Gdy miałam 8 lat, mama zapisała mnie do pobliskiego domu kultury. Wystawialiśmy tam spektakl na dzień mamy i ja grałam główną rolę. Było tam napisane, że w którejś scenie mam się popłakać.
Nadszedł dzień mojego występu. Gdy przyszedł czas na tą scenę, to podobno grałam tak realistycznie, że aż mama podbiegła do sceny i zabrała mnie na zewnątrz, żebym się uspokoiła. Powiedziałam mamie, że to była tylko część spektaklu.
Teraz chodzę do szkoły aktorskiej.
Moi rodzice się rozwiedli, kiedy byłam małą dziewczynką. Powód jest nieważny, po prostu małżeństwa z niewłaściwych powodów muszą się kiedyś skończyć. Mama wyjechała za granicę, a ja zostałam w Polsce z dziadkami (rodzicami mamy), tata także wyemigrował. Wkrótce moja rodzicielka znalazła nowego faceta, jej obecnego męża, z którym po jakimś czasie zaszła w ciążę. Kiedy z nami rozmawiała, często mówiła, że chciałaby mieć dziewczynkę, taką słodką istotkę, taką tylko dla siebie. Pamiętam, że strasznie mnie to zasmuciło, bo zabrzmiało to, jakbym ja nie była jej, więc w złości powiedziałam sama do siebie, że nigdy nie będzie miała córki oprócz mnie. Taty również to dotyczyło.
Minęło sporo lat, moja mama ma z nowym mężem 4 synów, a tata ze swoją dziewczyną dwóch. Także synów. Moja "klątwa" okazała się skuteczna.
Każdy z nas ma taką historię, która jest numerem jeden na liście żenad życia.
Feralnego dnia, po 8 godzinach pracy, 3 godzinach spędzonych u mamy i słuchania jej maminego bełkotu (doradztwo we wszystkim, bo matka wie lepiej), po zakupach, kilku telefonach od koleżanek, którym odmówiłam posługi wysłuchania /pocieszenia, tudzież wypicia/zjedzenia przy ploteczkach, dotarłam do domu. Są takie dni, gdzie wracając do swej przystani, rozkładamy się na kanapie i nasz mózg ogranicza swą pracę do czynności podstawowych typu zjedz, umyj się, spać, a myślenie abstrakcyjne, logiczne... jakiekolwiek by było, umiera.
Zjadłam kolację i mówię sobie, że umyję się teraz, bo potem nie będzie mi się chciało, a po całym dniu, dość intensywnym, fiołkami nie pachniałam. Ubrana w podstawowy komplet domowo-wypoczynkowy udałam się do łazienki, i chyba tylko cud uchronił mnie przed oberwaniem z liścia od wodomierzowych drzwiczek, które z impetem wyrwało ciśnienie wody z pękniętej rury. No dobra, fuck, trzeba zadzwonić na pogotowie wodnokanalizacyjne. Stojąc z telefonem przy uchu, modliłam się żeby nie spali, żeby odebrali, ktokolwiek. Jest, odebrał człowiek znudzony życiem, nakreśliłam sytuację, a on mówi "To my za pół godziny, godzinę będziemy". I tu moja "kreatywność" odpowiada "Panie! Nie za pół, nie za godzinę, tylko teraz, na parterze mieszkam, piwnice zalewam! A w moim pionie jest skrzynka z korkami do wszystkich lokali!". Usłyszałam "15 minut". No co? Dobry kit połowa sukcesu :)
Kiedy walczyłam z żywiołem, usłyszałam dzwonek, poszłam otworzyć panom z pogotowia. Poprowadziłam ich do miejsca katastrofy, opisując przy okazji tę tragedię.
Panowie słuchali, stojąc w drzwiach łazienki, z szerokim uśmiechem, kiwając swoimi łysiejącymi głowami... Spojrzeli na siebie, na mnie, "Taaaa" - wydał głos jeden z nich, spoglądając na mnie.
W jednej sekundzie wzrok skierowałam na swój dekolt, w drugiej zakryłam dłońmi to co było widać pod cienkim, mokrym podkoszulkiem... a byłam bez biustonosza. Tak szybko po mieszkaniu to ja przemieszczam się tylko jak mnie ciśnie do WC, a ja popitalałam do sypialni. Spojrzałam w lustro garderobiane. Kurna! Ale wstyd! Nie dość, że mokry podkoszulek i cycki prawie na wierzchu, to jeszcze w gaciach byłam!
Oczywiście słyszę rechot hydraulików, bo jakżeby inaczej. Trudno, trzeba się przebrać, ogarnąć - głowa do góry, cycki w stanik i wio! Dalsza naprawa przebiegała trochę w niezręcznej atmosferze. Pomyślałam, że pewnie będę numerem jeden historyjek w ich robocie na przerwach i grillach ze znajomymi.
I może blamaż nie byłby numerem jeden na liście, ale... Po około 2 tygodniach spotkałam jednego z hydraulików w osiedlowym sklepie, okazało się, że mieszkamy na jednym osiedlu... Do tej pory mi się kłania.
Jestem w maturalnej klasie liceum i od półtora roku spotykam się z pewnym chłopakiem. Nasze relacje są bardzo dobre, ale jak wiadomo każda dziewczyna musi się w końcu do czegoś przyczepić...
Po pół roku znajomości zorientowałam się, że coś jest nie tak. Otóż zdałam sobie sprawę z tego, że mój chłopak jeszcze ani razu nie wypowiedział mojego imienia. Zrobiło mi się trochę przykro, więc po prostu zapytałam, dlaczego tak jest. On się wykręcał i mówił, że na pewno nie zwracałam na to uwagi. Byłam jednak pewna swego i nie odpuściłam.
Zastanawiałam się, dlaczego jest tak, jak jest? Coraz bardziej zaczęłam zwracać uwagę na jego sposób mówienia, na słowa jakich używa. Wniosek nasunął mi się tylko jeden: Mój chłopak nie używa wyrazów zawierających literkę "r". A ponieważ moje imię zawiera bardzo mocno akcentowane, twarde "r" coś musiało w tym być. Zamiast "dzień dobry" mówił "witam", zamiast "bardzo" - "mocno", itp.
Musiałam jednak potwierdzić powstałą tezę i dyskretnie zrobić test. Podczas kolejnego spotkania prowokowałam go do tego, żeby mówił jakieś takie słowa, ale nic z tego... w końcu zorientował się, o co mi chodzi i powiedział, że mam natychmiast przestać. Potem spokojnie wytłumaczył mi, że od urodzenia ma wadę wymowy, że nigdy nie mówił tej głoski, bardzo się tego wstydzi i nie chciał, żebym się o tym dowiedziała (szczerze nie wiem, jak długo chciał to trzymać w tajemnicy).
Podczas długiej rozmowy obiecał mi, że specjalnie dla mnie nauczy się wymawiać moje imię. Po tygodniu przyszedł do mnie pełen zapału i ochoczo zabrał się za mówienie, szybko jednak ogarnął go strach... w końcu ze łzami na twarzy, patrząc prosto w moje oczy wypowiedział długo oczekiwane słowo.
Wiedziałam, że bardzo dużo odwagi to go kosztowało i że stara się tak dla mnie. Mam najlepszego chłopaka na świecie :)
Pewnie zostanę zlinczowana, ale... nienawidzę dzieci.
Dzisiejsze dzieciaki chcą mieć i wiedzieć wszystko.
Jak widzę w markecie, jak mama nie chce kupić dziecku kolejnej zabawki, a to zaczyna drzeć papę, to ja się w środku gotuję.
Ostatnio poszłam do koleżanki wieczorem (ma ona trójkę dzieci), no i stwierdziłyśmy, że zadbamy o dłonie, więc przyniosłam parafiniarkę. To takie spore pudełko z woskiem w środku, który się nagrzewa do wysokiej temperatury. Oczywiście powiedziała każdemu z dziecka osobna, że nie wolno tego dotykać, bo jest gorące. A gdzie tam! Każde po kolei pchało łapy w każde miejsce urządzenia i dwójka się poparzyła. Wielki płacz, no bo przecież nie wiedziały 🤦♀️
Inne dzieciaki potrafią zakładać moje buty i łazić w nich po domu, gdzie dla mnie jest to obrzydliwe.
Za każdym razem milion pytań, skąd się biorą dzieci, a czemu masz tak na imię, a nie inaczej..
A spróbuj kupić sobie cokolwiek słodkiego! Wystarczy szelest papierkiem, a te już są obok i też chcą, a jak podzielisz mały kawałek batona, żeby im starczyło? Wiadomo, nie zostanie nic dla ciebie.
Tak samo maltretowanie zwierzaka... Tłumaczy się: nie bij tego kota, nie noś go, trzeba ładnie głaskać. Po chwili kot znów jest rzucony o ścianę, bo dziecko nie wie, dlaczego kotek drapie.
Do tego nie doceniają starań rodziców, którzy tyrają w pracy, żeby dziecko miało dobrze. I tak ciągle będzie chciało więcej.
Dla wyjaśnienia - ja nigdy nie pchałam się w życie dorosłych, jeśli na prośbę o coś dostałam odpowiedź negatywną, to chwilę się smuciłam i szłam dalej.
Niepotrzebnych mi pytań nie zadawałam, bo po co mi było wiedzieć skąd się biorą dzieci przy budowaniu zamku z piasku?
Ja nie chcę mieć dzieci, to wiem na pewno, bo szkoda moich nerwów.
Dwa lata temu napisałam do mojego kolegi: "Cześć". Odpisał mi dzisiaj: "No cześć. Sorki, ale laga miałem".
Moja mama jest dla innych suką, dziwką i potworem.
Mojej mamy nie cierpią wszyscy moi rówieśnicy.
Moja mama jest nauczycielką.
Moja mama jest dla mnie najwspanialszą osobą na świecie. Od dziecka spędzała ze mną mnóstwo czasu, bawiąc się klockami czy pomagając mi w odrabianiu lekcji. Jako mały brzdąc zastanawiałam się, dlaczego mama idzie spać tak późno w nocy i wieczorami płacze. Gdy poszłam do gimnazjum, po raz pierwszy usłyszałam jak koledzy z równoległych klas naśmiewają się z tego, że dobrze się uczę. Zabolało mnie to bardzo, ale mama pocieszała mnie mówiąc, że zazdroszczą mi dobrych ocen. Pragnęłam jednak akceptacji kolegów z klasy, dlatego zaczęłam robić rzeczy wbrew sobie. Tym sposobem zdobyłam ich akceptację i wtedy po raz pierwszy usłyszałam od rówieśników złe słowa o rodzicielce. Nazywali są dziwką tylko dlatego, że dała im jedynkę, bo nie przygotowali się do kartkówki czy sprawdzianu. Gdy przy mnie jedna z dziewczyn powiedziała, że moja mama to sucz, nie pohamowałam się i uderzyłam ją w twarz, a potem odeszłam od towarzystwa.
Teraz wiem, że mama do 3 w nocy codziennie sprawdzała sprawdziany i kartkówki tych aroganckich dupków, dopiero dziś wiem, że z powodu pracy mama powoli traci wzrok i ma tak silną migrenę, że wielokrotnie widzę, jak płacze z bólu. Za pracę nauczycielki zarabia tyle, co ludzie bez wykształcenia na kasie w Biedronce.
Proszę, szanujcie swoich nauczycieli, to też są ludzie.
Jechałem na uczelnię tramwajem. Na siedzeniu naprzeciwko mnie siedziała dziewczyna, miała może 16-17 lat. Nudziło mi się, więc się rozglądałem i przypadkiem zauważyłem, że ma rozpięty rozporek w spodniach. Chciałem ją poratować, ale tak aby jej nie zawstydzić. Stuknąłem stopą w jej stopę. Gdy popatrzyła na mnie pytającym wzrokiem wskazałem palcem na swój rozporek, a potem na nią i wymownie uniosłem brwi. Dziewczyna momentalnie zrobiła się czerwona i patrząc na mnie z nieskrywanym obrzydzeniem wstała i skierowała się na drugi koniec tramwaju.
Zorientowałem się wtedy, że mogła to opacznie zrozumieć, więc krzyknąłem za nią "MASZ ROZPIĘTY ROZPOREK!". Co spowodowało tylko tyle, że przyspieszyła kroku, a teraz już wszyscy wokół patrzyli na mnie podejrzliwie.
Od tamtego dnia nie pomagam już ludziom w komunikacji miejskiej.
Jechałam sobie ostatnio pociągiem z koleżanką, ponieważ wypad miał być długi, to obie miałyśmy duże walizki, które tylko siłą woli chyba wsadziłyśmy na górę. Wiadomo, duże walizki zajmują dużo miejsca, ale nikomu nie przeszkadzały. No, do czasu.
Jakąś godzinę, może dwie po tym, jak upchałyśmy się w pociągu, z wielkim rabanem wpada do naszego przedziału kobieta, pewnie kolo 60 lat, z wnuczką i dwoma bagażami tylko trochę mniejszymi od naszych. Najpierw wyprosiła z przedziału dwie dziewczyny, które miały tylko jedno miejsce zarezerwowane, potem problem, bo ona nie ma miejsca na bagaże, a na moją sugestię, że może zostawić bagaże przed przedziałem obwieściła mi, że nie, bo ona będzie nadbagaż musiała płacić, no chyba że ja jej go zapłacę. I mówi mi, że ona płaciła za dwa miejsca, więc dwa miejsca na bagaże jej się należą. Nie słuchała mnie ani nikogo, że przecież my też płaciłyśmy za dwa miejsca, wiec tyle nam się również należy. Ona zna swoje prawa! W końcu jakoś zrobiłyśmy jej miejsce na ten bagaż, a ona do mnie mówi:
- To teraz mi go tam wsadź!
Patrząc na nią dość krzywo, mówię jej bardzo spokojnie:
- Sama se go wsadź.
Pani chwilę siedzi, cicho, niby nic się nie działo, a potem patrzy na mnie z taką żałością w oczach i mówi do mnie:
- Proszę pani, czy mogłaby się pani ze mną miejscami zamienić? Bo ja NAPRAWDĘ nie mogę jechać tyłem...
Powiedziałam jak jest, czyli że gdyby nie była dla mnie chamska wcześniej, to bym jej ustąpiła tego miejsca, ale że zrobiła co zrobiła, to nie mam zamiaru. Pani była bardzo oburzona, ale cóż jej poradzę? Na chamstwo zawsze zareaguję chamstwem, co jej powiedziałam.
Stację dalej dosiadła się do nas również starsza pani, z małym bagażem, który spokojnie mógł się zmieścić na górze, więc zapytałam ją, czy jej go tam dać - bardzo grzecznie mi podziękowała, przy wysiadaniu pomogłam jej go zdjąć. Mina tej wrednej baby? Bezcenna!
Podczas wakacji pojechaliśmy z moją piękną żoną w zaciszne miejsce niedaleko naszego domu. Stamtąd można bowiem podziwiać spadające gwiazdy i… no cóż – oddać się miłosnym uniesieniom. No i tak też właśnie zrobiliśmy.
Kiedy akcja była już mocno rozkręcona, nieoczekiwanie, jakby z nicości, wyłonił się za nami samochód. Pech był podwójny – raz, że nasza miejscówka jest na takim zadupiu, że nigdy wcześniej nikt nam nie zakłócił naszych harców, a dwa, że autem okazał się radiowóz! W panice zaczęliśmy się ubierać, co wcale nie jest łatwe, kiedy człowiek jest rozebrany do rosołu we wnętrzu przyciasnego punciaka. Stróż prawa tymczasem podszedł do naszego okna i poświecił latarką. Akurat zastał mnie usiłującego wciągnąć sobie na nogi spodnie, które jak na złość zaklinowały mi się na wysokości łydek. Policjant popatrzył chwilę na ten tragikomiczny spektakl, zaśmiał się „hue, hue, hue”, wrócił do swojego pojazdu i odjechał.
Dopiero kiedy emocje opadły zorientowałem się, że przez ostatnie, dłużące się w nieskończoność, minuty próbowałem naciągnąć na siebie spodnie mojej żony.
Dodaj anonimowe wyznanie