Krótka historia o tym, jak rozpadł się związek rodziców mojego chłopaka.
Jego tata jest Hindusem, matka zaś Irlandką. Tata ma naprawdę ciemną karnację i burzę czarnych kręconych włosów. Mama to niebieskooka blondynka o porcelanowo białej cerze. Mój luby ma uśmiech swojego ojca i jego burzę kręconych włosów. Jest wyjątkowo blady jak na swoje pochodzenie, generalnie nie da się od razu stwierdzić, że tylko jego mama jest biała. Ma "europejskie" oczy, jasnobrązowe tęczówki i choć z daleka wygląda jak swój ojciec 30 lat temu, to z bliska widać, że z twarzy bardzo przypomina swoją matkę.
Kiedy miał się urodzić, jego mama przygotowała specjalną szczotkę do włosów, bo większość dzieci hinduskich i częściowo hinduskich par rodzi się podobno z imponującą grzywą czarnych, grubych włosów. Mój luby jednak urodził się bledszy niż jego przyrodni bracia (u nich tata jest Anglikiem). Miał ogromne, niebieskie oczy i lichą kępkę blond włosów na czubku głowy.
Podobno jego mama była w takim szoku, że lekarze lekko się zaniepokoili. A jego tata... Spojrzał niemiło na niemowlę i na matkę, rzucił: "Że niby on mój?" i wyszedł.
Mały już po kilku dniach zaczął obrastać brązowymi loczkami, a jego skóra delikatnie ściemniała. Oczy z niebieskich zrobiły się brązowe.
Jego mama była zbyt zraniona i obrażona przez ojca, aby mu wybaczyć. On nigdy też nie przeprosił za swoją reakcję, a przed synem wypiera się, że kiedykolwiek zwątpił w swoje ojcostwo.
Chciałam chociaż raz, żeby ktoś anonimowo wysłuchał mojej historii.
Miałam w swoim życiu bardzo ciężki okres. Nie będę się rozpisywać, wiem, że nikt nie lubi długich opowieści i za dużo czytania. Ale było naprawdę ciężko. Szukałam wsparcia w przyjaciołach, które znalazłam. Był też oczywiście mój bliski kolega, który w tamtym czasie niesamowicie mnie zaczął wspierać. Był miły, czarujący. Mówił to, co kobiety pragną słyszeć. Wtedy oczy miałam zamydlone, potrzebowałam czegoś takiego i w ogóle nie doszukiwałam się w tym podstępu. Mój błąd.
Spotkaliśmy się pewnego wieczoru na jedzeniu u niego, winie, filmie i graniu w karty. Zwykły koleżeński wieczór. Bez podtekstu. Miałam zostać na noc i spać w osobnym pokoju. Ale po chwili niewielki kieliszek wina tak na mnie zadziałał, że nie mogłam się ruszyć. Byłam jak sparaliżowana. Bałam się. Byłam też otumaniona i większości nie pamiętam.
Pamiętam tylko, że dobierał się do mnie, a ja co najmniej 20 razy mówiłam wyraźnie i stanowczo „nie”. Później już tylko pamiętam poranne krwawienie z miejsc intymnych, jak poszłam do toalety.
Byłam na niego wściekła, ale nadal byłam osłabiona po tym niby „winie”.
Pytałam go, na co on: „Sama chciałaś. Weszłaś na mnie, całowałaś, to ja zająłem się resztą”.
Wróciłam do domu załamana. Nic nie pamiętałam. Fragmenty może migawek w trakcie, co ze mną robił, ale nie jestem pewna, czy to już moja wyobraźnia, czy faktycznie coś sobie może przypominam.
Nikomu nie powiedziałam, nigdzie tego nie zgłosiłam. Nikt o tym nie wie. Bałam się go, bałam się reakcji ludzi. Umiał tak manipulować i kłamać, że bałam się, że nikt mi nie uwierzy.
Minęły trzy lata.
Nie ma dnia, żebym o tym nie myślała.
Żałuję tej znajomości. Że tak mu ufałam.
Nie mogę się z tym pogodzić, ponieważ to, co mi zrobił, odebrało mi wolność wyboru i decyzji tamtej nocy. Zrobił coś wbrew mojej woli. Nie czułam się gotowa na seks. Przez niego myślę, że jestem puszczalską szmatą. Czuję się tak, taką ze mnie zrobił - gwałcąc mnie. Czuję niechęć do siebie i nienawidzę siebie za to, że byłam tak naiwna. A jego mam za potwora.
Nie widuję już go, ucięłam kontakt, ale żałuję, że tamtego dnia nie poszłam na badania krwi i obdukcję.
Dzisiaj być może odbywałby swoją karę za to, co mi zrobił.
Jednak szczerze? Satysfakcja z jego kary i tak nie byłaby wystarczająca w porównaniu z tym, że nigdy nie zapomnę o gwałcie. I o tym, że zniszczył tym i mnie, i moje życie.
Jestem z moim chłopakiem prawie 2 lata.
Podczas pewnego spotkania u niego w domu pokłóciliśmy się i chciałam wrócić do domu, więc ubrałam się i chciałam iść na tramwaj. Dodam, że miałam wtedy nogę w gipsie i była zima, ale obrażona na niego nie chciałam go prosić żeby mnie odwiózł.
Gdy wyszłam na pole, on wyszedł za mną, przerzucił mnie przez ramię bez słowa i pomimo moich protestów wpakował do auta. Całą drogę do domu nie odezwaliśmy się, pod domem znów przerzucił mnie przez ramię i zaniósł pod same drzwi od domu. Pocałował w policzek i powiedział, że teraz może się spokojnie obrażać, bo wie, że teraz jestem bezpieczna w domu.
Mam prześladowców. Coraz częściej stawiają mnie w bardzo niewygodnych sytuacjach, skracają maksymalnie dystans.
Zaczęło się niewinnie od dopytywania o mnie na każdym możliwym kroku. Dowiadywałam się od znajomych, że trzech mężczyzn pytało o to czy mieszkam sama.
Zaledwie kilka dni później, około 2 w nocy, słyszałam pod moim oknem, rozmowę na zasadzie "patrz, pali się u niej światło". Z tej rozmowy dowiedziałam się również, że wiedzą gdzie pracuję, z kim się umawiam, kto jest moją najlepszą koleżanką w pracy... Usłyszałam, że jestem bogata (czyt: "ma w ch*j kasy"), "Wielka Pani, która nawet cześć nie mówi biednym chłopakom z bloków", oprócz tego wiele komentarzy odnoszących się do mojej urody... przykładów tu oszczędzę.
Jeden z nich jest moim sąsiadem z góry.
Dwóch pozostałych to jego koledzy z czego jednego kojarzę z widzenia.
Ostatnia sytuacja jaka miała miejsce przyprawia mnie o dreszcze...
Na klatce zapaliło się światło, wybiegł z niej chłopak, więc dopaliłam szybko papierosa i postanowiłam skorzystać z tego, że światło już się świeci i lecieć do domu. Niestety, zaraz po wejściu do klatki spotkałam jednego z moich prześladowców.
Wreszcie (a jednocześnie niestety) twarzą w twarz.
Co więcej, nie domyśliłabym się, że to jeden z tych gości, gdyby nie to, że na mój widok zamarł w pół kroku, zatrzymał się w połowie schodów. Stał tak przez kilkanaście bardzo długich i niepokojących sekund, patrząc mi głęboko w oczy i uśmiechając się przerażająco dziko.
Prowadził ze mną walkę na spojrzenia. Całe szczęście potrafię niezwykle dobrze ukrywać emocje. Jestem przekonana, że nie zobaczył na mojej twarzy ani odrobiny strachu, chociaż w środku trzęsłam się jak galareta. Wydaje mi się, że moja niewzruszona postawa odebrała mu nieco pewności siebie w tej sytuacji.
Wystrzelił z klatki niczym pocisk.
Coraz częściej mam problemy ze snem. Mam wrażenie, że w każdej chwili ktoś może się włamać do mojego mieszkania.
Na policję nie mam co się wybierać, bo mimo wszystko panowie nie złamali prawa tym, że o mnie rozmawiali, że o mnie pytali czy tym, że na mnie patrzyli. Nie mam nic czym mogłabym się w tej sytuacji obronić. Pozostaje mi jedynie być czujną i liczyć na to, że nie mają złych zamiarów bądź nie mają wystarczająco odwagi, żeby coś mi zrobić.
Pochodzę z rodziny średniej klasy. Jestem jedynaczką. Niczego nie brakowało. Kiedy wszystkie dzieci bawiły się korzystając z wakacji, ja siedziałam przy stoliku z kubkiem soku i tabliczką mnożenia. Właśnie skończyłam zerówkę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na stoliku leżał też pas ojca, gruby i ciężki. Chwilę wcześniej matka kazała mi uczyć się tabliczki mnożenia „żebym w 2 klasie miała łatwiej, bo wtedy dojdzie katechizm komunijny”, dodała, że „wiem czym pachnie ten pasek, mam się nauczyć tych słupków, inaczej mi wpier*oli”.
Przez całą podstawówkę prawie nie wychodziłam na przerwę, przepisywałam wszystko starannie z tablicy, żeby mama w domu nie wyrywała kartek z zeszytu i nie kazała mi przepisywać raz jeszcze, bo „brzydko” albo „błąd”. Nie mogłam używać korektora, ani przekreślać błędów. Za to groziło manto i wyrywanie kartek. Najgorzej było kiedy tata wracał pijany, awantura nabierała siły, i już zamiast dostać kilka klapsów tym pasem - czołgałam się po dywanie, szlochając i tracąc oddech, a mama dorzucała swoje „popraw jej, nie chciała jeść obiadu”.
W 6 klasie po raz pierwszy dostałam 1 z kartkówki, nie przygotowałam się. Kiedy pani poinformowała o ocenie, szlochałam się na całą klasę, prosząc, żeby nie wstawiała jej, bo dostanę lanie. Nie zaprowadziła mnie do pedagoga, nikt się tym nie zainteresował. Przecież byłam jedynaczką, na pewno rozpieszczoną, przecież niczego mi nie brakowało, miałam kanapki do szkoły i czyste, schludne ubranie.
Dzisiaj mam 25 lat, nie umiem ułożyć sobie życia, brakuje mi wiary w siebie, motywacji, nie umiem stworzyć zdrowego związku, nie umiem przyjmować krytyki, nie akceptuję tego, że popełniam błędy, bo z życia nie da się wyrwać kartek. Zdiagnozowano u mnie stany lękowe związane ze stresem i pod postacią somatyczną oraz syndrom DDA. Zabrałam moją mamę do psychiatry, który mnie prowadzi, żeby zrozumiała co mi dolega. W gabinecie powiedziała „przecież miała szczęśliwe dzieciństwo, miała co jeść, w co się ubrać, a że czasem dostała, bo była niegrzeczna…”. Psychiatra wyprosił matkę, a mi polecił ograniczyć kontakty do życzeń na święta.
Drodzy nauczyciele, sąsiedzi, opieko społeczna, PATOLOGICZNA rodzina to nie rodzina BIEDNA. Jeśli widzicie niepokojące sygnały, to nie jest ważne, że dziecko jest jedynakiem i nie chodzi głodne, to żaden wyznacznik.
Drodzy rodzice, wasze dziecko potrzebuje waszego wsparcia, to w dzieciństwie kształtuje się charakter człowieka, ważne, by takie zachowania korygować w odpowiedni sposób.
Dziś czekam na przyjęcie do ośrodka psychiatrycznego. Wiem, że to nie powód do dumy, nie jest to coś powszechnie akceptowanego przez społeczeństwo, ale pora zrobić coś z własnym życiem.
Jeśli widzicie obok siebie podobne dziecko, pomóżcie mu, zanim rodzice zniszczą mu życie.
Był to piątkowy wieczór, zmęczony pracą postanowiłem odrobinę się zrelaksować, rozkładając się wygodnie w fotelu i odpalając papierosa. Z kieszeni wyciągnąłem zapalniczkę, kupioną kilka dni wcześniej, całkowicie sprawną. Ku mojemu małemu zdziwieniu nie chciała odpalić, nie poszła z niej nawet iskierka. Próbuję raz, drugi, dziesiąty... Nic. Trudno, trzeba się podnieść i pójść do kuchni po zapałki.
Uniosłem się z fotela i w tym momencie poczułem ulatniający się gaz. Zdaje się, że któryś z domowników planował coś upichcić, gaz odkręcił i zupełnie o tym zapomniał, wychodząc z pomieszczenia. Ulotniło się go dość sporo, kuchnia znajduje się spory kawałek od pokoju, w którym wtedy siedziałem. Gdyby wtedy odpaliła...
Wywietrzyłem porządnie cały dom. Sięgnąłem po tę zapalniczkę ponownie. Zadziałała od razu.
Przeczytałam tutaj kilka wyznań o tym, jak rodzice maltretują swoje dzieci fizycznie i psychicznie, a po latach twierdzą, że nic takiego nie miało miejsca i dziecko wszystko sobie wymyśliło. Oczywiście zazwyczaj tacy rodzice są odsądzani od czci i wiary, jako oprawcy, którzy nie mają odwagi przyznać się do tego, co zrobili. Jednak czasem bywa tak, że dziecko faktycznie wymyśla, albo przynajmniej wyolbrzymia pewne sytuacje. Przykładem tego jest moja rodzina.
Moja 10 lat młodsza siostra twierdzi, że w wieku przedszkolnym była przez mamę bita i głodzona. Tymczasem ja doskonale pamiętam, że nic takiego nie miało miejsca. Siostra często przywołuje sytuację, kiedy rzekomo była głodna, płakała i prosiła mamę o kanapkę, a ta nie chciała jej dać. Tymczasem wyglądało to zupełnie inaczej. Mama zapytała Młodą co chce na śniadanie, ta odpowiedziała, że płatki z mlekiem. Kiedy dostała płatki stwierdziła, że jednak woli jajecznicę. Mama przygotowała jej tę jajecznicę, Młoda nawet nie spróbowała i zawołała, że chce kanapkę z dżemem. Mama powiedziała, że nie ma mowy, bo nie będzie w nieskończoność przygotowywać posiłków, których siostra i tak nie zjada. Młoda wyła o tę kanapkę chyba z godzinę, ale ostatecznie zjadła zimną już jajecznicę. Taka sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie. Mama w końcu powiedziała dość. Nie będzie jej zmuszać do jedzenia, ale albo je pierwszą rzecz, którą wybrała, a jak nie, to nie musi jeść wcale.
Co do bicia; ja nigdy nie dostałam lania, w przypadku siostry pamiętam jedną taką sytuację. Młoda miała zwyczaj wkładać sobie jedzenie do buzi i tak biegać i tańczyć po całym domu. Nie zliczę ile razy się zakrztusiła. Oczywiście rodzice prosili, tłumaczyli na wszystkie sposoby, ale na nią nic nie działało. Którejś niedzieli, kiedy przyszli goście, siostra swoim zwyczajem napchała ciastek do buzi i zaczęła biegać. Nagle zaczęła się dławić. Zrobiła się sina i nie oddychała. Mama spanikowała, na szczęście ciotka, która nas wtedy odwiedziła była emerytowaną pielęgniarką i sprawnie udzieliła Młodej pierwszej pomocy. Mnie kazała zadzwonić po pogotowie, ale kiedy przyjechali z siostrą było już OK i praktycznie nie byli potrzebni. Mimo tej przygody siostra wcale nie nabrała rozumu, więc kiedy następnym razem zaczęła tańczyć z jedzeniem, mama nie wytrzymała i sprała ją po tyłku. Od tej pory faktycznie zawsze kiedy siostra próbowała tańczyć czy biegać z jedzeniem, mama mówiła jej, że ma siedzieć przy stole, póki się nie naje, albo dostanie lanie, ale te groźby nie zostały wprowadzone w czyn.
Oczywiście nie byłam z siostrą i mamą 24 na dobę, ale wszystkie domowe posiłki jadłyśmy razem, bo do 15 Młoda była w przedszkolu, więc wiem, że nie była bita. Pewnie, że moi rodzice nie byli idealni, ale starali się jak mogli i nigdy żadnego ze swoich dzieci nie dręczyli.
W zeszłoroczne wakacje pojechałam z chłopakiem i znajomymi nad morze. Pamiętam, że 2 dni przed powrotem do domu nie miałam humoru, cały dzień byłam zła i wyżywałam się na tych, którzy byli w pobliżu. Padło na mojego faceta.
Szłam się kąpać, ale nie udało się, bo myłam się jako ostatnia i w domku nie było już ciepłej wody. Wkurzona wyszłam z łazienki, zaczęłam krzyczeć i wyzywać partnera, że zużył całą ciepłą wodę i teraz nie mam jak się umyć. Obrażona cały wieczór się do niego nie odzywałam.
Następnego dnia wstałam jak gdyby nigdy nic. Kiedy mój chłopak właśnie wychodził spod prysznica, postanowiłam go przytulić. Dotknęłam go i odskoczyłam, tak bardzo był lodowaty. Zapytałam:
- Boże, czemu jesteś taki zimny?
On odpowiedział:
- Kąpałem się w zimnej wodzie, żebyś ty miała ciepłą, kochanie.
W tym momencie tak mi się przykro zrobiło, że zamurowana stałam i nie wiedziałam, co powiedzieć.
Tak, jesteśmy nadal razem. 2 dni temu minął rok. Z mojej strony to był jedyny taki incydent, ale do dziś go nie mogę zapomnieć. ;/
Mój mąż czasem gada przez sen. Z reguły są to pojedyncze słowa, które złożone razem do kupy nie tworzą żadnego sensu. Najczęściej go wtedy budzę: "Skarbie, zaczynasz bredzić!", ale czasem wchodzę z nim w dyskusję. Ale o tym zaraz.
Nigdy nie oglądałam Gwiezdnych Wojen, ale postanowiłam nadrobić zaległości, by zwieńczyć je udaniem się na VII część do kina. W ciągu dwóch tygodni obejrzałam wszystkie filmy z serii Star Wars, a mąż dzielnie mi towarzyszył, tłumacząc o co chodzi, gdy się zaczynałam gubić.
Po jednym takim wieczornym, domowym seansie mąż szybko zasnął, a ja nie mogąc zasnąć, czytałam sobie o czymś na telefonie.
Nagle mąż zaczyna się wiercić i przebąkiwać:
- Trzeba dodać trochę miodu i cukru.
Uznałam, że to zdanie ma jakiś sens, więc zapytałam:
- Po co?
Na co mój mąż odpowiedział:
- Żeby stać się słodkim Jedi.
Jestem z mężem po ślubie już baardzo dawno. Ale ciągle jesteśmy starymi zboczeńcami. Lubimy wymieniać się nieprzyzwoitymi wiadomościami SMS.
Tak było jakiś czas temu, kiedy mąż wyjechał na kilka dni (taka praca).
Siedzę sama, siorbię winko, piszę mu co ja bym tam zrobiła, co ja zrobię jak wróci, co on zrobi... Oo takie tam, jak ktoś kiedyś pisał takie wiadomości, to wie ;)
Winko hula w głowie... Piszę mu coś w stylu "Kotek, ale bym ci teraz loda ukręciła :p"
Jeb, odpisuje moja mama "A wiesz, zjadłabym".
Marcin pomylił mi się z Mamą. M i M. Pieprzony stary telefon i alfabetyczna lista kontaktów.
Dodaj anonimowe wyznanie