Miłość jest ślepa, powiadają...
Wyszłam za mojego faceta, mimo że cała rodzina i większość znajomych szczerze odradzali mi układanie sobie z nim życia. Podczas wesela mój wybranek bardzo się upił i spowodował awanturę zwieńczoną bojką z jednym z wujków. Musiała interweniować policja. Pan młody wylądował w areszcie.
Dziś dowiedziałam się, że najprawdopodobniej zobaczę mojego męża za jakieś trzy lata, bo miał on na swoim koncie parę wcześniejszych zatargów z prawem, o których ja nie miałam pojęcia… Jednym z jego przewinień było niepłacenie alimentów byłej żonie, wychowującej dwójkę jego dzieci. O tym, że był on wcześniej w takim związku, też nie wiedziałam...
Początek października to, jak wiadomo, początek studiów. Jako studentka pierwszego roku przeprowadziłam się z małej miejscowości do Warszawy.
W dniu rozpoczęcia wykładów wstałam dosyć wcześnie i już godzinę przed czasem siedziałam w tramwaju. 7 rano, masa ludzi, tłok, ścisk... W pewnym momencie do tramwaju wsiadła 50-paroletnia kobieta. Prawie by nie zdążyła, ale wcisnęłam szybko przycisk STOP i udało się. To chyba nie był jej dzień, bo gdy kierowca zahamował na kolejnym przystanku, wypadły jej z torby jakieś kartki, rozsypując się po podłodze. Pomogłam jej pozbierać stertę papierów, a ona z uśmiechem powiedziała: "Serdecznie pani dziękuję, ratuje pani ten mój fatalny poranek". Za chwilę wysiadła. Ja pojechałam przystanek dalej, żeby kupić jeszcze coś do jedzenia.
Jakie było moje zdziwienie, gdy godzinę później okazało się, że owa pani ma ze mną na studiach ćwiczenia :) Tak, poznała mnie :)
Nigdy nie wstydziłem się mówić mojej mamie, że ją kocham.
Koledzy śmiali się ze mnie, nazywali "cycusiem mamusi", gdy przy wszystkich rzucałem jej się w objęcia. "Kocham cię, mamo" - powtarzam te słowa codziennie.
Powtarzam je nawet teraz, gdy po wylewie leży w śpiączce i nie wiadomo, czy się obudzi.
Kocham cię mamo... może mnie usłyszysz.
Jestem mamą 13-letniego Kuby. Dzisiaj mój syn podszedł do mnie i zapytał, czy pamiętam jakąś zabawną historię z jego dzieciństwa i czy zrobił coś głupiego będąc małym. Kiedy się zapytałam, co go tak naszło na wspomnienia odpowiedział, że chciałby coś wrzucić na anonimowe, ale nic nie jest wystarczająco śmieszne.
Do nauki, Kubusiu, a nie na internecie ciągle siedzisz!
PS Kiedy miałeś dwa latka, będąc w supermarkecie podszedłeś do kąta, ściągnąłeś spodnie wraz z majtkami i postanowiłeś się wysiusiać :)
A spuściłam cię z oczu tylko na minutkę :)
Niedawno zmarł mój tato i tak sobie przypominam zabawne lub ciekawe sytuacje, jakie się nam zdarzyły.
Bodajże by w drugiej klasie podstawówki moja nauczycielka języka polskiego kazała nam przeczytać baśń o tytule "Stokrotka". Jakoś mi się nie zarejestrowało, że ma być to baśń. Mój tato pracował zaraz obok dużej biblioteki, którą często razem odwiedzaliśmy. Zadzwoniłam do niego i poprosiłam, żeby mi wypożyczył tę książkę, bo pani kazała przeczytać ją w ciągu trzech dni.
Tato przyszedł do domu z trochę zabawną miną i dopytał, czy na pewno to miała być "Stokrotka", a nie jakiś inny kwiatek. Kiedy potwierdziłam, dał mi dość grubą jak dla 8-letniego dziecka książkę. Przeczytałam ją całą. Był to pamiętnik narkomanki. Dość brutalny, pełen przekleństw, dragów i innej dorosłej treści.
No cóż, mina nauczycielki była dość nietęga, jak zobaczyła co przeczytałam. Ja z kolei miałam przyspieszony kurs o treściach mocno 18+.
Potem tata już zawsze sprawdzał, czy na pewno mogę daną książkę przeczytać.
Byłam wtedy w szkole średniej. Idąc do szkoły mijałam po drodze samochód jakiegoś chłopaka, chyba też ucznia tej szkoły, tyle że starszego. W środku auta dwóch chłopaków, obok też kilku i głośna muzyka dobiegająca z samochodu. Jeden z chłopaków zawołał: "Hej, mała, chcesz loda?". Wszyscy palanci zaczęli się śmiać. Bardzo mnie skrępowała tą sytuacją, ponieważ byłam nieśmiałą osobą. Przyspieszyłam kroku i nie zareagowałam. Szybko wbiegłam do szkoły.
W domu po lekcjach żaliłam się, co mnie spotkało. Na to moja mama nieświadoma sytuacji:
- Zobacz, jaki fajny chłopak cię podrywał. Trzeba było się umówić na te lody.
Dzieci powinny chyba częściej uświadamiać swoich rodziców.
Szukałam pracy. Kupiłam lokalną gazetkę, przeglądam, trafiam na ogłoszenie:
Potrzebna pomoc domowa dla emerytki.
Praca w moim małym miasteczku, więc myślę - pewnie znam osobę, a nawet jeśli nie, to pewnie będę miała niedaleko. Dzwonię. Umówiłam się na spotkanie z córką emerytki potrzebującej pomocy. Na spotkaniu dogadane: zakupy, gotowanie obiadów, ogarnięcie domu raz na jakiś czas, 10 zł/h, praca co 2-3 dni. Kobieta zostawiła pieniądze swojej mamie, żeby wypłacała mi za każdym razem jak przyjdę.
Dzień pierwszy: Łoj, córciu, nie gotuj ty mi nic, sąsiadka mi krupniku nagotowała. Za 3 dni przyjdź.
3 dni później: Łoj, córciu, sąsiadka mi zakupów narobiła, ale przyjdź jutro, to mi coś ugotujesz.
Dzień kolejny: Łoj, córciu, nie ugotujesz mi nic, bo mi lodówka zamarzła i się nie da otworzyć.
Zaproponowałam, żeby może coś innego zrobić - posprzątać czy coś, bo trzeci raz przychodzę i w sumie niepotrzebnie, a jak już jestem, to bym coś pomogła. Więc... babcia poprosiła o powycieranie kurzu z szafek - na zewnątrz i w środku. Jej kredens nie był zbyt duży, więc ze wszystkim zeszło mi jakieś pół godziny. I teraz zaczyna się najlepsze:
- Proszę pani, skończyłam. Czy w czymś jeszcze mogę pomóc?
- Nie, dziękuję. Już możesz iść dziecko. - Czekam aż babcia sięgnie do portfela. - To co byś chciała?
- No... z pani córką umawiałyśmy się na 10 zł na godzinę... Jeśli już nie ma nic do roboty, to zeszło mi pół godziny, no to wychodzi, że 5 zł...
- Pińć złoty chcesz?
- Tak. Tak wychodzi. Byłam o 13.00, jest 13.30.
- O! A ja myślałam, że ci kanapkę zrobię, ale jak wolisz pińć złoty...
Cholera, chciałabym zobaczyć wtedy swoją minę.
Mam 24 lata i noszę pieluchy. Wiem, że to się może wydawać dziwne. Nie noszę ich codziennie, tylko wtedy, kiedy mam okres. Mój okres jest bardzo obfity, dlatego cokolwiek bym nie używała, zawsze coś przecieknie. Czasem więcej, a czasem mniej. Noszę je tylko w domu, (mieszkam sama) ponieważ tylko w domu - sama nie wiem czemu - leci mi wodospad krwi. Gdy gdzieś wychodzę, to jest nawet okej, ale gdy jestem w domu, to muszę uważać wszędzie, żebym czegoś nie poplamiła. Poza tym pieluchy są bardzo chłonne i jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby coś przeciekło. Plus jest też taki, że są bardzo wygodne.
Taka moja mała tajemnica ;)
Moja mama opowiadała mi kiedyś historię, jak pojechała za młodu ze znajomymi pod namiot. Było ognisko, impreza, wszyscy dobrze się bawili. Alkoholu oczywiście nie zabrakło. Mama też wypiła, a z racji tego, że ma słabą głowę, po 2 piwach strasznie źle się czuła, zwymiotowała i postanowiła się położyć spać do namiotu.
W nocy reszta dziewczyn się bała, że im namiot cały obrzyga. Więc co zrobiły? Wywlokły ją spać na zewnątrz, razem ze śpiworem. Mama nad ranem się budzi, dalej źle się czuje. Otwiera zamek od namiotu, wsadza głowę, wymiotuje ''na dwór'' i idzie dalej spać.
Później się budzi, dziewczyny piorą namiot w rzece. Wszystkie obrażone. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, co się stało. :D
Piszę do was z dość ciężkim tematem. Zostałam okradziona w pracy. Przejdę do szczegółów. Wypłatę dostaję do ręki w kopercie, pracuję tylko z jedną osobą, która ma mnóstwo długów i ogólnie problemy finansowe. Przyszedł dzień wypłaty, szef nam ją przyniósł, otworzyłam kopertę widziałam parę banknotów 200 zł reszta po 100 zł. Nie liczyłam odłożyłam kopertę na stole. W międzyczasie rozmawiałam ze współpracownicą, opowiadała mi, że z pensji zostanie jej 800 zł i będzie mieć ciężki miesiąc. No cóż, mogłam tylko współczuć.
Gdy nadchodził koniec dnia pracy, jak zawsze poszłam do socjalu ogarnąć, kopertę zostawiłam dalej na stole, międzyczasie słyszałam jak koleżanka szybko coś chowa do torebki.
Wróciłam do domu, kopertę wrzuciłam do szafy, po trzech dniach wyciągnęłam, ponieważ jechałam na większe zakupy. To co zobaczyłam aż mi podcięło nogi brakowało mi 1000 zł i to te wypłacone po 200 zł, zostały tylko banknoty 100 zł. Nie ukrywam, załamałam się. Jak to i kiedy mi zginęły? Pierwsza myśl szef źle policzył no, ale to niemożliwe widziałam te banknoty 200 zł. Zadzwoniłam więc do współpracownicy. Pytam się jej czy jej się wszystko zgadza jeśli chodzi o wypłatę. Dodam, że po wypłacie była u nas w pracy jej córka po pieniądze, bo gdzieś jechała i wyciągnęła jej pieniądze z koperty. Jej odpowiedź brzmiała "czekaj właśnie liczę, u mnie wszystko się zgadza co do złotówki!"
Pierwsza moja myśl "no, ale jak to? dopiero otwiera i liczy jak już była i po zakupach, i córce dawała pieniądze". Więc zadałam jej pytanie co ja mam teraz zrobić czy pytać szefa? Jej odpowiedzieć brzmiała, że po trzech dniach, to on mi nie uwierzy, że za mało mi dał. Z jednej strony miała rację, jednak to już minęły trzy dni. Dodałam jeszcze "pamięta Pani, jak mówiłam, że szef jak nigdy zapłacił w banknotach 200 zł?". Odpowiedź brzmiała no tak. W pracy na drugi dzień koleżanka z pracy musiała koledze oddać pieniądze, otworzyła portfel chyba zapomniała, że jestem obok. Zobaczyłam u niej w portfelu banknot 200 zł, spojrzała na mnie zmieszana i szybciutko zamknęła portfel. Był to nasz ostatni dzień w pracy, potem poszłyśmy na urlop.
Biję się z myślami co mam zrobić. Czy zgłosić ten fakt szefowi po tak długim okresie? Dodam, że moja koleżanka na wakacje sobie pojechała z córeczką, co chwilę latała do sklepu. I co ja mam teraz myśleć? Skąd nagle znalazła na to środki i ta sytuacja z tym banknotem w jej portfelu? Unika mnie wzrokiem, rozmowa się nie klei, zachowuje się tak jakby miała coś na sumieniu. Co mam teraz zrobić? Jak porozmawiać o tym z szefem? Nie wyobrażam sobie dalej z nią pracować. Wiem, że z pracy też wynosi, wtedy kiedy ja jestem na magazynie co chwilę słyszę jak coś chowa do torebki....
Dodaj anonimowe wyznanie