#aYA98

Od 6 lat pracuję jako pielęgniarka na oddziale onkologicznym dla dzieci. Bardzo trudna praca, ale tego chyba nie trzeba tłumaczyć. Kilka razy planowałam to wszystko rzucić, spróbować przenieść się na inny oddział lub po prostu znaleźć zupełnie inne zajęcie. Ale w każdym momencie takiego właśnie załamania stawałam na nogi i jakoś dawałam radę. Patrzenie na cierpienie i śmierć całkowicie bezbronnych i niczemu winnych istotek nieraz doprowadzało mnie do płaczu, traciłam wiarę w Boga, zastanawiałam się, dlaczego świat jest tak bardzo niesprawiedliwy i dlaczego takie nieszczęścia spadają na biedne dzieci.
Z upływem czasu pogodziłam się z myślą, że w tym miejscu często umiera jakieś dziecko i nawet jakbym bardzo chciała, niewiele tak naprawdę mogę zrobić.
Ale do rzeczy.

Pewnego razu trafiła do nas dziewczynka z zaawansowanym nowotworem wątroby. Miała dopiero 5 lat, a lekarze dawali jej co najwyżej 3 miesiące życia, mimo tego zdecydowali się przeprowadzić ostatnią operację, która mogła choć troszkę ulżyć dziewczynce w bólu. Amelka (bo tak się nazywała) była cudownym dzieckiem. Mimo swojej ciężkiej choroby i poważnego stanu zawsze się uśmiechała, rozmawiała ze wszystkimi na oddziale... W dniu swojej operacji dobry humor również jej nie opuszczał, w przeciwieństwie do rodziców, którzy byli świadomi ryzyka, jakie niesie za sobą ten zabieg... Amelia przed wjechaniem na blok operacyjny długo żegnała się z rodzicami, całowała, ściskała... Z doświadczenia wiem, że kiedy pożegnania dzieci z bliskimi trwają tak długo, dzieci najczęściej nie wracają. Bo one przeczuwają, że stanie się coś niedobrego. Może to zabrzmi dziwnie, ale ja jestem pewna, że dzieci mają w sobie coś takiego, dzięki czemuś wyczuwają te chwile zagrożenia.

Tak też niestety było w przypadku Amelii... Ostatnie zdania, jakie skierowała do zapłakanej mamy: Nie płacz, mamusiu. Proszę, uśmiechnij się szeroko. Najszerzej, jak potrafisz. O, właśnie tak, dziękuję. Chcę cię zapamiętać taką jak teraz, uśmiechniętą, szczęśliwą, bo zasługujesz na to szczęście... Jesteś cudowną mamusią i kocham cię najmocniej na świecie. A ty, tatusiu, rób wszystko, by ten uśmiech nigdy nie znikał z twarzy mamy. Jesteście wspaniałymi rodzicami. Wasz następny dzidziuś będzie prawdziwym szczęściarzem.

Słowa pięciolatki... Obserwowałam bacznie całą sytuację z pokoju pielęgniarek i przyznam szczerze, że ryczałam jak bóbr.
Po operacji, której mała Amelka nie przeżyła, jej kompletnie załamani rodzice usiedli w poczekalni i zaczęli płakać. Ba, płakać. Kobieta zanosiła się szlochem, krzyczała wniebogłosy. Nic dziwnego, w końcu straciła ukochane dziecko. Bardzo im współczułam. Wtedy ojciec odezwał się do żony: Kochanie, uśmiechnij się najszerzej jak potrafisz, bo właśnie taką chciała cię zapamiętać.

#IFSsM

Historia może nie aż tak anonimowa, ale myślę, że dosyć ciekawa.

Późna noc, ja jak co wieczór siedzę już bez koszulki w samych spodenkach i skarpetach, słuchając muzyki.

W pewnej chwili woła mnie mój młodszy brat, który ma 9 lat, żeby biec pomóc mamie, bo pies wpadł do studni. Nasz kundelek, bardzo nieznośny, ale i tak lubiany. Szybka reakcja, wybiegam na dwór tak jak byłem ubrany, patrzę w dół, pies o ściany jeszcze jakoś się trzyma, pierwsza decyzja - przywiązujemy wiadro i może wejdzie, tak zrobiliśmy. Niestety pies nie chciał wejść, tylko dwoma łapami i głową się trzymał w taki sposób, że nie można było go wyjąć ani puścić wiadra (na łańcuchu).

Patrzę - pies ledwo co już trzyma się na tym wiadrze, nie ma sił, głowa mu opada powoli i ledwo co podnosi, mama włączyła wypompowywanie wody, ale szło to bardzo wolno, ja widzę co się dzieje, mówię - on nie utrzyma się, zaraz utonie. Mama z bratem w bieg po sąsiada, aby pomógł, to zejdziemy drabiną. Chwilę po tym, jak mama i brat pobiegli, zerkam w dół - pies podnosi głowę do góry, widzę jego ślepia odbijające się od światła i nagle zamarłem - wpadł do wody. Mija chwila, oglądam się za siebie, mamy nie ma, a pies nie wypływa. Strach w oczach i szybka reakcja...

Po łańcuchu, ryzykując, że sam wpadnę (nie umiem pływać), schodzę czym prędzej na dół. Woda do kolan, zatrzymuję się, wkładam rękę, grzebię, na szczęście już nie było głęboko. Jest, złapałem go, za jedną łapę, szarpnąłem go góry, byle wyjąć go, aby mógł złapać oddech. Jest - dycha, kaszle, ale żyje. Położyłem go na swoim ciele, złapałem i do góry wchodzę z nim. Jak byłem już na szczycie, akurat sąsiad przybiegł i pomógł mi się wydostać.

Taka mała akcja ratunkowa zwierzaka, ryzykowałem, że sam się utopię, ale nie żałuję. Uratowałem kundla, który denerwuje mnie często rano, gdy wychodzę "elegancko" ubrany, a on skacze brudnymi łapami na spodnie. Ale mimo wszystko go lubię i nie pozwoliłbym mu tak umrzeć. Wiedziałem, że muszę coś zrobić i to zrobiłem.

#ApKEy

Mieszkam niedaleko swojej znienawidzonej nauczycielki.

Kilka dni temu rodzice wyjechali, postanowiłem skorzystać z okazji i zaprosić kilku znajomych. Skończyło się na ostrym chlaniu, na tyle ostrym, że mało co pamiętam. Znalazłem jednak na telefonie nagranie, na którym zachęcany przez równie pijanych znajomych sram na wycieraczkę wspomnianej wcześniej nauczycielki.

Zanim ktoś zapyta: nie wiem jakim cudem nikt nas nie zauważył. Wiem tylko, że już nigdy nie będę pić w tym towarzystwie.

#u6Vgb

Mam niezwykle irytującą sąsiadkę. Znacie ten typ - wredna stara baba, która wkurza każdego z sąsiedztwa. Cały dzień w oknie, chyba że przyszła jakaś koleżanka na herbatkę. Bardzo mnie denerwowało jej zachowanie, gdy wcześniej wracałem ze szkoły. Lekcje miałem codziennie do 15, więc zapamiętała najzwyczajniej w świecie, kiedy wracam do domu.

W pewnym momencie roku szkolnego moja polonistka się rozchorowała i nie miałem z nią lekcji jakieś trzy tygodnie. A jako że w poniedziałki, czwartki i piątki lekcje kończyłem polskim, to do domu wracałem już po 14. Pewnie zapytacie: no ale co w związku z tym? Otóż to, że z nieznanego mi powodu sąsiadka tak mnie nie cierpiała, że całe dwa tygodnie zawsze jak wracałem wcześniej dzwoniła do mojej mamy, że wagaruję. Początkowo moja mama nie wiedziała o chorobie polonistki, więc zgarnąłem opierdziel. Wytłumaczyłem jej wszystko i uwierzyła, ale sąsiadka nie dawała za wygraną i kiedy mama ją ignorowała, dzwoniła ona do szkoły, sekretarka po trzecim telefonie od natręta poprosiła mnie o rozmowę, przez co straciłem 20 minut po lekcjach.

I tu zaczyna się anonimowa cześć wyznania.

Tak mnie wkurzała (nie tylko tym, ale to był gwóźdź do trumny), że postanowiłem się zemścić. Miałem w domu tabletki na przeczyszczenie i już pewnie domyślacie się co zrobiłem. Przeczytałem, że należy użyć dwóch takich tabletek w przypadku osoby dorosłej, więc dla lepszego efektu użyłem trzech. Rozkruszyłem je i gdy sąsiadka wyszła na spacer, udałem się do jej mieszkania (okolica była bardzo spokojna, więc sąsiadka nie wychodząc na dłużej nie zamykała drzwi). Poczekałem kilka minut od wyjścia, aby już na pewno nie wróciła i wszedłem. Dosypałem jej ten proszek do kawy (mielona), która leżała na wierzchu i rozmieszałem. Cała akcja trwała jakieś dwie minuty, więc sąsiadka mnie nie nakryła.

Droga sąsiadeczka wróciła po jakichś 20 minutach i tylko czekałem na efekt. Doczekałem się go po jakiejś 1,5 godziny. Usłyszałem dźwięk wody płynącej w rurach od jej mieszkania (dość głośny system kanalizacyjny) i domyśliłem się, że to mój dodatek. Upewniony w tym zostałem, gdy sąsiadka zaczęła spuszczać wodę co jakieś dwie minuty. Efekt był znacznie mocniejszy niż myślałem (chyba te tabletki mocno na nią działały). I tutaj, żeby zrymować: tak srała, aż kibel zapchała. Zapchała i przy okazji zalała mieszkanie sąsiadowi z dołu. Woda wylała tak mocno, że musiała mu za coś płacić.

Sąsiadka chyba zorientowała się, że był to czyjś sabotaż, bo od tamtego momentu zawsze zamykała drzwi (choćby wychodziła na 5 minut). Dodatkowo na szczęście moje i całej okolicy trochę spokorniała.

Wiem, że to było głupie i tylko ludziom problemów narobiłem, ale młody byłem i nawet zabawnie wyszło :D

#bCWD0

Opowiem Wam moją historię. Długo się zbierałam by napisać, ale ostatecznie jestem już na to gotowa.

9 lat temu wyjechałam z mężem i trzyletnią wówczas córeczką do znajomych. Mieszkają oni w niewielkiej wiosce, otoczonej lasami i jeziorem. Sielanka. Kilka wspaniałych dni na łonie natury z rodziną i przyjaciółmi. Tego dnia Alicja miała problem z uśpieniem dwumiesięcznej Kingi, a nasi mężowie zajęci byli swoimi sprawami, więc zabrałam moją Agusię na spacer. Grałyśmy w berka i naszą grę na słowa.

Aga była w tym najlepsza! Miała tylko trzy latka, ale mówiła pięknie. W pewnym momencie - sama nie wiem kiedy - Agi wyrwała mi się z ręki i zaczęła uciekać. Momentalnie pobiegłam za nią, ale byłyśmy w lesie, a tam gdzie pobiegła drzewa rosły gęściej. Aga nigdy nie uciekała, była grzecznym dzieckiem. Nie potrafię opisać strachu, który wówczas mnie oblał. Biegłam między drzewami, wołałam ją, ale odpowiadała mi cisza. Zgubiłam dziecko. Wpadłam w panikę. Dobiegłam do rzeki i resztę pamiętam jak przez mgłę. Na wodzie unosiła się Wiki - ukochana lalka mojej córki. Wskoczyłam tam, szukałam mojego dziecka, ale jej nie było. Potem jakimś cudem znalazłam się pod opieką Alicji, nasi mężowie szukali małej. Była policja, lekarze, straż, mnóstwo ludzi. Pamiętam jakieś leki. I sen.

Agnieszka się utopiła. Wpadłam w jakiś trans, nie docierało do mnie co się stało. Miałam okropne wyrzuty sumienia, że jej nie dopilnowałam, że nie złapałam, nie uratowałam. Po dwóch latach od tej tragedii urodziłam drugie dziecko. Karolinka nie była planowana. Wiecie co? Byłam najgorszą matką na świecie. Moje małe dziecko mnie potrzebowało, a ja nie byłam na nią gotowa. Kochałam ją i nienawidziłam jednocześnie.

Karola była podobna do Agi, miała nawet bliznę w tym samym miejscu. Ponad pół roku żyłam w ogromnym strachu o to małe dziecko. Bałam się, że i jej stanie się krzywda, że i ją stracę. I widziałam w jej oczach nienawiść, ona ciągle płakała. Miałam jej dość. Czułam, że moja półroczna Kara mnie nienawidzi. Tak jak ja jej, co jest dziwne bo jednocześnie kochałam ją nad życie. Wmawiałam sobie, że nie nadaję się na matkę i nie zasługuję na Karolę, tak jak nie zasługiwałam na Agulinę. Poszłam do psychiatry i psychologa. Miałam depresję i PTSD po śmierci Aguni.

Terapia trwała bardzo długo, ale już po kilku tygodniach były pierwsze efekty. Poczułam ogromną więź z córką. Zabrałam ją na cmentarz do starszej córeczki i tam wypłakałam się przy moich obu dziewczynkach. To dodało mi nowych sił. Dzisiaj Karola ma 7 lat i jest miłością mojego życia. Śliczna i mądra, podobna do swojej starszej siostry. Myślę, że właśnie tak dziś wyglądałaby Aga. Jestem szczęśliwą mamą. Mam jeszcze dwójkę dzieci - 4 letniego Nikosia i roczną Kornelkę. Odblokowałam się i kocham być mamą. Za 7 miesięcy znowu nią zostanę.

#GXnRY

Mój facet, to znaczy były facet, dziwi się, że wolałam się wyprowadzić, niż dalej z nim być. Ale jak być z kimś, kto robi z nas służącą? Oboje pracujemy, on na dwie zmiany 6-14 albo 14-22, ja zawsze 8-16. Mój dzień wyglądał tak, że wstawałam o 6, jak książę był w domu, to robiłam mu śniadanie, jedzenie nam obojgu do pracy, wstawiałam pranie albo zmywarkę, wyprowadzałam psa i szłam do pracy. Jak wracałam, to pranie trzeba było powiesić albo zebrać, bo on nie dał rady, obiad też wykraczał poza jego możliwości, spacer z psem albo zakupy? Oczywiście też za ciężko. Do tego zostawianie syfu po sobie, kubki, talerze, brudne ciuchy.

Przed zamieszkaniem byliśmy razem dwa lata. Wyprowadziłam się po pół roku. Oczywiście wcześniej wiele razy z nim na ten temat rozmawiałam, tłumaczyłam, że skoro mieszkamy razem, to dbamy razem o mieszkanie itd. Na kilka dni przychodziła zmiana, a później znowu powrót do nicnierobienia. Dodam też, że wcale nie miał ciężkiej pracy, a taką siedzącą przy komputerze.

#LlybX

Mieszkam na osiedlu domków jednorodzinnych. Wydawałoby się, że jest spokojnie, jednak chwilami pojawia się ktoś, kto ten spokój zabiera. Jak nie chęcią rozmowy o religii, to super hiper ofertą garnków itp. Tym razem pojawił się ktoś inny. Dorosły facet naciągnął moją babcię na 20 zł, gdyż jak twierdził zabrakło mu paliwa w samochodzie, nie ma telefonu i dokumentów... Ble ble ble. Babcia - smutno to pisać - uwierzyła. Nie robiliśmy jej dużych wyrzutów, zwyczajnie poprosiłam, aby będąc sama w domu nie otwierała nikomu.

Minęły dwa miesiące. Dzwonek do drzwi, otwieram je i słyszę od faceta znajomy tekst o tragedii z brakiem paliwa. Chociaż nie byłam sama w domu, nie chciałam jakiejś większej konfrontacji. Facet przesadnie gestykulował, zawodził, że do domu musi, a jak tam dotrze, to wróci i odda pożyczkę (jasne). Nadeszła chwila mojego koślawego aktorstwa... Niby zdziwiona zadałam pytanie. "Panie, ale co jest grane? Godzinę temu był tu jakiś facet i mówił to samo". Słysząc to gość zgłupiał. Wyprostował się i bez słowa pobiegł do furtki, rozglądając się już po okolicy, jakby szukał swojej konkurencji.

Potem od babci dostałam potwierdzenie, że to ten sam mężczyzna. Więcej się nie pojawił :D
Dodaj anonimowe wyznanie