Mam 7-letniego kuzyna, który jest bardzo chorowity więc ciocia często z nim jeździ do lekarza.
Moja babcia mieszka na wsi i hoduje kury, a kury, jak to wiadomo, znoszą jajka. W lecie babcia często czeka na małe kurczaczki, na które wszyscy w rodzinie mówimy "cipki". Nie mam pojęcia skąd wzięła się ta nazwa, ale dosłownie wszyscy tak na nie mówią.
Sytuacja wydarzyła się pewnego lata, kiedy ciocia była z moim kuzynem u lekarza. W poczekalni kuzyn nawiązał rozmowę z jakimś innym chłopczykiem mniej-więcej w jego wieku. Rozmowa wyglądała mniej-więcej tak:
Chłopczyk: Masz jakieś zwierzątko domowe?
Kuzyn: Nie mam, a ty?
Ch: Ja mam dwie papugi.
K: Aaa, chciałbym mieć papugi. Ale za to moja babcia ma cipki. Duuużo cipeczek.
Ponoć mina mamy tego chłopczyka była bezcenna.
Kiedyś siedziałam sobie z przyjaciółmi w pizzerii (pozdro Andrzej i Karol) i czekaliśmy na pizzę.
Siedziałam dokładnie naprzeciwko otwartych drzwi wejściowych.
W pewnym momencie obok pizzerii przechodziło kilku policjantów. Jeden z nich spojrzał na mnie, a ja w tym momencie... pokazałam mu język.
Zanim się zorientowałam, co właściwie zrobiłam (dorosła kobieta!), policjant zawrócił, zatrzymał się, pokazał mi język i zwiał.
Przeklinam twórcę korekty pisowni w komórkach. Oby mu polipy na języku wyskoczyły, a córka zaszła w ciążę z wielbłądem!
Właśnie idziemy z żoną do moich teściów na obiad. Teściowa jak zwykle bardzo się postarała i zrobiła nam na deser coś specjalnego. Kobiecina nazbierała rok temu sporo truskawek w swoim ogródku, zamroziła je, a teraz przy specjalnych okazjach robi z nich… zupę. Tak jest – zupę. Taką ze śmietaną, cynamonem i kluskami! To, można by rzec, rodzinny, pilnie strzeżony przepis. Tak więc wczoraj chciałem zrobić miły gest w stosunku teściowej i napisałem jej SMS-a: „Niecierpliwie czekam na Twoją słodką zupkę!”. Pewnie już się domyślacie, że słownik postanowił zamienić „zupkę” na „dupkę”...
Teściowa nic nie odpisała, a ja zamknąłem się w sobie i bałem się to sprostować. Czuję, że dzisiejszy obiad odbędzie się w dość niezręcznej atmosferze...
Z kumplami mamy czasem gówniarskie pomysły.
Rok temu na rozpoczęcie wakacji przebraliśmy się za piratów, kupiliśmy rum i wypożyczyliśmy sobie rowerek wodny. W pewnym momencie coś mi zaczęło chyba mocniej do głowy uderzać, bo gdy zobaczyłem w oddali jakąś parę z dzieckiem, krzyknąłem do reszty moich kamratów: "CHŁOPAKI! KUHHWA! ABORDAŻ!".
Wiele nie myśląc podpłynęliśmy możliwie blisko, a ja, myśląc jeszcze mniej, przeskoczyłem na rower rodzinki z pirackim okrzykiem.
Oczywiście koledzy szybko zawinęli z powrotem do "portu", a ja wraz z tą rodzinką spędziłem 20 najbardziej krępujących minut mojego życia.
Jestem w 9 tygodniu ciąży. Teściowa ciągle wypytuje, czy to chłopiec czy dziewczynka. Tłumaczymy jej, że to za wcześnie by stwierdzić, jednak ona ciągle swoje.
Wczoraj dla spokoju odpowiedziałam jej, że na 50% chłopak. Odpowiedź uradowała mamusię, do tego stopnia, że zadzwoniła do swojej siostry, by się pochwalić. Dopiero ona sprowadziła ją na ziemię i wytłumaczyła jak działają procenty ;)
No cóż, teściowa ma focha, a ja święty spokój ;)
Mam wrażenie, że nikt nie traktuje mnie poważnie, nikt nie zwraca uwagi na to co mówię. To już się robi męczące... Mam 30 lat, nie jestem osobą głupią, ale też nie po studiach, wielu rzeczy się uczę, staram się rozwijać, ale mam wrażenie, że wszyscy mają mnie gdzieś...
Sytuacja z domu. Mieszkam z mamą i synem (tato zmarł 3 lata temu). Wszelkie roboty typu przybij gwoździa, napraw drzwi itp. są na mojej głowie, co nie umiem, to próbuję, staram się jak mogę, jak wpadnę na jakiś pomysł jak wiele rzeczy ułatwić, to oczywiście mamie nie pasuje. Chciałam poprowadzić kable do internetu i TV młodemu do pokoju, żeby nie ciągnąć 25 m kabla chciałam, żeby brat wywiercił w ścianie dziurę (kiedyś była, ale przy remoncie zaszpachlowaliśmy) - zaczęły się pytania a po co, a dlaczego, nie będę robić nowych dziur (oczywiście nawet nie byłoby jej widać).
Kolejna akcja - komentarze na pewnych grupach na fb. Ja coś napiszę i zero reakcji, ktoś za chwilę napisze to samo, to wiele pytań i podziękowań.
Gram w pewną gierkę, gdzie są ludzie z całego świata, wpadłam ostatnio na pomysł, który mógłby pomoc wszystkim, nikt nie zareagował. Przyszedł ktoś inny, powiedział to samo - oczywiście każdy spróbuje :/
W pracy gdy coś mówię mogę się produkować 10 minut, a i tak nikt nie słucha, albo jest tekst typu "co mówiłaś?"...
Jedynie brat mnie słucha w kwestii samochodu, bo wie, że się bardziej znam od niego, bo dużo rzeczy robię sama przy swoim aucie, aczkolwiek np. o wymianie zamka mówiłam mu od roku, a wymienił u mechanika dopiero jak mu całkiem siadł...
Zawsze byłam osobą, która miała dużo do powiedzenia, ale od pewnego czasu nikt mnie nie słucha. Mam już normalnie dość... Nie wiem co zrobić, żeby zainteresować innych, jak pisałam raczej nie jestem głupia, nie pierniczę głupot, staram się powiedzieć coś ciekawego do konkretnego tematu. Jestem bezradna, po prostu chciałam się wygadać, może chociaż wy mnie wysłuchacie.
Moja historia zaczyna się pod koniec lat 80., kiedy moja mama Ola, wtedy jeszcze studentka ASP, postanawia zarobić na wakacje. Zatrudnia się jako modelka i hostessa. Na jednej z imprez poznaje Marka - zapalony rajdowiec, pewny siebie i zabawny. Szybko się jej oświadcza, biorą ślub, potem pojawiam się ja - Nina. Dosyć wcześnie okazuje się, że mój ojciec czas woli spędzać z kumplami na rajdach, niż pomagać mojej mamie. Bon vivant zostaje przyłapany na zdradzie. Szybki ślub kończy się szybkim rozwodem.
Któregoś dnia moja mama czuje się gorzej i postanawia się zdrzemnąć, ja w tym czasie też powinnam spać. Jednak jako dosyć aktywna 2-latka postanawiam pobawić się w łazience. Odkręcam wszystkie kurki i robię powódź. Parę godzin później mamę budzi walenie do drzwi. Tak, zalałam sąsiada z dołu. Sąsiadem okazuje się być Adam. Zamiast zrobienia awantury pomaga mojej mamie, przynosi jej leki i obiad. Później pojawia się coraz częściej, po jakimś czasie stał się częścią naszej rodziny. On pokochał nas, a my jego. Po ślubie zaadoptował mnie. Przenieśliśmy się do nowego domu, mama realizowała się w sztuce, tata rozwijał firmę. Gdy miałam 7 lat, na świat przyszedł mój kochany braciszek Mikołaj.
Któregoś dnia moja mama jedzie z Mikołajem na zakupy. Z naprzeciwka wjeżdża w nich tir. Braciszek ginie na miejscu, mama w stanie krytycznym trafia do szpitala. Mam dopiero 9 lat, nie wiem co się dzieje, żegnam się z mamą, ale tak naprawdę nie rozumiem tej całej sytuacji.
Zostałam tylko ja i tata. Na pogrzeb z Francji ściąga siostra mojej mamy - Ewa. Dziadkowie już nie żyją. Wtedy odzywa się chór dalekich ciotek. Chcą odebrać prawa rodzicielskie mojemu tacie, przecież to obcy, nie jest moim biologicznym ojcem, z góry decydują, że będę mieszkała teraz z siostrą mamy. Zupełnie ignorują fakt, że widuję ją raz w roku. Ewa szczęśliwie studzi ich entuzjazm, sprawa się wyjaśnia, zostaję z tatą. Od tego momentu tata poświęca mi się bez reszty, dzieli życie między mnie a pracę.
Przyjaciele próbują go umówić z kobietami, w końcu to facet przed 40. Gdy mam 12 lat, pojawia się Maja. Spędzają coraz więcej czasu razem. Maja chce się ze mną zaprzyjaźnić, ale ja jestem zazdrosna, niemiła, sabotuję ich spotkania, dużo się kłócimy. Postanawiam odnowić kontakty z biologicznym ojcem. Mój tata jest zdruzgotany, ale zgadza się na nasze spotkanie. Spędzam czas z Markiem. Początkowo imponuje mi jak bardzo wyluzowany jest, potem okazuje się, że nic się nie zmienił. Nadal jest nieodpowiedzialny i niedojrzały, po mamie miał żonę i syna, z którym spotyka się sporadycznie.
Zrozumiałam jak głupia i nieznośna byłam, przeprosiłam tatę i Maję. Po jakimś czasie ci dwoje biorą ślub. Gdy mam 16 lat, rodzi się moja siostrzyczka Lilia. Znowu mam pełną rodzinę. Trochę pokręconą i połataną z różnych skrawków, ale silną i kochającą. :)
Kiedyś jeździłem do Norwegii w poszukiwaniu przygód, dorywczej pracy i ładnych dziewczyn. Tych ostatnich, niestety, nie znalazłem, ale za to widziałem mnóstwo pięknych krajobrazów, a za kasę z malowania domków nad oceanem mogłem zasponsorować sobie dalszą podróż.
Pierwszy raz, kiedy z kolegą dostaliśmy zapłatę za wykonaną pracę, postanowiliśmy spełnić naszą wspólną obietnicę i… kupić sobie po czteropaku piwa. Czemu miałoby to być tak spektakularne przedsięwzięcie? Ano temu, że napoje alkoholowe w Norwegii są niewyobrażalnie wręcz drogie – to efekt częściowej prohibicji, którą w tym kraju wprowadzono wiele lat temu.
Kupiliśmy więc sobie po cztery browarki, wydając na nie po połowie dniówki. Usiedliśmy na górce, z której rozpościerał się malowniczy widok na ocean i zastanawialiśmy się czemu po wypiciu dwóch butelek nadal nie czujemy działania procentów. Ponadto w smaku było to naprawdę ohydne (wyobraźcie sobie ciepłe, wygazowane piwko, do którego ktoś wrzucił zdechłego, nadpsutego dorsza – tak to smakowało!). Dopiero po osuszeniu ostatniej flaszki zorientowaliśmy się co było powodem tego stanu rzeczy. Tego wieczorem dowiedziałem się o istnieniu kraftowych piw bezalkoholowych, jeszcze zanim te stały się popularne w Polsce. Szkoda tylko, że musiałem wydać na to świństwo prawie 200 zł...
U mnie w osiedlowym sklepie stoi waga. Większość klientów to lokalni ludzie i potrafią ją obsłużyć. Wpisuje się kod towaru (wiszą nad wagą), potem klika zatwierdź i zważ.
Dzisiaj podszedł do mnie starszy pan, z prośbą o zważenie pomidorów. 3 razy przepraszał za fatygę (poświęciłam mu 5 sekund) i wytykał, że jest stary i ślepy...
Jak dużo ludzi musi być niemiłych dla staruszków, że zamiast „dziękuję” usłyszałam „przepraszam”. :(
W dzieciństwie wmawiałam młodszemu bratu, że jest adoptowany, i jak nie będzie sprzątał naszego pokoju, to rodzice oddadzą go do domu dziecka. Działało za każdym razem. Potem się przeprowadziliśmy, każdy dostał swój pokój i się skończyło gadanie o adopcji, bo nie pozwalałam mu wchodzić do siebie.
Brat nawet tego nie pamiętał, powiedziałam mu, jak już byliśmy dorośli. Pośmialiśmy się, ale w ramach kary i pokuty i tak musiałam wysprzątać na błysk jego zawalony rupieciami garaż :)
Dodaj anonimowe wyznanie