Zacznę od tego, że od dzieciństwa nie przepadałam za chodzeniem do szkoły. Nie chodzi o to, że nie lubię się uczyć, często po prostu się nudziłam, jak to w pięknych realiach naszego kraju. Wymyślałam różne sposoby od "Zaspałam" przez "Źle się czuję" po wagary w liceum.
Jednak pewnego dnia przerosłam samą siebie, było to w drugiej klasie liceum, pogoda była paskudna, więc o wagarach nie mogło być mowy - nie przepadam za łażeniem po sklepach, których notabene za dużo w mojej miejscowości nie ma. Nie mogłam też całego dnia po prostu siedzieć w domu, bo mój tata wracał około 10. Uknułam więc plan...
Kiedy usłyszałam, jak mój tata parkuje, weszłam do szafy... Tak, mając 18 lat ukryłam się w szafie, by nie iść do szkoły. Miałam tam oczywiście wszystko przygotowane. Wodę, kanapkę, latarkę, książkę do czytania. Kurtkę i buty ukryłam, żeby nikt się nie zorientował... I przesiedziałam tak 4 godziny, do momentu aż wiedziałam, że około 14 tata będzie wychodził... Wspomnę tylko, że szafa nie była zbyt duża i bolały mnie już nogi od zgiętej pozycji.
Nigdy nie powtórzyłam tego sposobu, ale zawsze jak to sobie przypomnę, to zastanawiam się co mi przyświecało...
Krótka wojenna historia, jakich pewnie wiele się wydarzyło.
Mój pradziadek Michał na początku II wojny światowej wyruszył walczyć, przebył Rosję, Włochy (walczył z Andersem pod Monte Cassino). No, ale nie o tym będzie historia.
Pradziadek, opuszczając w '39 dom, zostawił w nim młodą żonę i dwuletniego syna Henia. Kiedy wrócił z wojny w styczniu '46, oprócz żony i syna zastał w nim rocznego Józia. Zapłakana prababcia powiedziała mężowi, że Józek to "pamiątka" po przejściu Armii Czerwonej. No i co było robić, dziecko niczemu niewinne, życie toczyło się dalej. Pradziadek z prababcią żyli sobie, jakby się nic nie stało, do Henia i Józia dołączyli Szczepan, Lucyna i Zosia.
Mijały lata, najstarszy syn założył rodzinę, potem kolejne dzieci wyfruwały z gniazda. Prababcia dopiero na łożu śmierci, w 1997 roku przyznała się mężowi, że tak naprawdę Józek to nie jest "po Rusku", a po rzeźniku ze wsi obok. Odpowiedź pradziadka? "Marylka, jo żem zawsze wiedzioł, że po Rusku to by kozok taki mundry nie boł, a i łoczy un mo po tym zbereźniku, zaro żem poznoł! Ino przykrości żem tobie i dziecku nie chcioł robić"...
W ramach wstępu chciałabym Wam powiedzieć, że jestem niespełna dwudziestoletnią dziewczyną. Nie wyróżniam się niczym, tak jak wiele osób mam jakieś kompleksy. Największym kompleksem są... moje małe piersi. Mogłabym nawet powiedzieć, że ich brak. Jestem pewna, że gdyby nie zwiększony obwód pod biustem, to zmieściłabym się w staniczki, które zostały zakupione, gdy miałam 11 lat. Jest to problem, który spędza mi sen z powiek, sprawia, że jestem załamana - dla niektórych może się to wydać śmieszne, ale to naprawdę jest dla mnie problem. Nie mówcie, że "nie wiesz, dziecko, czym są problemy". Wiem. Ale każdy ma swoją rangę problemów i niczego nie można bagatelizować. Wracając do tematu - z tego powodu staram się unikać dopasowanych koszulek, ale czasem zdarza mi się takowe ubrać.
W wakacje byłam u ciotki, która pewnego dnia poprosiła mnie o zrobienie zakupów. Nie widziałam żadnego problemu w tej prośbie, więc poszłam zrobić to, co było mi polecone. Było upalnie, a ja miałam na sobie właśnie nieszczęsną, dopasowaną bluzkę. Stałam już w kolejce do kasy, w której przede mną stał starszy pan - w swoich zakupach miał m.in. małą wytłaczankę jajek, marchewkę, kawę. Za mną stała jakaś kobieta z dzieckiem, a za tą dwójką - dwóch panów, mniej więcej w moim wieku. Oglądałam się do tyłu i przyglądałam się półkom, aby upewnić się, że mam wszystkie rzeczy z listy. Widziałam na sobie zaciekawione spojrzenia tych dwóch kolesi. Szeptali coś między sobą, gdy nagle jeden z nich wypalił:
- Dupę ma niezłą, szkoda, że brakuje jej cycków.
Poczułam gulę w gardle po usłyszeniu trzech ostatnich słów. Nie zareagowałam, ale po chwili zrobił to pan, który stał przede mną. W ręce trzymał dwa jajka i marchewkę. Pokazał je i powiedział do chłopaka:
- Weź to, wtedy będziesz kompletny.
Ciężko mnie rozbawić, ale po tych słowach miałam w oczach łzy spowodowane śmiechem.
Może dla niektórych to będzie wypisywanie niepotrzebnie swoich myśli, ale czytam anonimowe, dodatkowo znam wiele osób z dziećmi i zastanawiam się, czemu tak dużo ludzi dorosłych nie ma szacunku do swoich dzieci, albo traktuje dzieci inaczej "bo to dzieci".
Zacznijmy od znanego powiedzenia: "dzieci i ryby głosu nie mają". To już w samo w sobie pokazuje "jesteś dzieckiem? nie masz prawa głosu".
Przykład z anonimowych: dziewczyna, 16 lat, panicznie boi się ciemności i denerwuje tym matkę. Czy to naprawdę takie trudne, aby dziewczyna miała lampkę nocną, dać jej latarkę do łóżka, ewentualnie porozmawiać z psychologiem?
Ile razy były wokół mnie sytuacje typu: odwiedzamy znajomych, dzieci oglądają film/bajkę i nagle rodzic oznajmia "wychodzimy" i dziecko ma natychmiast iść. Oczywiście kończy się to płaczem, bo dziecko nie kończy oglądania. Trudno jest dać znać dziecku, że powoli się zbieramy? Zwłaszcza jak sami dorośli żegnają się w progu/kuchni/w przedpokoju tak z 15 minut...
Sama mam 30+ lat i dziecko. Ja bym się zdenerwowała, jakby ktoś mi wyłączył film przed nosem i powiedział "wychodzimy".
Najlepszy sposób, aby nauczyć dzieci kłamać albo nie mówić wszystkiego: "Mi możesz powiedzieć wszystko, nawet najgorsza prawda jest lepsza niż kłamstwo" wpajane przez rodzica jak mantra, ale jak przyjdzie co do czego, to dzieciak ma kazanie i najlepiej milion kar za to, że zrobiło coś źle...
Nie da się traktować dzieci z szacunkiem, szczerze porozmawiać o uczuciach, traktować tak, jakbyśmy my chcieli być traktowani?
Do szkoły dojeżdżam pociągiem. Pewnego popołudnia w drodze do domu, zaczytana w książce i ze słuchawkami na uszach próbowałam dotrwać do kresu mojej podróży, kiedy wydarzyła się pewna historia.
Na stacji wsiadł chłopak na oko w moim wieku i usiadł w drugim rzędzie foteli (co istotne były to dwa połączone ze sobą fotele, a od dalszej części wagonu oddzielała je szyba). Chłopak zajął miejsce pod oknem i sam założył słuchawki. Oprócz nas w wagonie znajdowała się może z jedna osoba gdzieś w tyle.
Na następnej stacji do pociągu wsiadł gościu pół seba - pół menel i wraz ze swoim alkoholowym odorem zajął miejsce obok chłopca, zagradzając mu lekko drogę ucieczki. I zaczyna się rozmowa:
Menel: - Hej, chłopcze, może poratowałbyś jakimś drobnym?
Chłopak: - Niestety nie mam.
M: - No chłopcze 5 zł, 2?
(Wyczuwam, że chłopak zaczyna się denerwować, a sytuacja robi się nieprzyjemna).
Ch: - Nie mam.
M: - No to może dasz mi swoje słuchawki, albo telefon (słychać, że menel mówi głosem nieznoszącym sprzeciwu, więc zakasam rękawy, i biorę sprawy w swoje ręce. Wiem, że gościu nie do końca zdaje sobie sprawę z mojej obecności, więc zbieram rzeczy i ruszam do obu panów. Gdy jestem dostateczne blisko, wykorzystuje cały swój marny talent aktorski do udawania niesamowicie pozytywnie zaskoczonej i wypalam:
Ja: - No nie wierzę! Marek? Ty tutaj?
Ch (załapał o co mi chodzi i zaczynamy wspólnie odgrywać bardzo żałośnie scenkę): - O Boże! Iza! Ile to się lat nie widzieliśmy!
W tym momencie on wstaje, a ja daję znać, że chcę go uściskać i dzięki temu udaje mu się wyminąć zdezorientowanego pana Menela.
Ja: - Wiesz, że właśnie idę do Majki? Siedzi w drugim wagonie, chodź ze mną, powspominamy dawne lata.
Ch: - O kurde, no pewnie!
I jak gdyby nigdy nic, opuszczamy wagon.
Prawdziwego imienia chłopaka nie poznałam, on mojego też. Podziękował przytuleniem i wysiadł na najbliższej stacji, a ja pojechałam dalej.
Pomagajmy.
Szłam sobie elegancko chodnikiem. Chciałam sprawdzić swój makijaż, więc - jak to zwykle kobiety robią - podeszłam do pierwszego lepszego auta i przejrzałam się w jego szybie.
Pasażer chyba mnie nie zauważył i równie elegancko energicznie przyłożył mi drzwiami w ryj.
Mój dziadek ma 89 lat i Alzheimera, niczego nie pamięta, nawet tego, że jego jedyny syn, a mój tato, nie żyje. Ale są takie chwile, kiedy ma przebłyski i pyta o Janka, kiedy go odwiedzi. Wtedy babcia dzwoni po syna sąsiadki, kolegę taty, aby uszczęśliwić dziadka synem.
Dobra, to będzie jedna z tych historii rodem z babskich książek, ale jej niesamowitość mnie przeraża i muszę się nią podzielić.
Wszystko zaczęło się w podstawówce. Była taka dziewczynka - Kasia, która strasznie mi się podobała. Jak to bardzo poważny zalotnik w drugiej klasie, z największym szacunkiem ją adorowałem. Zawsze razem w parze, zawsze na WF razem, zawsze w świetlicy starałem się być blisko niej. Oczywiście wtedy nie powiedziałbym, że to zakochanie, bardziej niezrozumiały magnes ciągnący mnie w tamtą stronę. Kasia potrafiła być naprawdę dziwna, była bardzo cicha, nieśmiała, ale cholernie mądra. Potem trafiliśmy do różnych klas. Nie widziałem już jej i przez lata nie zawracałem sobie tym głowy.
Aktualnie studiuję w Warszawie.
To było w zeszłym roku w listopadzie. Właśnie wracałem z zajęć i zaczął padać deszcz. Zwykle jestem tak roztrzepany, że nie sprawdzam pogody i nie miałem parasola. Ulewa jak cholera, jedynym miejscem gdzie mogę się schronić jest przystanek autobusowy albo daszek sklepu. Jako że na przystanku tłok, wybieram drugą opcję. Ktoś tam stoi. I tak... Dobrze myślicie... To była Kaśka. Ja oczywiście nie od razu ją poznałem, ona mnie też nie.
Staliśmy chyba z pięć minut nie przejmując się sobą i swoim towarzystwem, chociaż potem dziewczyna zaczęła na mnie zerkać. I głupio się śmieje :P A ja pajac nie rozumiem o co chodzi? Psycholka? I nagle się odzywa: "Widzę, że to już chyba przeznaczenie". Ja dalej jak idiota stoję i już poważnie myślę, czy do psychiatryka nie dzwonić. "Jak możesz nie poznawać dziewczyny, którą pocałowałeś jako 8-latek?". Ding dong... Znaczy to był pocałunek w policzek, żeby nie było wątpliwości ;) Tak w ogóle poza nią nie całowałem żadnej innej, czy dlatego, że faktycznie tylko ona była mi przeznaczona?
Nie będę już przynudzać, bo pewnie domyślacie się jak to się skończyło ;) W każdym razie rozglądam się za pierścionkiem :)
Dopiero wczoraj zauważyłam, jakiego mam wspaniałego tatę.
Zaczął mi się okres. Standardowo - ból brzucha, zły humor itd...
Tata wrócił z pracy późnym wieczorem. Kiedy zobaczył mnie w starym dresie i rozmazanym tuszu do rzęs, o nic nie pytał, tylko wyjął z lodówki dwa pudełka lodów i do nocy oglądał ze mną "Epokę lodowcową" :D
Kocham Cię, tato! :))
Historia zdarzyła się, kiedy byłem w piątej klasie podstawówki.
W naszej szkole miała być dyskoteka z okazji pożegnania klas szóstych.
W trakcie dyskoteki dla żartów powiedziałem pani Kowalskiej, że pan Nowak chciałby z nią zatańczyć...
Zatańczyli i chyba się sobie spodobali. Dzisiaj składałem im życzenia z okazji dziesiątej rocznicy ślubu. :)
Dodaj anonimowe wyznanie