wychowany. Na imię mi Sebastian, a ty jesteś...
- Ania (imię było rzecz jasna inne, ale również dziewczyna podała je w zdrobnieniu).
- Miło mi cię poznać, Aniu. Mam nadzieję, że nasza grupa przypadnie ci do gustu!
- Też mam taką nadzieję, ale w zasadzie to wyglądacie bardzo sympatycznie.
Szczerze ucieszyłem się, że nowa osoba w naszej grupie ma pozytywne pierwsze wrażenie za sobą. Na takim kierunku jak mój, często doświadczenia przeprowadza się w grupach, łatwiej się pracuje, kiedy się siebie wzajemnie lubi, albo przynajmniej znosi.
- A czy osoba, która prowadzi te zajęcia też jest sympatyczna? - powiedziałem z pytającym wzrokiem
- No wiesz, w sumie to na zajęciach jest miło, zaliczenie też nie jest w zasadzie takie trudne - odrzekła z uśmiechem.
Wpadłem na pomysł, żeby nietaktownie zapytać czemu zawaliła ćwiczenia i musi je powtarzać w takim razie, ale jedna z koleżanek zaczęła wrzeszczeć, że jeśli prowadzący nie przyjdzie punktualnie, to ona idzie do domu.
- Kurcze, nie wiesz, czy te zajęcia to zaczynają się punktualnie?
- Właściwie to tak - spojrzała na zegarek - mogę was wpuścić na salę - uśmiechnęła się i dodała - i nie myśl, że to co przed chwilą się stało, to największy faux pas w twoim życiu. Naprawdę miły z ciebie człowiek. Tak poprawiłeś mi humor, że chyba zrobię państwu łatwiejsze zaliczenie.
Zamurowało mnie. Od tej pory zawsze kiedy widziałem panią doktor Anię mówiłem najserdeczniejsze dzień dobry, jakie mogłem z siebie wykrzesać. A ona uśmiechała się pod nosem. Słowa dotrzymała - najgorszą oceną była czwórka. :)
Wykłady online. Z różnych przyczyn siedziałem w domu rodzinnym.
Przysłuchiwałem się profesorowi, niekiedy zabierając głos. Nie korzystałem z przycisku "mute" na ekranie, wyciszając się raczej za pośrednictwem słuchawek. W pewnym momencie matka przyniosła mi kawę i skupiła wzrok na profesorze.
- Patrz, jaki elegancki - zakpiłem. - Zajebisty kozak.
Okazało się, że było mnie słychać.
Mam 30 lat i śpię z ulubionym pluszakiem.
Na początek muszę powiedzieć, że moja mama nie należy do wylewnych osób i rzadko okazuje swoje uczucia. Oczywiście jest najwspanialszą mamą na świecie i wiem, że bardzo mnie kocha, tylko nigdy nie mówi tego wprost.
Parę lat temu wybierałam się ze znajomymi na daleki wyjazd, ponad 1000 km samochodem w jedną stronę. Kiedy znajomi przyjechali po mnie, moja mama zeszła ze mną, żeby pomóc mi znieść bagaże, pomogła mi je zapakować do auta, uścisnęła mnie na pożegnanie, po czym podeszła do kierowcy i głośno i powoli, żeby wszyscy zrozumieli, powiedziała: "Niech pan jedzie ostrożnie, bo wiezie pan to, co dla mnie w życiu najważniejsze. Jeśli coś jej się stanie, to mnie też będzie miał pan na sumieniu". Po czym jak gdyby nigdy nic odeszła od samochodu i zaczęła nam machać na pożegnanie.
Dopiero po powrocie kolega-kierowca przyznał się, że za każdym razem, kiedy choć minimalnie przekraczał prędkość, miał przed oczami wzrok mojej matki.
Mamo, kocham cię!
Kilka lat temu mała ja (miałam jakieś 10 lat) lubiłam bawić się petardami. Kiedyś z koleżanką wpadłam na pomysł, by petardy wsadzić w... psią kupę.
Pech chciał, że nie odsunęłam się w odpowiednim momencie i dostałam kupskiem w twarz.
Od tamtej pory nie bawię się wystrzałowo. Nawet w sylwestra.
Byłam ze swoim chłopakiem 3 lata.
Znaliśmy się bardzo dobrze, mieliśmy wspólne poglądy, planowaliśmy wspólne życie. Moi przyjaciele i rodzina go lubiła, ja również dogadywałam się z jego bliskimi w tym z jego pewną przyjaciółką. W końcu przyszedł ten magiczny dzień kiedy klęknął przede mną na jedno kolano pytając czy zostanę jego żoną. Bez wahania odpowiedziałam" tak".
Mój luby otworzył pudełeczko z pierścionkiem a tam śliczny, ale w zbyt małym rozmiarze pierścionek. Stwierdził, że on się zajmie jego przerobieniem, a za kilka dni powiemy o wszystkim naszym rodzinom. Te dni zaczęły się ciągnąć i zamiast kilku były prawie dwa miesiące.
Przez ten czas ustaliliśmy wstępną datę ślubu, kolory przewodnie, patrzyliśmy na zaproszenia. Pewnego dnia zadzwonił nagle do mnie, mówiąc że musimy się spotkać. Powiedział mi że potrzebuje przerwy, że wszystko zadziało się za szybko. Byłam w szoku, bo nic na to nie wskazywało. Po 4 dniach dostałam SMS- a, że ze mną zrywa.
Kolejne dwa miesiące wyjęte z życia. Płacz, niesamowity ból i samotność.
Wczoraj dostałam screena od przyjaciółki, gdzie widniał ustawiony na FB związek mojego ex z jego najlepszą przyjaciółką. I jakoś bym to zniosła gdyby nie ustawiona data. Roztrzęsiona zadzwoniłam do niego żądając wyjaśnień na co on że spokojem odpowiedział, że zdradzał mnie z nią od roku, a oświadczył mi się z wyrzutów sumienia.
To przez co teraz przechodzę nie da się z niczym porównać. Wpadłam w obojętnienie, przestałam się akceptować. Dużo wspólnych przyjaciół odeszło, bo nie chcieli być po jednej stronie, zostałam totalnie sama.
Proszę Was. Zanim zdradzicie lub coś obiecujecie, pomyślcie o tym jak to może wpłynąć na drugą osobę. Lepiej to zakończyć wcześniej niż tą osobę zniszczyć.
Mam 35 lat i troje dzieci. Czasem żałuję, że je mam. Nie jest to kolejne wyznanie o tym, że nie jestem gotowa, bo chciałabym się bawić, albo że nie chciałam mieć dzieci, ale ktoś mnie namówił. Kocham moje dzieci i są dla mnie całym światem, ale nie radzę sobie z lękami, które temu towarzyszą.
Nieustannie drżę o zdrowie moich dzieci. Kiedy widzę na Facebooku, że ktoś udostępnił zbiórkę na leczenie chorego dziecka, wyobrażam sobie, że coś takiego może spotkać któreś z moich. Syna boli brzuch - mnie prześladuje myśl, że to rak. Zapisuję go na wszystkie możliwe badania, wydzwaniam po lekarzach. Ostatnio córka miała gorączkę, nic groźnego, zwykła trzydniówka, ale oczami wyobraźni widziałam jej pogrzeb. Tak jest za każdym razem. Zwykła infekcja, a ja szaleję. Wyobrażam sobie raka, sepsę i inne cuda. Kiedy któreś z dzieci ma kaszel, śpię z nim, bo się boję, że się w nocy udusi. Teraz w sezonie chorobowym dzieciaki ciągle coś łapią, a ja wyobrażam sobie za każdym razem najgorsze. Kiedyś wezwałam karetkę, bo wydawało mi się, że córka ma problemy z oddychaniem, a ona miała tylko katar i sapała przez zatkany nos.
Jestem już tym zmęczona. Tak bardzo zmęczona, że czasem chciałabym nie mieć nikogo, żeby o nikogo nie musieć się bać. Potem wyrzucam sobie, że dopuściłam do siebie takie myśli, bo się boję, że ktoś tam na górze, Bóg czy ktoś, zechce mnie za nie ukarać i zabierze moje dzieci. Wiem, że to moje wyznanie jest żałosne, ale go potrzebuję. Cholernie potrzebuję komuś o tym opowiedzieć, bo oszaleję. Rodzinie nie mogę. Jestem najstarsza i zawsze uchodziłam za tę najrozsądniejszą, która dbała o rodzeństwo i pomagała. Ojciec podupadł psychicznie i fizycznie po śmierci mamy, więc nie ma sensu dokładać mu zmartwień. Mąż zawsze mnie wyśmiewa i nazywa histeryczką, więc staram się nie okazywać przy nim swoich lęków, chociaż nie zawsze mi się to udaje. Znajomych nie mam, bo od kiedy pojawiły się dzieci, prawie nie wychodzę z domu. Mąż nie chce z nimi zostawać. Raz do roku od wielkiego dzwonu spotykam się ze znajomymi ze studiów.
Chciałabym pójść na terapię, bo czuję, że za chwilę oszaleję, a nie chcę, żeby moje dzieci miały walniętą matkę, ale przy trójce dzieci jest mnóstwo innych wydatków. Czasem chciałabym się zabić, żeby już nie czuć tego strachu, czasem myślę, żeby uciec. Wyjść do sklepu po bułki i nie wrócić. Zaczęłam mieć tiki nerwowe i problemy z zasypianiem. Nie wiem co robić. Nie chcę się już bać.
Mając jakieś 13 lat odkryłam wattpada. Zagłębiłam się w świat opowiadań często pisanych przez dziewczynki w moim wieku, które nie mając pojęcia o życiu (i często też o poprawnym zapisie dialogów) publikowały swoje wypociny. Pamiętam, że była moda na opowiadania rodzaju bad boy i nieśmiała dziewczyna. Typowo. I jako niedoświadczona kompletnie w sprawach damsko-męskich osoba, nie miałam pojęcia, że wcale nie każdy chłopak taki jest i związek nie musi tak wyglądać, ale ubzdurałam sobie, że tak chcę i to mój ideał chłopaka.
Więc mając te piętnaście lat wciąż byłam głupim dzieciakiem i żyłam z pewnością, że takiego faceta chcę.
W tamtym czasie do mojej szkoły dołączył nowy chłopak, ubierał się na czarno i miał kolczyk w uchu, nazwijmy go K. Stał się bożyszczem mojego rocznika (jak teraz o tym myślę to nie wiem czemu), cała żeńska część mojej klasy się w nim podkochiwała (w tym i ja). Dziewczyny robiły między sobą narady, jak tu do takiego chłopaka uderzyć. Przy nich mówiłam, że nie mam zielonego pojęcia i udawałam głupią, a w domu obmyślałam idealny plan zdobycia jego serca. W międzyczasie dowiedziałam się, że chodzi z innymi osobami za szkołę palić papierosy. I wtedy mnie olśniło, ryzykując swoje dobre zachowanie i wezwaniem rodziców do szkoły, przyłączyłam się do grupki osób palących z mojej klasy i razem z nimi wychodziłam za szkołę na przerwie.
Potem wychodzenie na fajka za szkołę stało się naszą codzienną rutyną. Zaczęłam częściej gadać z K i kiedy brakowało mu papierosa, pierwsza byłam by go jednym podratować. W końcu jednego dnia nie miał w ogóle papierosów, więc udając, że mam chody w sklepie u mnie na osiedlu obiecałam, że mogę mu paczkę załatwić. A tak naprawdę poszłam do starszego brata, którego wybłagałam aby kupował mi papierosy za moje kieszonkowe. Oczywiście w zamian za to musiałam go kryć, kiedy wymykał się z domu i wykonywać jego obowiązki domowe. Raczej miał wywalone w to, że palę. Jeśli wywiązywałam się z umowy, on też to robił.
W końcu stałam się dziewczyną K i załatwiałam mu fajki na bieżąco. Z czasem zaczęło mi brakować pieniędzy, bo chłopak prosił, bym kupowała mu te paczki codziennie. Więc zapożyczałam się u brata. Koleżanki mi zazdrościły, a ja byłam w siódmym niebie, ale z czasem zauważyłam, że wykorzystuje mnie tylko do tego aby mieć co palić. A za moimi plecami spotykał się z innymi dziewczynami i chodził na imprezy sam. Zrobiłam mu o to awanturę, a on mnie wyśmiał. Kiedy tego samego dnia brat znalazł mnie zapłakaną w łazience, powiedziałam mu jak było naprawdę. Następnego dnia przyszedł do mojej szkoły i znalazł K. Postraszył go, że jak nie odda wszystkich pieniędzy za papierosy to spuści mu przysłowiowy wpier***. Chłopak oddał cały hajs, ja potem dostałam się do LO i taki był koniec tej (żenującej) historii.
Niby jestem podobny do mojego brata bliźniaka - kolor włosów, oczu czy nos podobne, wzrost i budowa ciała takie same, ale jednak każdy bez najmniejszego problemu wiedział, który jest który. Zawsze nam to odpowiadało, że nikt nas nie myli i nie zdarzy się sytuacja, gdzie jakaś dziewczyna pójdzie na randkę z moim bratem zamiast ze mną.
Pomyśleliśmy: "kurde, fajnie by było chociaż raz zobaczyć, jak to jest mieć swoją wierną kopię". Zaczęliśmy się swoim twarzom dokładnie przyglądać i wyszukiwać różnice. Gdy wszystkie wyłapaliśmy, zaczęliśmy kombinować z mejkapem (na naszą obronę powiem, że długo nam nie szło). Pomagała nam kuzynka i tak oto na halloweenową imprezę zjawiliśmy się jako bliźnięta jednojajowe.
Nawet sobie nie wyobrażacie jakie mieliśmy miny, gdy podeszła do nas znajoma i rzuciła do mojego brata:
- No hej, Tymek! Nie wysiliłeś się ze swoim strojem.
Załamani pytamy jak nas rozróżniła, przecież tyle pracy włożyliśmy żeby ludzi nabrać, tyle czasu i pieniędzy, a ta od razu wie, który jest który. Spojrzała na mnie z uśmiechem typowej, bezdusznej cioci Gieni, a z jej ust padła najgorsza prawda mojego życia.
- Twojego końskiego ryja żaden lateks nie zakryje.
Dodaj anonimowe wyznanie