#OdlZP

Pracuję w sklepie odzieżowym.
Pewnego razu przychodzi pani. Mówi, że chciałaby jakąś bluzkę, ale troszkę szerszą na dole, bo jest dopiero co po porodzie.

Szukam bluzki i w międzyczasie pytam: "A ile ma maleństwo?".
Kobieta odpowiada: "14 miesięcy".

Jestem z siebie dumna, bo zachowałam profesjonalne milczenie :).

#9AAdw

Ta sytuacja zdarzyła się jakieś dwa lata temu. W tamtym okresie moje młodsze rodzeństwo - siostra i brat - byli w pierwszej klasie podstawówki. Pewnego dnia dostali kartkę, na której narysowany był zarys gruszki. Ich zadaniem było pokolorowanie i ozdobienie owocu. Moja siostra, niezwykle kreatyna i twórcza osóbka, zabrała się do pracy od razu. Wyjęła kredki, bibułę, plastelinę i zaczęła tworzyć. Ma sporą wyobraźnię, dlatego na jej gruszce pojawiły się oczy, uśmiech, nos, włosy, a nawet ręce i nogi. Na końcu dorysowała kilka mniejszych owoców, po czym dumna z siebie włożyła pracę do teczki. Z kolei mój brat, już nie tak twórczy jak siostra, z mniejszym zapałem pokolorował po prostu owoc i dorysował kilka listków.

Oddali prace kilka dni później. Jakież było nasze zdziwienie, gdy brat zadowolony zakomunikował nam piątkę za rysunek, natomiast siostra... wróciła z pracą do domu. Okazało się, że jej wychowawczyni stwierdziła, że praca nie powinna tak wyglądać, i spytała mojej siostry, czy "kiedykolwiek widziała taką gruszkę". Oczywiście wielce litościwie nie wstawiła jej jedynki, a jedynie dała drugi zarys i nakazała zrobienie pracy jeszcze raz. Po powrocie do domu siostrze było strasznie przykro, trzeba było widzieć ten zawód w oczach. Kolejna praca nie była już tak staranna - owoc został po prostu pokolorowany i oczywiście wtedy w dzienniku pojawiła się piątka. Od tamtej pory moja siostra już się tak nie stara, a wszelkie prace stara się robić jak inni.

Dziękujemy, szkoło!

#iNZkW

Kilka lat temu należałam do pewnej organizacji uczącej młodzież do pracy w wojsku polskim. Takie moje hobby, m.in. bieganie po lesie z atrapą kałasznikowa, kopanie okopów, musztra itp. W porze letniej nasz dowódca zorganizował biwak integracyjny. A jak to w polskim zwyczaju, najlepiej integruje się przy procentach. Jeden kolega wypił za dużo 40-procentowego specjału.

Pora spania, 5 osób śpi obok siebie w namiocie, nagle słychać szum... przecieramy oczy co się dzieje, naszym oczom ukazuje się wcześniej wspomniany kolega, który stoi nad śpiącą koleżanką i sika na nią. Był tak pijany, że pomylił namiot z WC. Rozległy się krzyki, lament i ucieczka...

Dowódca słysząc krzyki przebiegł na miejsce zbrodni, pyta zapłakanej koleżanki, co się stało, ona bełkocąc wyrzuca z siebie:
- On mnie olał!
Dowódca:
- No wiesz, zdarza się tak czasami, że faceci bywają niedojrzali emocjonalnie...
Ona: 
- Nie! Gnój mnie osikał!

#aH3p4

Moi rodzice to wysoko funkcjonujący alkoholicy. Od zawsze w domu były nieziemskie kłótnie, wyzywanie się od najgorszych, przemoc fizyczna między nimi i sroga przemoc ekonomiczna i psychologiczna na nas. Wyprowadziłam się z domu zaraz po maturze, ale i tak zmagam się do dziś z problemami psychicznymi.

Wyszłam za mąż za przeciwieństwo mojego ojca. Mój mąż nie pije alkoholu, jest wykształcony, zajmuje się dzieckiem, w wolnych chwilach czyta książki i zajmuje się modelarstwem. Wszystkie te cechy są dla mojego ojca powodem do drwin, ponieważ Paweł nie jest wg niego wystarczająco męski. Lubimy spędzać wolny czas aktywnie, więc "nie mamy na co wydawać pieniędzy". Ogólnie wszystko robimy źle i gorzej. Złe auto kupiliśmy, za drogie mieszkanie, wybraliśmy brzydkie imię dla dziecka (mówią do niego inaczej!).

Ostatnio zorganizowaliśmy pierwsze urodziny syna, które ze względu na nasze przekonania i pandemię (część gości, np. babcie, odmówiła i szanuję to, dzwonili do nas wieczorkiem złożyć życzenia, bardzo to miłe) były dość skromne. Moi rodzice nie przyszli bo "nie podobała się im forma". Tydzień przed uroczystością przypominałam się mamie i dostałam zapewnienie, że będą. I zwyczajnie nie przyszli. "Miał być katering albo kucharz" itd., ale nie powiedzieli nam tego w twarz. Powiedział to mój ojciec pod wpływem alkoholu komuś innemu, ja na własne uszy to słyszałam. Dodam, że chrzestnymi są nasi przyjaciele spoza rodziny (kolejna kość niezgody, trzeba było wziąć choćby najdalszą kuzynkę!), więc gdy zabrakło dziadków moich i dziadków dziecka, więc na urodzinach faktycznie byliśmy tylko my z przyjaciółmi. Natomiast później był dalszy ciąg dramy, a jakże, że nie przyszliśmy do nich następnego dnia jak gdyby nigdy nic. Bo oni na nas czekali. Więc nie jesteśmy wdzięczni za wszystko, co dla nas robią.
Nie robią niczego, poza obrabianiem nam dupy.

#0pAPM

Mam 20 lat, mój brat jest ode mnie starszy o prawie 12 lat. To stało się, gdy byłam mniej więcej 8-letnim dzieciakiem. Mieliśmy wspólny komputer, który stał w jego pokoju. Jak to bywa z dużo starszym rodzeństwem - kłótnie, brat nie chciał się ze mną bawić, bo miał własne zajęcia.

Pewnego dnia chciałam pograć w moją ulubioną grę w tamtym czasie, czyli Simsy. Na nic zdało się proszenie brata, aby udostępnił mi komputer na godzinę. Wpadłam więc na genialny pomysł. Pobiegłam do mamy i mówię:
- Mamo, mamo, Marek się pyta, czy w czymś ci pomóc!
- Hmmm... może skosić trawę - odparła mama.
Wróciłam do pokoju brata i oznajmiłam mu, że mama każe mu skosić trawę. Posłuchał się mnie i poszedł, a ja ciesząc się jak mały, zły chochlik, włączyłam grę.

#HV1iv

Pracuję w budynku, w którym mieści się kilka różnych firm, bardziej lub mniej pokrewnych ze sobą. Jakiś czas temu, potrzebując porady jednej z nich, przyłapałam właściciela firmy i jego współpracownicę w jednoznacznej sytuacji. Trochę byłam w szoku (a nawet bardzo), gdyż właściciel ma żonę i dwójkę dzieci. Załatwiłam co miałam załatwić i poszłam. Wzajemnie przez jakiś czas się unikaliśmy, z nim nie poruszałam tematu, ale też nie poleciałam do jego żony, by ją uświadomić. Raz - kobietę widziałam raz w życiu i nie sądzę, by mi uwierzyła, a dwa - w takim wypadku zabija się posłańca.

Pogadałam za to z pracownicą i powiedziałam jej co o tym sądzę, poradziłam, że jak ma psychicznie siły, to  żeby postarała się zerwać takie postępowanie, bo to raczej on wodzi za nos i miesza dziewczynie w głowie, obiecując nie wiadomo co. Współpraca pomiędzy naszymi departamentami przebiegała dalej, ja z dziewczyną nawet się polubiłyśmy, ale więcej nie poruszałam tego tematu, uznałam, że jak będzie chciała, to sama przyjdzie po poradę lub się zwierzy. Wiec w sumie tak naprawdę nie wiem, czy dalej są kochankami, czy już nie.

Ostatnio koledze z pracy urodziła się córeczka, więc była okazja do świętowania, zatem pozapraszał znajomych z pracy i innych - w tym tego właściciela firmy, który przyszedł bez żony i bez kochanki. I wiadomo jak to pijane chłopy, gadanie o dupie Maryni, raz o tym, że wszystkie kobiety to zło, bo materialistki (na moje nieszczęście wcześniej zgodziłam się poodwozić towarzystwo bezpiecznie do domu, więc byłam jedyną trzeźwą osobą i na dodatek jedyną kobietą), a raz, że bez nich to oni sobie nic nie radzą, wiec było ciekawie. Pili i gadali, tyle że jak przychodziły pytania o to, jak tam współżycie małżeńskie (nie tylko seksualne), pan właściciel nic nie mówił lub mówił bardzo oszczędnie. A chłopaki coraz bardziej się nakręcali w tym temacie i co chwilę pytali się go, jak to u niego jest.

A ja miałam ubaw. Siedziałam, słuchałam i obserwowałam jego każdą reakcję na tego typu pytanie i byłam bardzo ciekawa odpowiedzi. Bo co by nie powiedział, byłoby źle. Bo wiedział, że ja wiem, że on kochance wmawiał, że w jego małżeństwie same kłótnie, że koledzy uważali, że są zgodnym małżeństwem. Wiec nie mógł powiedzieć, że ma kochankę, bo z żoną się nie dogaduje, ani nie mógł też wychwalać żony - bo ja w takim wypadku bym powiedziała jego kochance co on mówi innym.

Przed kolegami udawałam, że nie widzę nic dziwnego w jego zachowaniu, ale sprawiało mi to dziką satysfakcje, że on nie wie co odpowiedzieć, bo cokolwiek by odpowiedział, byłyby źle. Aż żałuję, że nie jestem wyrachowana i nie dolewałam oliwy do ognia...

#fFgxv

Jestem debilem.
Przy moim niezaprzeczalnym geniuszu i iście analitycznym umyśle jest jedna czynność, która po prostu mnie przerasta. Taki miszyn impasibyl mojego życia. A jest to, drodzy państwo, ugotowanie ziemniaków.
I o tym będzie historia.

Od zawsze porządne przygotowywanie tego nieodłącznego elementu każdego niedzielnego obiadu jest moją piętą achillesową. Jako że jestem dziewczyną, moja matka dołożyła wszelkich starań, bym gotować umiała. Podejmowała też liczne próby nauczenia mnie przyrządzania kartofli właśnie. Poddała się, gdy ugotowałam ziemniaki bez wody.
Taki bowiem był właśnie mój feler - zawsze zapominałam o jakimś elemencie.
Najlepsze ziemniaki, jakie przygotowałam w życiu, były bez soli. Po prostu czekać na dzień, gdy zapomnę garnka.

Dzisiaj jednak miało być inaczej. Powiedziałam sobie, że dopnę swego i ugotuję najlepsze ziemniaki, jakie świat widział (a w każdym razie takie przeciętne). Do zadania podeszłam z wielką powagą i ostrożnością: w skupieniu obrałam trzy dorodne kartofle, wrzuciłam je do garnka, zalałam wodą, nawet posoliłam (!). Następnie odstawiłam ziemniaki na kuchenkę i włączyłam gaz. Bam, pali się! Jestem zwycięzcą!
Z tą myślą udałam się grać.

Gdy za pół godziny zorientowałam się, że moje ziemniaki powinny być już co najmniej dobrze ugotowane, udałam się do kuchni. Sprawdzam, a tu nie do wiary! Ziemniaki twarde! Ale jak to możliwe, co się stało się? Gdzie popełniłam błąd?!!!
Powiem krótko: nie pokroiłam ich. Wrzuciłam całe, wielkie kartofle do wody i chyba jakoś podświadomie wierzyłam, że zrobią się z nich takie małe kawałki, jakie zawsze potem znajduję na talerzu. Inteligencja tak bardzo...

I tak moje marzenie o poprawnie przygotowanych ziemniakach legło w gruzach. Znowu.
Czas przerzucić się na ryż ;)

#EwKmX

Mam bardzo ciemną oprawę oczu. Kiedy byłam mała, często jeździłam z mamą autobusami. Często się zdarzało, że ktoś (najczęściej starsza pani) komplementował mnie "Jakie masz piękne oczy, dziewczynko". 

Pewnego dnia co najmniej trzy osoby zwróciły uwagę na moje oczy, więc byłam lekko podminowana. Siedzę u mamy na kolanach z wydętymi ustami, a obok nas siedziała młoda kobieta. Popatrzyła na mnie i żeby poprawić mi humor, postanowiła powiedzieć mi coś miłego. Oczywiście zwróciła uwagę na moje oczy. Słysząc po raz kolejny jakie to ja mam ładne oczy, popatrzyłam na nią (czterolatka ze wzrokiem mordercy) i warknęłam "Wiem, wszyscy mi to mówią".

Kobietę zamurowało, a ja dalej mruczę sobie pod nosem "to już nie można w spokoju autobusem pojechać"...

Mama zaczęła się tłumaczyć, niepotrzebnie - kobieta wybuchnęła śmiechem.
Teraz są najlepszymi przyjaciółkami.
Dodaj anonimowe wyznanie