Podczas wakacji pojechaliśmy z moją piękną żoną w zaciszne miejsce niedaleko naszego domu. Stamtąd można bowiem podziwiać spadające gwiazdy i… no cóż – oddać się miłosnym uniesieniom. No i tak też właśnie zrobiliśmy.
Kiedy akcja była już mocno rozkręcona, nieoczekiwanie, jakby z nicości, wyłonił się za nami samochód. Pech był podwójny – raz, że nasza miejscówka jest na takim zadupiu, że nigdy wcześniej nikt nam nie zakłócił naszych harców, a dwa, że autem okazał się radiowóz! W panice zaczęliśmy się ubierać, co wcale nie jest łatwe, kiedy człowiek jest rozebrany do rosołu we wnętrzu przyciasnego punciaka. Stróż prawa tymczasem podszedł do naszego okna i poświecił latarką. Akurat zastał mnie usiłującego wciągnąć sobie na nogi spodnie, które jak na złość zaklinowały mi się na wysokości łydek. Policjant popatrzył chwilę na ten tragikomiczny spektakl, zaśmiał się „hue, hue, hue”, wrócił do swojego pojazdu i odjechał.
Dopiero kiedy emocje opadły zorientowałem się, że przez ostatnie, dłużące się w nieskończoność, minuty próbowałem naciągnąć na siebie spodnie mojej żony.
Jestem osobą, która wiecznie coś gubi. Przez trzy lata gimnazjum udało mi się przetracić telefon (na szczęście ktoś znalazł i zwrócił), kurtkę, buta (co najśmieszniejsze tylko jednego) i pieniądze. Oprócz tego od zawsze gubię samą siebie, dlatego przed rozpoczęciem roku szkolnego bardzo się stresowałam. Poszłam do pierwszej klasy technikum. Nowe, duże miasto. Na szczęście droga do szkoły nie była zbyt skomplikowana. Większy problem miałam z odnalezieniem się w szkole. Istny labirynt. Na moje nieszczęście żaden z moich znajomych nie szedł do tej samej szkoły, a więc nikogo tam nie znałam. Pierwszy tydzień jakoś zleciał, poznałam kilka osób, w tym Asię, która do dziś jest moją najlepszą przyjaciółką. Przez pewien czas rozpoznawałam tylko ją. Niestety na lekcjach językowych byłyśmy w innych grupach i podczas nich nie miałam z kim rozmawiać.
Pewnego dnia miałam właśnie jeden z tych dni, w którym "wiszę w chmurach", czyli stan, który potęguje moją funkcję gubienia. Siedzę sobie z Asią przed lekcją, rozmawiamy o jakichś głupotach, dzwoni dzwonek. Wchodzimy do klasy i okazuje się, że mamy sprawdzian z angielskiego, o którym nie wiedziałam. Piszę sobie spokojnie, skoncentrowana tylko na nim. Nagle do klasy wchodzi jakiś chłopak, aby przekazać mojej nauczycielce dziennik. Wydał mi się dziwnie znajomy, ale pomyślałam, że przypomina mi kogoś z gimnazjum.
Minęła większa część lekcji, kilka minut do końca, oddaję sprawdzian i wtedy mnie olśniło. Wszyscy piszą w idealnej ciszy, a ja wstaję i oznajmiam "Proszę pani, ja to chyba nie z tej klasy jestem". Cała klasa wybucha śmiechem, razem z nauczycielką. Aśka obok mnie ledwie utrzymywała się na krześle.
Okazało się, że na angielski poszłam nie do mojej grupy i przesiedziałam tam całą lekcję. Oprócz tego, że ja niczego nie zauważyłam, to ani Aśka, ani nauczycielka nie zwróciły uwagi, że jestem nie tu gdzie powinnam. Tego dnia żadnego sprawdzianu pisać nie miałam, ale ocenę za ten i tak dostałam. No cóż... Przynajmniej teraz wszyscy mnie pamiętają.
Któregoś tam razu prowadziłam rozmowę telefoniczną z moim chłopakiem, który miał właśnie anginę. Jak to chory facet - lubi sobie pomarudzić i powyolbrzymiać. No i się zaczęło "Ku**a, czemu ja ciągle chory jestem, ciągle mnie coś łapie, jak nie przeziębienie, katar, połamana noga, wypadki, to quwa jakaś pier*** angina. Niedługo pewnie jeszcze zdechnę" itd.
Chcąc go uspokoić, mówię: "Nie bój się, złego diabli nie biorą!". Na to on: "No właśnie, tobie to nigdy nic nie jest!".
Hmm... no i zamilkłam.
Całe życie chorowałam, wiele razy lądowałam w szpitalu i miałam sporo operacji, przez pewien czas moje życie było zagrożone. Moja mama przechodziła to najtrudniej, każda moja choroba, każda wizyta w szpitalu bardzo się na niej odbijała. Osiwiała bardzo wcześnie, była niespokojna, zdenerwowana, wpadła w depresję i dużo płakała.
Bardzo mnie to bolało, gdy jednak powoli zaczęłam wychodzić z choroby widziałam uśmiech na jej twarzy, więc ćwiczyłam i chodziłam na każdą rehabilitację pomimo wszystko. Musiałam też sporo zgubić kilogramów, bo przytyłam podczas choroby, ale miałam taką motywację, że dałam radę schudnąć.
Na moją osiemnastkę widziałam szczęśliwą mamę, uśmiechniętą. Widziała mnie zdrową, a ja widziałam ją szczęśliwą. Złe chwile w jej życiu minęły, zafarbowała włosy i zakryła siwe, przytyła troszkę, po depresji nie było słuchu ni widu, gotowała, śpiewała sobie. Widziałam moją mamę, którą pamiętałam przed zachorowaniem. Byłam pewna, że moje jak i jej złe chwile odeszły.
Od dwóch lat widzę w niej bardzo szczęśliwą kobietę, ale ja zaczęłam udawać szczęście od paru miesięcy. Zapisałam się na badania kontrolne, mamie nie mówiłam, w końcu to tylko badania. Lekarzowi coś się nie spodobało, badania zaczęły być dokładniejsze. Ja opuszczałam zajęcia, a mamie mówiłam, że byłam ze znajomymi gdzieś, a nie chodziłam po lekarzach, nie chciałam jej martwić. Przeprowadziłam się i zamieszkałam sama. Przyszły wyniki badań, dowiedziałam się, że mam nowotwór... nie jestem w stanie powiedzieć o tym mamie, ponieważ boję się, że wróci jej strach, łzy, niepewność każdego dnia, że ona się rozchoruje. Walczę dla niej, żeby być z nią jak najdłużej i widzieć jej uśmiech, gdy się spotykamy, ten uśmiech daje mi wielką motywację i siłę do walki.
Lekarze dają mi dużą szansę na pełne dojście do zdrowia. Niby wyjeżdżam niedługo na praktyki do innego miasta, a tak naprawdę będę walczyła.
Podniecają mnie BBW - otyłe kobiety, najlepiej otyłe hardkorowo, takie na granicy problemów z samodzielnym poruszaniem się. Minus jest taki, że... tylko i wyłącznie, kiedy nie istnieją naprawdę, ale są postaciami w opowiadaniach erotycznych lub na rysunkach, gdyż mam tak dogłębną świadomość, że otyłość jest niezdrowa, a gdy oglądam żywe grubaski jest mi ich szkoda i wiem, że nie tak powinno się żyć. Nie byłbym w stanie mieć takiej dziewczyny, bo tucząc ją (uwielbiam ten motyw w fikcji i błyskawicznie przy nim dochodzę) miałbym potworne wyrzuty sumienia, że niszczę jej zdrowie.
Chyba pozostanę na zawsze niespełniony...
Tak się jakoś złożyło, że wszyscy w moim otoczeniu są zapalonymi dawcami krwi. Mama, tata, oboje rodzeństwa, chłopak, część dalszej rodziny... nawet dziadek oddawał, póki mu zdrowie pozwalało. Wszyscy zgodnie ubolewają, że nie mogę oddawać krwi, bo za mało ważę (48-49 kg, przy moim wzroście jest to waga na granicy, ale nadal prawidłowa - krew zaś można oddawać od 50 kg) i usilnie zachęcają, żebym troszkę przytyła, bo "tak cudownie zrobić coś dla innych".
Anonimowa część? Odkąd zaczęły się zbliżać moje osiemnaste urodziny, aż do teraz celowo utrzymuję tę wagę nieco poniżej minimalnej. Wkładam w to masę wysiłku, ale nadal jest to prostsze niż tłumaczenie im po raz kolejny, miesiąc w miesiąc, że panicznie boję się igieł (czego kompletnie nie mogą zrozumieć).
I zanim powiecie, że przesadzam - tak, wiem, że w ten sposób mogę nawet uratować komuś życie i że pewnie jestem dziecinna. Ale ja naprawdę się boję, do tego stopnia, że przed każdym szczepieniem czy pobraniem krwi pielęgniarki, widząc jak wyglądam, każą mi się kłaść - a i wtedy muszą mnie czasami cucić.
Tak że ten... Święta zbliżają się coraz większymi krokami. Trzymajcie kciuki, żebym nie przytyła za bardzo!
W wieku mniej więcej 10-11 lat miałem pewne problemy z trzecim migdałkiem. Były one na tyle uciążliwe, że rodzice stwierdzili, iż trzeba iść z tym do laryngologa. Po kilku miesiącach oczekiwań nadszedł ten dzień. Wszedłem z mamą do gabinetu (w tym momencie muszę dodać, że miałem w tamtym czasie dosyć długie włosy i lekko dziewczęcą urodę), usiadłem na fotelu, pan laryngolog obejrzał sprawcę moich problemów (teraz muszę nadmienić, że w okresie dojrzewania zdarza się często redukcja migdałka - po prostu się kurczy do normalnej wielkości). Wtedy lekarz, by stwierdzić, czy już dojrzewam, zapytał:
- Miesiączkuje już?
Ja patrzę na mamę, mama na lekarza... Chwila ciszy.
- Pytam, czy już miesiączkuje...
- Panie! Ale przecież to chłopak!
Mina lekarza była bezcenna.
Cholernie mocno nie chciałam iść na swoją studniówkę, o czym poinformowałam mamę już po pierwszym zebraniu poruszającym kwestie finansowe, rezerwację sali, itd., żebym miała spokój w sprawie balu maturalnego. Początkowo mama machnęła ręką sądząc, że zmienię zdanie jak koleżanki zaczną opowiadać o sukienkach, fryzurach, makijażach. Jestem jednak upartą bestią, powiedziałam "nie" to znaczy, że nie, au revoir. Studniówka to nie moja bajka z tysiąca i jeden powodów, no ale rodzicielka chciała mnie wystroić jak świąteczne drzewko. Już oczami wyobraźni oglądała sukienki, więc nie wytłumaczysz.
Mój starszy braciszek, cesarz, król, książę wszelakich imprez w jednej osobie, któregoś pięknego dnia doznał olśnienia: przecież to oczywiste, że nie chcę iść, skoro nie mam z kim, bo chłopaka nie miałam. "Ale nie trwóż się, droga siostrzyczko, brat zaraz ci kogoś znajdzie!". Krytykowałam każdą propozycję aż padło pytanie: to czego właściwie chcę? Idealna okazja do pokazania kochającemu braciszkowi jak bardzo w nosie mam ten bal maturalny. Oznajmiłam mu, że idealny dla mnie chłopak to wysoki, wysportowany, koniecznie oczy w kolorze niebieskim... albinos. Tak, albinos. Nie trudziłam się z tworzeniem charakteru, no bo przecież gdzie on mi tutaj, teraz albinosa znajdzie? Plan idealny, bo niemożliwy.
Ale brat ironii nie wyczuł, a jak wiadomo Polak potrafi... Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy kilka dni później weszłam do domu i zastałam tam... kumpla mojego brata z ufarbowanymi na biało włosami. Nie wiedziałam, czy zacząć się śmiać czy płakać... więc rozpłakałam się ze śmiechu.
Tak, byłam na tej nieszczęsnej studniówce.
Człowiek uczy się całe życie. Ja na przykład niedawno nauczyłem się, że w przypadku umawiania się z dziewczyną zatrudnioną w tej samej firmie co ty warto dowiedzieć się, z którymi innymi kolegami z pracy wcześniej się umawiała. Tak na wypadek tego, gdyby jej byłym facetem okazał się twój chorobliwie o nią zazdrosny przełożony. Atmosfera w robocie jest teraz grobowo niezręczna...
Dawno temu, w pierwszej klasie podstawówki. Właśnie zaczynała się lekcja angielskiego. Ławki mieliśmy poukładane w taki sposób, że w jednym rzędzie mieściły się 4 osoby. Wiadomo, chłopcy siadali z chłopakami, a dziewczynki z dziewczynkami. Okrutny los sprawił, że w naszej klasie było 5 dziewczynek.
Trzy moje koleżanki i ja usiadłyśmy w jednym rzędzie, ale dla jednej nie starczyło miejsca i musiała siedzieć z tyłu, sama... Nie przepadałam za nią, bo zawsze się ze mnie wyśmiewała i dokuczała mi, ale stwierdziłam, że nie można jej tak zostawić. Spakowałam moje rzeczy i przeniosłam się na miejsce obok niej. Moje poprzednie miejsce było puste. Nagle, ku mojemu zdziwieniu, koleżanka, do której się przysiadłam spakowała rzeczy i usiadła na pustym miejscu obok reszty dziewczyn.
Miałam ochotę się rozpłakać... Niby nic, ale było mi wtedy bardzo przykro.
Dodaj anonimowe wyznanie