Oglądanie "Wiadomości" może straumatyzować dziecko. Miałam tak, gdy w dzieciństwie zobaczyłam relację o tsunami na Sumatrze. Przeraziłam się i zapytałam, czy u nas też tak może się stać (mieszkam blisko morza, choć nie nad samym). Mama powiedziała, że nie. Trochę mnie to uspokoiło, ale nie całkiem, bo przecież w życiu nigdy nic nie wiadomo. Wiele lat śniło mi się, że stroję nad brzegiem morza i widzę gigantyczną falę, która nadpływa i czuję tylko wielki strach. Nadal mi się to śni, ale rzadziej.
Podobnie było z ptasią grypą w Polsce. Koleżanka dała mi figurkę kaczora, który na głowie miał puch. Powiedziała, żeby nie dotykać puchu, bo można się zarazić ptasią grypą. Spytałam mamę i powiedziała, że nie można. A ja znowu pomyślałam, że i tak lepiej uważać, na wszelki wypadek.
Byłam dzieckiem nauki, tłumaczono mi wiele rzeczy, ale może gdyby wtedy, w tamtych przypadkach, pomimo tego, że jeszcze nie chodziłam do szkoły, wytłumaczono mi dokładnie, skąd się bierze tsunami i dlaczego u nas go nie będzie, albo ile dni żyje wirus ptasiej grypy, uwierzyłabym, że nie ma się czym martwić.
Przykro mi, gdy pomyślę, co dzisiejsze dzieci zapamiętają z programów informacyjnych.
Przedstawię wam moją kuzynkę, Natalię. Jest dla mnie jak siostra, jej mama jest siostrą mojego taty i mieszkałyśmy za dzieciaka obok siebie - ona w domu rodzinnym mojego taty, my w wybudowanym na sąsiedniej działce domku. Jest ode mnie rok starsza.
Kiedy byłyśmy dziećmi, co niedzielę należało grzecznie dreptać do kościoła, obowiązkowo roraty, drogi krzyżowe, sypanie kwiatów w oktawie Bożego Ciała itd. Dorośli bardzo tego pilnowali, jednak nie było to ze strony naszych rodziców czy dziadków wymuszane - tak byłyśmy nauczone i nikt z tym nie dyskutował, ot zwykła niedziela dzieci z lat 80/90 - rano Hugo, potem msza, na obiad rosół i schabowy przy Familiadzie.
Minął czas, dorosłyśmy, wyszłyśmy za mąż. Kuzynka z mężem długo starali się o dziecko, jedno stracili, więc kiedy okazało się że Natalia jest w ciąży oboje oszaleli ze szczęścia. Jednak u Nati poszło to trochę za daleko - uznała, że ciąża, w dodatku bliźniacza to cud, sam Bóg ujrzał jej rozpacz i pragnienie macierzyństwa i wysłuchał modlitw. Od tej pory zamieniła się w takiego mohera w skórze 30-latki, kiedy się widziałyśmy potrafiła na przykład spytać czy byliśmy w kościele, a jeśli nie, to dlaczego. Sama w maju nie opuściła ANI JEDNEGO nabożeństwa.
Kiedy urodziła dwie śliczne dziewczynki, zabroniła nawet swojemu mężowi tak zwanego "pępkowego" - powiedziała mu, że trzeba iść do kościoła Bogu dziękować za dzieci, a nie z kolegami na wódkę.
Ich dziewczyny już od małego są uczone pościć w piątek, modlić się, ale co do tego nie mogę mieć pretensji bo to w końcu jej dzieci. Gorzej, że kiedy się widujemy potrafi powiedzieć moim synom (7 i 5 lat), że "Bozinka jest zła, bo nie byliście w kościółku", albo przepytywać starszego jak ksiądz na katechezie z pacierza, przykazań itd.
Dzieci i mąż zaczynają mi się buntować, niechętnie jadą ze mną do kuzynki, młody ostatnio zapytał o Boży Gniew - serio, nastraszyła czterolatka Apokalipsą... Ja też jestem wierząca, ale moim dzieciom przedstawiam Boga jako dobrego ojca, troskliwego i opiekuńczego, a nie zagniewanego na dziecko, które opuściło mszę lub miało ochotę na kanapkę z szynką w piątek. Nie jesteśmy święci, nie chodzimy w każdą niedzielę na mszę, ale staramy się wychować synów na dobrych ludzi. Natalia jednak stawia Kościół na pierwszym miejscu i nijak nie możemy się w tej dziedzinie porozumieć.
Nie ma w tej historii nic anonimowego, może jednak ktoś z was jest w podobnej sytuacji i podpowie jak zachować bliskie relacje z kuzynką, a jednocześnie pozostać przy swoich przekonaniach.
Mówcie co chcecie, ale uważam, że powinny być kamery na zapleczach fabryk, sklepów itp., a w większości ich nie ma. Prawdopodobnie osoby palące się oburzą, ale trudno. Każdemu pracownikowi przysługuje parę minut przerwy. PARĘ... a nie godzina albo więcej naliczona w ciągu całego dnia. Osoby niepalące na tym cholernie tracą. Parę minut a kilkadziesiąt jest różnicą. Jaki morał? Chyba trzeba zacząć palić, zamiast pracować za jakieś osoby, które mają wywalone na wszystko i idą 50 razy na peta.
Za czasów studenckich mieszkałem razem z swoją dziewczyną, a dokładniej to ona mieszkała w wynajmowanym przeze mnie mieszkaniu.
Z pewnego powodu musiała nagle znaleźć sobie własne lokum. Po pewnym czasie doszły do mnie ciekawe "pochlebstwa" na mój temat opowiadane przez wtedy już ex.
Ta, byłem okropny, dokładnie po tym jak przez 3 miesiące wymigiwała się od sprzątania, zagroziłem, że albo zaczyna sprzątać po sobie albo z nami koniec. Ale najlepsze jest to, że według niej szmata do wycierania kurzy jest nie wiadomo jakim zagrożeniem i trzeba ją od razu do kosza wywalić. Gdy już pozbyła się w niezwykle krótkim okresie wszystkich szmat jakie były w mieszkaniu, za radą swojej mamusi postanowiła wykorzystać stare koszulki, tyle tylko, że nie swoje, a moje. Takim oto sposobem moja koszulka z logiem drużyny, do której należałem, a dokładnie z okazji rocznicy założenia, zastała pocięta na szmaty. Jedynie cudem dzięki któremu nie siedzę teraz za kratami jest to, że miałem 2 takie koszulki. Na tej drugiej były podpisy wszystkich członków drużyny i trenerów w tym takich, którym niestety przez ten czas (chyba jakie 3 lata wcześniej była ta rocznica) przyszło zejść z tego świata
Czekając na autobus całkowicie się rozkleiłam. Byłam pewna, że jestem sama, więc nie powstrzymywałam płaczu. Po chwili usłyszałam czyjś śpiew. Nie byłam na przystanku sama. Przede mną jakiś chłopak szeroko się uśmiechając śpiewał “I love you baby”. Rozpłakałam się jeszcze bardziej, ale już nie ze smutku. A on do dzisiaj mi śpiewa, kiedy mam zły humor.
Zacznę od tego, że mam dwanaście lat.
Przed wakacjami zauważyłam, że moje koleżanki i koledzy z klasy (mojej i równoległej) się tną. Przyjaźnię się z nimi, więc mówiliśmy sobie wszystko.
Po dwóch tygodniach patrzenia na to, jak dziewczyny wycinają sobie jakieś serduszka przy nadgarstkach, a chłopaki zwykłe kreski, postanowiłam iść do pani pedagog.
Zostałam godzinę po lekcjach, aby nikt nie widział że chociażby wchodziłam do gabinetu psychologa szkolnego.
Opowiedziałam wszystko. Że moja najlepsza przyjaciółka najprawdopodobniej tnie się przez ojca, a reszta robi to dla fejmu, dlatego że to jest "modne".
Sama nigdy, powtarzam NIGDY, nie samookaleczyłam się, bo zwyczajnie nie miałam powodu. Moim zdaniem cięcie się nie rozwiąże żadnego problemu.
Dzień później, pani zabrała wszystkie siedem osób (pięć dziewczyn i dwóch chłopaków), na, jak to później stwierdzili, przesłuchanie.
Było mi strasznie głupio, bo przed rozmową z panią psycholog, pomagałam im zakryć blizny i małe strupki kremem bb oraz korektorem.
Gdy wrócili, stwierdzili że to pewnie taki chłopak z ich klasy, którego nie lubią, ich "podkapował". Nawet nie podejrzewają że to mogłabym być ja.
Mimo to, uważam że zrobiłam słusznie, ponieważ okazało się, że nad jedną z moich koleżanek znęca się macocha, a na innej rodzice wywierają ogromną presję jeśli chodzi o naukę.
I jak już wcześniej wspomniałam, według mnie nie warto się samookaleczać, dlatego nie rozumiem jak mogły wpaść na tak głupi pomysł, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
Idąc chodnikiem, czas temu jakiś, usłyszałem młodzież okołogimnazjalną, w której to dwóch osobników płci prawdopodobnie zbliżonej do męskiej obrzucało młode samice końskimi zalotami w formie słów niecenzuralnych rozpoczynających się na literę "k" lub zgłoskę "dzi". Wtenczas jedna z przedstawicielek płci niemęskiej odwróciła się do swego "zalotnika" i wykrzyczała mu w twarz "Chodź tu do mnie, to tak ci obciągnę, że wciągniesz dupą spodnie i dopiero wtedy będziesz mógł mnie nazywać swoją dziwką". Po tych słowach nieco zmieszany oddaliłem się czym prędzej w kierunku pobliskiego parczku, w którym lubię karmić kaczuszki, bo nie było we mnie dość zainteresowania, by oglądać proceder wciągania dupą tych spodni.
Jestem autorką wyznania #m1Qve. Chciałam opisać moją pierwszą (i ostatnią) randkę z kanareczkiem. W komentarzach zarzucaliście mi że akcja jest zmyślona i szczeniacka. Nie była zmyślona, ale zgadzam się w pełni, że głupia.
Z Piotrkiem umówiłam się w sobotę ok. godziny 15.00. O 18.00 zaczynał się koncert w filharmonii, na który kupiliśmy bilety. Mieliśmy więc 2 godziny na rozmowę w kawiarni. Gdy przyszedł, jego ubiór niezbyt przypadł mi do gustu. Miał na sobie koszulkę polo i spodenki do kolan w szkocką kratę. Oczekiwałam od niego bardziej stosownego ubioru, dlatego nie rozpoznałam go od razu. On podszedł, popatrzył na mnie i (bez przywitania) zapytał, czemu się tak bardzo umalowałam (miałam delikatny makijaż).
W kawiarni rozmowa niezbyt się kleiła. On odpowiadał mi krótko i sztywno, unikał kontaktu wzrokowego. Szczytem było, gdy wstał od stołu i powiedział "Idę srać". Gdy wrócił, nastała pora płacenia - oświadczył, iż nie wziął ze sobą portfela, dlatego musiałam zapłacić za nas oboje. Gdy wyszliśmy powiedział, że chyba powinien się jednak przebrać, a do jego domu jest tylko 100 metrów i czy nie możemy do niego podejść. Zgodziłam się. Po drodze podszedł do kiosku i kupił paczkę papierosów (a podobno nie wziął portfela).
W jego mieszkaniu zaproponował, abym zostawiła teczkę (szłam na tę randkę od razu po wykładzie), a przyjedziemy po nią po koncercie. Moja zgoda to był BŁĄD przez duże "B" i "Ł" i "Ą" i "D".
Na koncercie po ok. godzinie coś się stało i zarządzono 45 minut przerwy technicznej. Wszystko fajnie, ale mieszkam na totalnym zadupiu, a ostatni autobus miałam o 22.30. To oznaczało, że jeśli koniec planowany na 21.00 przedłuży się o 45 minut, to na 100% nie zdążę. Dlatego z koncertu chciałam wyjść o 21. Jednak Piotr zaproponował, abym spała u niego. Co to to nie! Po moim ostrym sprzeciwie powiedział, że on nie ma zamiaru się zrywać wcześniej i albo śpię u niego, albo bulę na taksówkę. Okłamałam go i powiedziałam, że jeśli da mi klucze, to będę czekać u niego w mieszkaniu, ponieważ bardzo źle się czuję. Łaskawie dał mi te klucze, ponieważ byłam już w stanie wybuchowości nadnaturalnej. Poszłam tam, teczkę wzięłam, klucz wbiłam w ziemię od kwiatka na klatce schodowej, napisałam mu SMS, w którym poinformowałam o zerwaniu kontaktu i o kluczu w doniczce i pojechałam do domu.
Nigdy już nie odwalę takiej żałosnej akcji. Nigdy.
Dziadkowie, u których się wychowywałam, byli bardzo nadopiekuńczy. Do tego stopnia, że nie pozwalali mi słuchać radia. Z obawy, że miałabym wbić sobie antenkę z radia w oko(?), musiała być ona zawsze złożona, a wtedy jak wiadomo radio nie działa.
Niedawno mając 19 lat odwiedziłam dziadków. Zgadnijcie kto dostał polecenie złożenia antenki...
Raz będąc bardzo pijany, chciałem iść do Żabki, by kupić coś na dopicie się. Była to godzina mniej więcej 4:30, a żabkę otwierają o 6...
W tym celu przestawiłem na pulpicie godzinę właśnie na 6 rano i poszedłem do Żabki. Jak się domyślacie, nie przesunąłem czasu do przodu i zamiast tego stałem tam godzinę czekając aż otworzą tylko po to, żeby dowiedzieć się, że w tym stanie mi nie sprzedadzą.
Dodaj anonimowe wyznanie