Około rok temu poznałem kobietę, przez miesiąc ukrywała fakt posiadania dziecka. Stwierdziła, iż zrobiła to po to, żebym mógł ją lepiej poznać, zamiast skreślić na początku. Już wtedy powinienem dać sobie spokój, ale serce już zdążyło zabić.
Piękna sielanka bardzo szybko się kończy, zwłaszcza po zamieszkaniu razem. Bardzo szybko doszło do mnie, że każdy wieczór będziemy spędzać w domu, ewentualnie na spacerze, bo nie ma z kim dziecka zostawić, bo w przeciwnym razie trzeba je wieźć do jej matki 60 km dalej i rano odebrać, a to wiąże się z trzeźwymi weekendami. Ja mam 27 lat i nie chcę spędzać życia jak emeryt. Popukać się też jak młodzi ludzie nie bardzo mogliśmy, ewentualnie w nocy, i to po cichu, żeby małej nie zbudzić. Już wtedy zaczynało mnie to wszystko irytować. Ona nie pracowała, bo mała miała 4 lata i chciała się nią zajmować. Już wtedy powinna mi się zapalić czerwona lampka, dlaczego dziecka nie można oddać do żłobka, a ona do pracy.
Doszło do mnie po czasie, że jako facet w tej relacji zawsze będę pełnił rolę drugoplanową i moje potrzeby zawsze będę na drugim miejscu - ja śpię w salonie, bo mała chce z matką, na wypadzie w góry musimy wracać, bo mała zmęczona. Chcę sobie obejrzeć coś w TV - nie, bo mała chce akurat bajkę itd. Paradoksalnie rękę po hajs wyciągała, kiedy pokazałem jej, że potrafię kupić małej to czy tamto, ale decyzji odnośnie wychowywania już nie mogłem podjąć. To nic, że mieszkali u mnie i żyli za moje, ale kto by się na to patrzył.
Czara goryczy przelała się, kiedy mała utopiła mój telefon służbowy, gdzie były wszystkie kontakty do klientów i inne ważne rzeczy. Uniosłem się na nią i usłyszałem od matki, że nie jestem jej ojcem i nigdy nie będę i mam nie podnosić głosu na jej dziecko.
Wylała mi na głowę kubeł zimnej wody. Poczułem się tak jakby ktoś mnie uderzył tępym narzędziem. Emocje wzięły górę i kazałem jej zabierać małego bachora i wyp…ć z mojego życia.
Była to najlepsza decyzja, jaką podjąłem od dłuższego czasu. Czuję w tym momencie psychiczną ulgę. Skończyło się znoszenie jej humorów i humorów małej, bo matka nie potrafiła zapanować nad własnym dzieckiem. Skończyło się oglądanie jej byłego faceta, który przychodził do dziecka i który wtrącał się na tyle, że w pewnym momencie miałem wrażenie, że jest nas w związku troje. Skończyło ogołacanie z hajsu, bo wszędzie gdzie byliśmy musiałem liczyć wydatki razy trzy, nie mówiąc już o lekach w razie choroby, ubrankach itp., które ja pokrywałem w większości. Żadnego pożytku z takiego związku. Seksu jak na lekarstwo, no bo nie ma kiedy przy wszędzie obecnym dziecku, które ma ADHD. Moje inne potrzeby też były marginalizowane lub ignorowane, no bo dziecko.
Nigdy więcej takiego bagna i jak najdalej od samotnych matek. Tylko bezdzietne.
Chciałem się z wami podzielić swoim punktem widzenia na małżeństwo. Dokładnie na jego aspekty często poruszane na tej stronie.
1. Wolność małżonków.
Moja od 6 lat żona nigdy nie robiła mi żadnych problemów z wyjściem samemu do znajomych, na miasto czy gdziekolwiek. Nawet weekendowe wyjazdy bez niej były akceptowane (mamy takie hobby, że czasem przez rok nie ma nas w weekendy w domu). Ustalaliśmy plan kto co robi przed moim wyjazdem i dwa dni zabawy słomianego wdowca.
2. Wydatki.
Mamy wspólne konto plus ja mam osobne, na którym odkładam kasę na dom i czasem coś z niego wydam na swoje przyjemności. Nie ukrywamy przed sobą ani wysokości wydatków, ani na co poszły. Jak trzeba zacisnąć pasa, to się nawzajem pilnujemy. Ustalamy limity kasy na przyjemności i na podstawowe wydatki.
3. Seks.
Oboje jesteśmy mało aktywni seksualnie. Bywa, że przez kilka miesięcy wystarcza nam przytulanie. Ale i czasem mamy szalone pomysły, jak seks na łące czy wyuzdane zabawy pod namiotem. Kiedyś zaciągnęliśmy do łóżka wspólną koleżankę, która wpadła na wino i ploty. Spontanicznie, tak jakoś wyszło. Podobają nam się podobne kobiety i podobni faceci. Nie mamy problemu, by o tym rozmawiać. Nawet na striptiz na wycieczce w Krakowie to ona mnie wyciągnęła, bo chciała pooglądać młode cycki. Na wyjazdach gdy widzę dziewczynę, która mi się podoba, to pierwsze co robię, to pokazuję ją mojej żonie. A ona na to "poczekaj, wieczorem pod prysznicami oblukam, czy ma fajną figurę". Kiedyś niezależnie podrywaliśmy tego samego barmana, proponując mu trójkąt.
4. Wsparcie.
Jak zaczęliśmy się spotykać, byłem wrakiem po nieudanym małżeństwie. Bezrobotny student ostatniego roku. Dzięki niej napisałem magistra, nauczyłem się prowadzić firmę, znalazłem świetnie płatną pracę i się rozwijam. Kiedy ona ma złe dni, biegam do sklepu po zakupy, robię jej jedzenie i przykrywam kocykiem. Jak ma problem, to jestem do jej pełnej dyspozycji. Jak trzeba będzie, to i trupy w lesie poukrywam. Bo ja jestem dla niej, a ona dla mnie.
I doszedłem ostatnio, dlaczego wielu ludzi narzeka na swoje związki. Bo ze sobą nie rozmawiają. Nie chodzi mi o codzienne "co w pracy? No u mnie też ch*jnia". Nie rozmawiają ze sobą szczerze o swoich potrzebach i obawach. Ona chce dziecko, a on uważa, że powinien też chcieć. Potem przez 10 lat on siedzi po godzinach w pracy, bo wizja powrotu do pieluch go przeraża. Może on nie był gotowy, a może myślał tylko, że jest, a teraz boi się przyznać przed żoną, że się boi. Ona marzy o Zorro w masce, co ją porwie na płatkach róż, a on o szybkim lodziku przed snem. W efekcie ona podrywa stażystę z punktu ksero, a on chodzi na k*rwy. I tak, żyją, bojąc się własnych myśli i kryjąc je przed osobą, dla której powinni być całym światem. Przed którą powinni się otworzyć jak przed nikim innym i odkrywać samych siebie.
Pozdrawiam ze szczęśliwego i szczerego związku.
To zdarzyło się ok. 10 lat temu. Byłam wtedy w 1 klasie gimnazjum. Jako niedojrzałe, i mało pojętne dziecię (w końcu dopiero wyszłam z podstawówki) nie kojarzyłam dobrze nazw wszystkich części ciała. I tu zaczyna się moja historia...
Były dni otwarte szkoły. Z koleżankami biegałyśmy po boisku i nagle wskoczyłam na ławkę. Nie zauważyłam na ziemi kamienia i zeskoczyłam akurat na niego. Ból był przerażający, a chrupnęło mi tak mocno w kolanie, że słychać było trzy ławki w tył. No niestety pogotowie, nastawienie kolana i diagnoza - zerwane więzy krzyżowe, wyskakująca łękotka i parę innych. Tak czy siak operacja nieunikniona. Musiałam poczekać na nią miesiąc, a w tym czasie 2 tygodnie pochodziłam w gipsie, żeby noga się zregenerowała.
Po ściągnięciu gipsu i powrotu do szkoły pech chciał, że miałam WF. A ja go nienawidziłam. W efekcie 4 razy w miesiącu miałam okres i wiele innych objawów. Mój nauczyciel już nawet nie zwracał na to uwagi i zawsze wstawiał 1. Ale tego dnia uradowana wchodząc na sale gimnastyczną wiedziałam, że do końca roku szkolnego ćwiczyć nie będę. Wtedy wywiązał się dialog między mną a nauczycielem:
- O znowu okres panno K? Czy inne nieznane objawy? - zaczął nauczyciel.
- Tym razem mam poważny problem i usprawiedliwiony... - odparłam pewna siebie.
- Aż boje się zapytać. Ale mów co się stało?
- Ostatnio miałam poważny wypadek, z powodu którego uszkodziła mi się łechtaczka...
Tak, powiedziałam łechtaczka zamiast łękotka! Reakcja dziewczyn i jego mina była bezcenna. A ja oczywiście stojąc dumna nie wiedziałam czemu każdy się śmieje ze mnie i jeszcze tekst nauczyciela: "W tym wieku i już takie problemy. To faktycznie poważne i usprawiedliwione".
Gdy dotarło do mnie potem co powiedziałam, myślałam, że spalę się ze wstydu. Do końca gimnazjum pan od WF-u regularnie pytał o stan mojej uszkodzonej "łechtaczki".
Mając 6 lat nie mogłem usiedzieć w domu, chyba jak każdy w tamtych czasach. Całymi dniami kombinowaliśmy z kumplem jak tu komuś uprzykrzyć życie. Pewnego dnia babcia wracając z pracy kupiła mi nowe buty. Były to zwykle kapcie bez sznurówek. Po przymierzeniu od razu mi się nie spodobały i powiedziałem, że nie będę w takich butach chodził, bo się będą ze mnie śmiali, lecz babcia stwierdziła, że to prezent dla mnie i wypadałoby go przyjąć. Tak też zrobiłem.
Następnego dnia przyszedł do mnie kumpel i jak to w dziecięcych czasach bywa zaczęliśmy się bawić. Po chwili zapytał mnie skąd wytrzasnąłem te babskie buciki, a ja pomyślałem "tak kurde nie będzie". Od razu wpadłem na genialny pomysł. Żeby nie wyrzucać pieniędzy w błoto, trzeba było zaplanować akcję pt. "Babciu, babciu buta mi przejechali".
Położyłem buta na jezdni i czekaliśmy aż ktoś go przejedzie. Niestety każdy zbliżający się samochód omijał przeszkodę. Zabrałem buta i czekałem na następny samochód w rowie przed ogrodzeniem. Nagle zbliża się zielone Punto, no więc przyczajony czekam na potencjalną ofiarę. Gdy był już blisko bez namysłu wykonuję rzut. But wpada przez otwartą szybę do samochodu i uderza w twarz kierowcę. On od razu zatrzymuje się z piskiem. My w tym czasie biegiem na podwórko i następnie do garażu. Pierwsze moje słowa brzmiały: "Będziem siedzieć, będziem siedzieć!".
W końcu obaj wystraszeni wychodzimy z garażu i powoli spoglądamy w kierunku bramy. Moim oczom ukało się najgorsze, co mogło być. Nie, nie kierowca zielonego Punto, lecz babcia stojąca z kablem od prodiża. Dalszej historii nie będę opowiadał dodam tylko, że tyłek bolał do wieczora.
Wracałem kiedyś mocno pijany z imprezy i wziąłem taksówkę. Kierowca rozpędził się do ponad 100 na godzinę w terenie zabudowanym i powiedział: "Czy ty też czasami uważasz, że życie nie ma sensu?". Wytrzeźwiałem momentalnie.
W swoim życiu doświadczyłam dwóch cudów. Pierwszy wydarzył się, gdy miałam lat 18. Byłam w związku z dużo starszym mężczyzną, byłam szczęśliwa do czasu, gdy okazało się, że nasz wspaniały związek będzie miał owoc. Byłam w ciąży. Gdy mój dojrzały chłopak się o tym dowiedział, zerwał ze mną. Zostałam ja z brzuchem bez pieniędzy i rodziny. Postanowiłam oddać dziecko.
Była to adopcja ze wskazaniem. Znalazłam świetnie małżeństwo, które nie mogło mieć dzieci. Bolał mnie fakt oddania własnego dziecka, ale nie miałam wyjścia. Na porodówce było okropnie. Położne traktowały mnie jak kosmitę. Słyszałam teksty typu "Dawałaś, to teraz się męcz". Po 19 godzinach urodziłam córeczkę. Jednak okazało się, że nowa rodzina jej się chce. Dlaczego? Moja córka dostała od losu więcej niż wszyscy się spodziewali. Mianowicie dodatkowy chromosom. Małżeństwo wyparowało ze szpitala, nie chcieli "wadliwego produktu". A ja zostałam z niepełnosprawnym maleństwem i wielkim bólem.
Ale wiedziałam, że to najlepsze, co mnie spotkało. Zostałam matką i dopiero wtedy sobie to uświadomiłam. Po paru dniach obserwacji poszliśmy do domu. Rodzice nie chcieli nas widzieć. Ale chcąc nie chcąc musieli (babcia przepisała dom na mnie) i tak żyliśmy sobie z Malwinką na marginesie rodziny i społeczeństwa. Nigdy nie traktowałam jej jak dziecko z ograniczeniami. Dla mnie była i jest idealna. Jednak ludzie nie mogli pojąć, że młoda matka pokazuje się z "upośledzonym bękartem". Ale teraz jestem najszczęśliwszą młodą mamą na ziemi i w okolicach ;)
Mam pewną słabość.
Kiedy ktoś połaskocze mnie po stopach, śmieję się i piszczę jak mała dziewczynka, po prostu najgorsza tortura, wyglądam wtedy strasznie żałośnie.
Jestem facetem, mam 2 metry wzrostu i jestem żołnierzem zawodowym, dodatkowo jestem mistrzem miasta w boksie, ogólnie wszyscy się mnie boją.
Nigdy nikomu o tym nie powiem. Wie o tym tylko moja żona i teraz Wy. Jakby ktoś się dowiedział, to żartom nie byłoby końca.
20 lat stuknęło mi na karku, więc stwierdziłam że jak nie teraz, to nigdy i zapisałam się na kurs prawa jazdy. Teoria bardzo przyjemna, fajni ludzie i pierwsza jazda... Bardzo podekscytowana czekam na instruktora, który na pierwszym spotkaniu już się spóźnił i zaczął się wydzierać, że zgasł mi samochód i co ja robię. Zestresowana wyjechałam i 2 godziny spędziłam na krzykach i głupich żarcikach, które w mojej opinii nie były na miejscu. Ale trudno, wracamy do siedziby i akurat przejeżdżaliśmy obok sex-shopu. Facet zdesperowany chyba, gapi się tam, rozsiada się w fotelu i zaczyna dialog:
- Często chodzisz do sex-shopu?
Ja lekko zszokowana, bo to dziwne pytanie, szczególnie jak na pierwszą jazdę. Odpowiadam, że nie. A facet podjarany, dalej opowiada:
- Moja żona to często zagląda tam, bo chce urozmaicać sobie nasze życie, wie pani o co chodzi na pewno?
No i niewiele myśląc powiedziałam to, co mi przyszło do głowy:
- Nie zaglądam tam, ponieważ wystarcza mi mój chłopak, ale wiadomo, że w pana wieku zaczynają się problemy, to małżonka chce trochę panu pomóc.
Facet z jednej chwili z wrednego żartownisia stał się poważnym chamem, który zaczął mnie obrażać nawet za kolor paznokci, i stwierdził na koniec, że lepiej mam zmienić instruktora, bo nie chce ze mną jeździć.
Panie X, rozumiem męską dumę, ale po co zaczynać temat w takim razie?
Potem miałam świetnego instruktora, z którym śmialiśmy się z tej sytuacji, a egzamin zdałam za pierwszym razem.
Pracuję dorywczo jako kelnerka w pizzerii.
W którąś sobotę mieliśmy urwanie głowy, latałam po całej restauracji jak z pieprzem. Przy jednym stoliku siedziało dwoje ludzi, na oko byli parą - młoda kobieta (miała żakiet zarzucony na ramiona) i mężczyzna. Niosłam dwa zamówienia, z czego jedno było dla nich. Ostatnimi palcami jednej ręki przytrzymywałam notes do zamówień. Gdy podeszłam do ich stolika, notesik prawie leciał na ziemię, więc spytałam kobietę, czy mogłaby go przytrzymać. Wtedy kobieta powiedziała:
- Wybaczy mi pani, ale czuję się trochę niezręcznie...
Nie wiedziałam w sumie o co chodzi, moja mina musiała bardzo wyraźnie to pokazywać, bo kobieta chwilkę później dodała ze stoickim spokojem:
- Widzi pani, bo ja nie mam rąk.
Popatrzyłam kobiecie prosto w oczy, byłam zszokowana, już miałam zamiar ją przepraszać, gdy nagle wybuchnęła śmiechem. Impulsywnie sama zaczęłam się śmiać, jej facet również. Jednak pod koniec salwy śmiechu, grzecznie przeprosiłam, facet przytrzymał mój notes i postawiłam ich pizzę na stoliku. Na koniec nawet dali mi napiwek. :)
Nie ma co uogólniać, niepełnosprawni to też ludzie. Czasem odnoszę wrażenie, że są bardziej pozytywnie nastawieni do życia niż ludzie, którzy posiadają wszystko.
Byłam w podstawówce, kiedy moi rodzice zdecydowali się na przeprowadzkę. Nie chciałam jednak zmieniać szkoły, dlatego zostałam zmuszona jeździć do niej autobusem. Nigdy nimi nie podróżowałam, dlatego początki były dla mnie najbardziej stresujące.
Pewnego dnia wracałam autobusem do domu, a na jednym z przystanków wszedł jakiś pan po czterdziestce, który podszedł od razu do mnie i popatrzył wyczekująco. Rozejrzałam się po autobusie, ale wywnioskowałam, że jest za dużo ludzi, aby ten pan mi coś zrobił albo porwał. Odchrząknął i powiedział w końcu:
- Poproszę bilet.
Pomyślałam, że facet musi być jakiś niepoważny, więc odparłam:
- Ja nie sprzedaję biletów. Musi pan podejść do kierowcy.
Pan spojrzał na mnie podejrzliwie.
- A ma panna swój bilet?
- Swój mam.
- To niech panna mi da.
- Ale to jest mój bilet. Niech pan sobie kupi swój.
- To proszę mi go chociaż pokazać.
Niepewnie podałam mu bilet, bojąc się, że zaraz mi go zabierze. Pan przyjrzał mu się uważnie, podpisał i oddał. Podszedł do następnej osoby i tym razem powiedział:
- Proszę bilet do kontroli.
Dopiero wtedy zrozumiałam, że był to kontroler biletów.
Dodaj anonimowe wyznanie