Dziadkowie, u których się wychowywałam, byli bardzo nadopiekuńczy. Do tego stopnia, że nie pozwalali mi słuchać radia. Z obawy, że miałabym wbić sobie antenkę z radia w oko(?), musiała być ona zawsze złożona, a wtedy jak wiadomo radio nie działa.
Niedawno mając 19 lat odwiedziłam dziadków. Zgadnijcie kto dostał polecenie złożenia antenki...
Raz będąc bardzo pijany, chciałem iść do Żabki, by kupić coś na dopicie się. Była to godzina mniej więcej 4:30, a żabkę otwierają o 6...
W tym celu przestawiłem na pulpicie godzinę właśnie na 6 rano i poszedłem do Żabki. Jak się domyślacie, nie przesunąłem czasu do przodu i zamiast tego stałem tam godzinę czekając aż otworzą tylko po to, żeby dowiedzieć się, że w tym stanie mi nie sprzedadzą.
Dużo osób sądzi, że jestem uzdolniona plastycznie. Zdarza mi się nawet czasem sprzedawać swoje prace. Ale zachowanie większości "klientów" to szczyt chamstwa i cebuli.
1. Dziewczyna, z tego co widać na profilu na fb to jest pełnoletnia, zamówiła portret swojego psa, miała przed rysowaniem wpłacić zaliczkę. Moja wina. Nie dopilnowałam. Zaliczki nie dostałam, a portret skończyłam. Wszystko było pięknie i bardzo się podobało, do czasu płacenia. Usłyszałam "mama mówi, że nie jest w ogóle podobny i nie zapłaci, chyba że zjedziesz bardzo z ceny".
2. Mężczyzna, koło 30, zamówił portret dla narzeczonej. Po skończonym rysowaniu wysyłam rysunek do zaakceptowania i dostaję pytanie "czy mogę wysłać teraz, a zapłaci mi w następnym miesiącu, bo teraz z pieniążkami krucho". Pracy nie wysłałam, zapłatę przekłada już 5 miesięcy.
3. Maluję również na ubraniach. Nie liczę już ile pretensji słyszałam o tym, że "za drogo i ja mogę takie za 30 zł najwyżej kupić". Za malowanie na koszulce biorę 80zł, a potrafię nad jednym wzorem siedzieć nawet 15 godzin, specjalne farby do tkanin też do tanich nie należą. Już pomijam pretensje o złe jakościowo koszulki, które są ze 100% bawełny i ze sprawdzonego źródła. Ludzie wolą, żebym malowała na takich po 60 zł, bo koszt koszulki mam przecież wliczony w cenę...
4. Już nie rozdrabniam się nad wyzwiskami w moim kierunku, kiedy nie chcę czegoś zrobić za darmo albo zejść z ceny, przecież będę miała do portfolio. Lub kiedy dostaję zdjęcia tak słabej jakości, że nie mam jak podjąć się zadania i odmawiam realizacji.
Kochani, szanujmy pracę innych.
Chłopak zabrał mnie na randkę do Castoramy.
Niech mi ktoś wyjaśni, jak to jest, że mój dwudziestosiedmioletni brat po każdej dwójce zostawia obsrany kibel i chodzi mi tu też o deskę sedesową.
Pan prawnik, kurwa, wyższe sfery, jak to mawia, a do głupiego kibla trafić nie umie.
Wynajmuję pokój w mieszkaniu 3-pokojowym. W jednym z pokoi mieszka dziewczyna, w drugim ja z chłopakiem, a w trzecim... Ukrainka. I, żeby nie było, nie mam nic do obcokrajowców. Uważam po prostu, że jeśli zdecydowali się bądź nawet jeżeli nie mieli innego wyboru i zamieszkali w naszym kraju, to mogliby się dostosować do panujących warunków tutaj, nauczyć się choć podstaw naszego języka itp. Ale do brzegu...
Wyżej wymieniona Ukrainka jest to dziewczyna młoda, przybyła do Polski w marcu na skutek wojny w swoim kraju. Dziewczyna pracuje. Ale... Myje się w samej wodzie, śmierdzi od niej potem. Po prostu. Pranie też chyba wstawia w samej wodzie, nie używając żadnego detergentu. Suszarka z praniem stoi w korytarzu, to pranie śmierdzi tak samo jak ona. Mamy cotygodniowe dyżury, w których każdy po kolei sprząta w częściach wspólnych w mieszkaniu. Pewnego dnia wpisała ona na liście datę i swoje imię, że niby sprzątała. Mieszkanie było w takim samym stanie, czyli było nieczysto, jak przed jej „sprzątaniem”. Pranie wstawia o godzinie 1 w nocy. Mamy do pokoi drzwi przesuwne, nie zamykające się na żaden zamek, więc wszystko słychać i pralkę w korytarzu również. Kąpie się o dziwnych porach, bo też nocnych. I nie, nie dlatego, że o tej godzinie kończy pracę. Absolutnie. Ja z pracy wracam ok. 22, ona już wtedy zawsze jest w mieszkaniu i miałaby czas się wykąpać i wstawić pranie o ludzkiej porze. Ale nie. Trzeba po nocy.
Dzisiaj nie wytrzymałam. Kąpała się, była w łazience z pół godziny. Chciałam skorzystać z toalety (niestety nie mamy oddzielnej). Nie mogłam. Kiedy wyszła, powiedziałam jej, że o tej porze nikt się nie kąpie. Że o tej godzinie ludzie śpią. Wszyscy wstajemy wcześnie do pracy, prócz niej. Powiedziała, że jej to nie obchodzi i to nie jest za późna pora na mycie się. Powiedziałam, że od niej śmierdzi, że jej pranie śmierdzi itd., tzn. bardziej podniesionym tonem to powiedziałam. Ona na to, że nie mam prawa jej mówić co i kiedy ma robić. Ja się z tym nie zgadzam. Jest mniejszością. To ona ma się dostosować do warunków panujących w mieszkaniu, a nie my wszyscy do niej. Mieszkam tu już 4 lata i żadna osoba, która zachowuje się w ten sposób, nie będzie mówiła, że ona ma to gdzieś i będzie robiła co jej się żywnie podoba. Zagotowało się we mnie. W końcowym efekcie dziewczyna się popłakała. Powiedziała, że nie chce więcej ze mną rozmawiać. Okej. Zrobiło mi się trochę głupio. Napisałam o tym zdarzeniu do właścicielki mieszkania. Zobaczymy co z tego wyniknie. A Wy, co sądzicie? Postąpiłam słusznie czy raczej przekroczyłam jakąś granicę?
Wychowywałam się w patologicznej rodzinie – może nie skrajnej, ale nie było dobrze. Mój ojciec, emerytowany policjant, lubił sobie wypić, a matka była współuzależniona. W domu wieczne imprezy i awantury o brak pieniędzy. Tak naprawdę przez moje wczesne dzieciństwo wychowywała mnie starsza o 16 lat siostra.
Jak miałam 12 lat, zmarł mój ojciec, wkrótce po tym matka sama z siebie przestała pić (sic!). Rzekomo bardzo źle się poczuła i przestraszyła się, że będę sierotą. Nadal jednak cierpi na choroby natury psychicznej (depresja, omamy, etc.). Obecnie sytuacja jest pod kontrolą – głównie dlatego, że ja i moja siostra wzięłyśmy na siebie zobowiązania finansowe matki.
Dorastając obiecałam sobie, że nie chcę żyć w takich warunkach – chcę mieć stabilność finansową i być „kimś”, jak już skończę naukę.
Przewińmy teraz czas o prawie 20 lat – faktycznie część postulatów udało mi się osiągnąć. Mam rozwojową i dobrze płatną pracę w branży, gdzie jest „rynek pracownika”. Jednakże od 12 lat (odkąd skończyłam 18) wspieram matkę finansowo – opłacam jej czynsz, który notabene jest horrendalnie drogi (ponad 800 zł), do tego dokładam się na jedzenie czy inne wydatki. Oczywiście muszę jeszcze utrzymać się w Warszawie, gdzie obecnie mieszkam. Moja starsza siostra, mimo że mieszka z matką, nie jest w stanie przejąć zobowiązań finansowych, ponieważ spłaca ogromny kredyt (ponad 70 000 zł), który wzięła, żeby spłacić długi matki – ale na to potrzeba całkowicie oddzielnej historii.
Dodam, że moja matka ma minimalną emeryturę, przepracowała niewiele w swoim życiu, za to „jej się należy”, a tylko przez to, że inni się na nią uwzięli, nie poradziła sobie w życiu. Nic osobiście nie osiągnęła, a większość mojego dzieciństwa przepiła. Co zabawne, teraz kiedy jest w całkiem stabilnym stanie psychicznym, to wygląda na bardzo elegancką seniorkę.
Sytuacja jest patowa – bez wsparcia mojego i siostry matka by się stoczyła na dno. Pomagam, ponieważ kocham matkę, a w karierze dążyłam do tego, żeby mieć na tyle komfortową sytuację, żeby te pieniądze tak bardzo nie obciążały mojego budżetu domowego. Cały czas jednak duszę w sobie takie ogromne poczucie niesprawiedliwości. Mam wrażenie, że całą energię poświęcam na utrzymywanie matki, a w ogóle nie mam czasu ani chęci na założenie własnej rodziny. To co zdefiniowało mnie we wczesnym dzieciństwie – wyjście z tego bagna na ludzi – przekształciło się w jakiś twór, że nie mogę w pełni czuć się wolna, dopóki nie ureguluję wszystkich problemów w domu.
I taka myśl nachodzi mnie na koniec. W biednych państwach, gdzie system emerytalny praktycznie nie istnieje, jest tylko jedno zabezpieczenie na starość – potomstwo. Muszę przyznać, że moja matka całkiem nieźle się zabezpieczyła.
Gorzej ze mną.
Od ostatnich kilku miesięcy regularnie chodzę do jednej knajpy. I to nie dlatego, że jestem jakimś pijakiem, melanżowiczem czy ćmą barową. Po prostu w lokalu tym za barem pracuje Monika - dziewczyna, która cholernie mnie kręci i usiłuję się z nią umówić. Jest piękna, zabawna, inteligentna i oczytana – jednym słowem IDEAŁ. Zrobiłem już pewne postępy w temacie naszej znajomości, więc doszedłem do wniosku, że najwyższy czas przejść wreszcie do działania. W tym celu poprosiłem Maćka, mojego starego przyjaciela, aby został moim „skrzydłowym”, czyli zgodnie ze sztuką podrywu – pomocnikiem w doskonałym planie umówienia się na randkę.
Maciek okazał się wyjątkowo skuteczny. W ciągu pół godziny poderwał Monikę i kiedy ta skończyła pracę, poszedł z nią do jej domu, gdzie wielokrotnie „skonsumował” tę znajomość. Po wszystkim mój wierny przyjaciel szczerze przyznał, że obiekt mych westchnień ma nieforemne piersi i źle wydepilowane okolice bikini, ale za to lubi uprawiać miłość, więc generalnie to daje jej mocne cztery w skali dziesięciopunktowej. Czy można być bardziej bezczelnym?
Mam psa, labradora. Moja mama traktuje go jak swojego synka, czasami wydaje mi się, że nawet traktuje go lepiej ode mnie. Rozpieszczanie, spacerki, smaczne jedzonko i co najważniejsze, dużo gadania do niego, przytulania się etc... Bardzo go kocham, ponieważ mamy go od szczeniaka. Niestety trochę podupada na zdrowiu, stawy mu siadają, drogie leczenie i w ogóle.
Był okres, kiedy czuł się bardzo źle, a my myśleliśmy, że powoli od nas odchodzi. Miał wtedy 6 lat. Pewnego razu poszedł do łazienki. Nigdy tam nie przebywał, a psy, kiedy odchodzą wybierają sobie właśnie takie miejsca na umieranie. Daliśmy mu jeść, pić, przykryliśmy kocykiem, nie zapominając o miłych słowach i panice, dzwoniąc do mamy, że nasz pupil chyba odchodzi. Cała rodzina była w rozpaczy. No nic, siedzimy wraz z siostrą razem z naszym czworonożnym przyjacielem i nie ukrywając łez mówimy mu, że dziękujemy za spędzone z nami 6 lat. Nagle zaczyna zbierać mu się na wymioty. Oho, jeszcze tego brakowało... Patrzymy, a tu co?
Zwymiotował... skarpetkę. Normalną skarpetkę. Po czym wstał i zadowolony poszedł do siebie na posłanie spać. My żegnaliśmy się z nim, a on nam takiego psikusa zrobił. Cieszył się przy tym niezmiernie, no bo w końcu usunął ciało obce ze swojego psiego żołądka.
Jestem mężczyzną w średnim wieku i mam nietypowe upodobania. Konkretniej - ogromną przyjemność sprawia mi defekowanie w miejscach publicznych. Uczucie adrenaliny, że ktoś może mnie przyłapać i przyspieszone bicie serca towarzyszące mi podczas tej czynności jest nie do opisania.
Zaczęło się niewinnie, od krzaków w parkach miejskich oraz zaułków między blokami. Zdarzały się również wielokrotne odwiedziny na klatkach schodowych i w przymierzalniach sklepowych.
Później moje potrzeby zaczęły być większe. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla większości z Was to co piszę może być obrzydliwe, odrażające i nieludzkie. Jednak ja nad tym nie panuję.
W celu defekowania zacząłem odwiedzać miejsca takie jak teatry, kina, puby czy restauracje. Nieraz na tej czynności, ku mojej uciesze, byłem przyłapywany i wyganiany z danego miejsca pod groźbą wezwania policji oraz zakazu pojawiania się w danym miejscu kolejny raz. Jednak dla mnie każda cena jest warta tej przyjemności.
Jakiś czas temu zaczęło być mi mało. Nie wystarczały wspomnienia z przygód doświadczonych w wyżej wymienionych miejscach. Zapragnąłem czegoś więcej. Za cel postawiłem sobie posterunek policji. Miny funkcjonariuszy na widok uwalniającego się ze mnie potwora były dość wymowne. Jednak to poczucie spełnienia było warte tych kilku następnych godzin, które spędziłem składając wyjaśnienia.
Dodaj anonimowe wyznanie