#sABQF

Mam wspaniałą dziewczynę, która jest idealna. Jesteśmy razem 2 lata. I... mam dość.
To nie jest tak, że chcę jakiejś panienki na boku, mam ochotę chlać do upadłego czy oglądać TV do późna. Po prostu chcę choć chwili spokoju, izolacji od wszystkich, bo czuję się jak osaczony. Mam wrażenie, że mam dziecko, o które trzeba dbać, za które trzeba myśleć i decydować.

Od rana się zaczyna — śniadanie do łóżka, jak śpię dłużej, bo akurat mam wolne w pracy. A jak razem mamy wolne, to mamy iść na spacer. Kiedyś chodziłem sam, aby pomyśleć, odświeżyć umysł. Dziś słucham ciągłego „bla, bla, bla, w pracy Łukasz, ple, ple, ple, a z koleżankami to...”. Oczywiście to sprowadza się do porad, których udzielam, gdy pyta mnie o zdanie. Porad, które praktycznie wypełnia co do joty, ciągle mnie o coś pytając. Budżet rodzinny też jest na mojej głowie, bo dziewczyna, gdyby miała brak jakiegokolwiek limitu, najchętniej nakupowałaby mi prezentów, słodyczy i innych dupereli, wydając moją i jej miesięczną pensję. 

To nie jest tak, że jest kompletną niemotą i nie potrafi nic — gotuje, sprząta, pierze, prasuje, myje, pracuje. Robi mi kanapki do pracy, prezenty itp. Ale to ja odpowiadam za całą organizację, finanse i wszystkie ważne rzeczy. Ja muszę ustalać harmonogram i przypominać jej o spotkaniach, wystąpieniach czy nawet wizytach u lekarza bądź urodzinach jej rodziców. Ona tego wszystkiego nie potrafi. Zapomina, wydaje pieniądze na byle co, buja w obłokach.
Jestem tym przytłoczony, mam wrażenie, jakbym musiał myśleć za dwie osoby.

#3bz9m

Od kilku lat mam problemy z samookaleczaniem.
Moi rodzice uparcie oglądają moje ręce, jakby to miało rozwiązać problem — jedyne zaangażowanie z ich strony to patrzeć, czy nie mam nowych ran, a nie zastanowić się, z czego wynikają, wesprzeć mnie. 
Ostatnio obtrąbili sukces, bo wróciłam do krótkich rękawków.
Szkoda, że nie wzięli pod uwagę tego, że po prostu teraz kaleczę nogi… Nie umiem poprosić o pomoc, a oni wciąż się nie domyślają, że jej potrzebuję.

#Fhsrd

Miałem dziś opisać historię końca mojej przygody z pracą w wielkich zakładach, ale będzie o czymś nieco innym. A mianowicie o ludziach. I nie zrozumcie mnie źle, było tam mnóstwo życzliwych, miłych ludzi. Ale byli też ci drudzy.

Dla przykładu: przychodzi do mnie kobieta, robi na stanowisku zaraz obok mnie. Zaraz przed przerwą przynosi mi coś do zrobienia i bardzo prosi, żeby było zrobione na już. Więc powiedziałem jej, że zrobię to przez przerwę, a przerwę sobie zrobię później. Wróciła, akurat skończyłem, była bardzo zadowolona, więc poszedłem na przerwę. Wracam i co widzę? Stoi mój przełożony z pytaniem, czemu nie ma mnie na stanowisku. Więc tłumaczę mu sytuację, a on twierdzi, że to ciekawe, bo właśnie ta kobieta, która rzekomo prosiła mnie o to, żeby coś było na już, przyszła do niego na skargę, że nie pracuję, tylko się gdzieś chowam. Są kamery, więc sprawa się szybko wyjaśniła, ale „smród” pozostał.

Inna sytuacja: czasem jak nie mam pracy, chodzę pomagać dziewczynom na ich stanowiskach. Nawet nie zliczę, ile dostałem niemoralnych propozycji od starszych kobiet, często mężatek, pewnie koło 60. Sprośne teksty typu: „Zapraszam na kolację, podgrzać ci pieroga? Wypełniałeś kiedyś pieroga śmietaną? Mogę ci dać przeszkolenie, jeśli chcesz”. W gruncie rzeczy każda z dziewczyn ma podobny poziom żartów, a mnie naprawdę ciężko wyprowadzić z równowagi, więc puszczam to między uszami. Ale jakiś czas temu jedna z kobiet (akurat ta z tych młodszych) rzuciła tekstem: „Coś słabo ciągniesz, he, he, he” (oczywiście całe kółko wzajemnej adoracji uruchomiło protokół zarzynanej świni i zaczęło kwiczeć do upadłego). Akurat miałem gorszy dzień, więc odburknąłem: „Zupełnie jak ty w nocy”. No i się zaczęło... Dziewczyna odebrała to jako swego rodzaju zaproszenie. Nie przeszkadzało jej, że mam dziewczynę, prowokowała dwuznaczne sytuacje albo sytuacje sam na sam na tyle, na ile to możliwe w hali produkcyjnej. Były jakieś zaproszenia do toalety/szatni etc.

Genialne są też teksty kobiety, mniej więcej 40-45 lat. Na pierwszy rzut oka miła, ułożona kobieta, potrafi rzucić w gruncie rzeczy do każdego czymś w stylu: „Wyssij mi bączura z dupy”.

Była też kobieta, która donosiła na mnie do majstra, jakobym nie wypełniał swoich obowiązków. Ja wycinałem elementy, ona miała nakleić odpowiednią naklejkę na pudełko. Jakieś 10 sekund roboty. Co prawda nie tylko ode mnie dostawała elementy, ale jednak. Dodatkowo do jej stanowiska miałem ponad 200 metrów. Problemem było to, że mając 15-16 pudełek do zrobienia nie nosiłem jej po jednym, ale robiłem sobie po kilka, żeby nie chodzić praktycznie na pusto. Więc zgłosiła to majstrowi. Przyszedł i okazało się, że ona sama powinna odbierać (nie tylko ode mnie) pudełka.
Nie muszę mówić, z jaką satysfakcją to później wykorzystywałem :D

Cieszę się, że już tam nie pracuję.

#xiohh

Olę poznałem w czasie studiów. Fajna dziewczyna, zaczęliśmy się spotykać. Po roku zamieszkaliśmy razem. Studiowałem przyszłościowy kierunek i już pracowałem, godziłem studia z pracą. Ola, cóż, po prostu studiowała, utrzymywali ją rodzice. Za wynajem, rachunki i zakupy płaciłem w większości ja, ona symbolicznie. Pasowało nam to, snuliśmy powoli plany na przyszłość. Sporo pracowałem, ale zawsze znajdowałem czas dla Oli i na rocznicę szykowałem niespodziankę.

W pewien piątek musiałem zostać w pracy, dopiąć projekt. Ola poszła z koleżanką na domówkę do naszego wspólnego znajomego Tomka, ja miałem dołączyć nieco później. Gdy tam dotarłem, towarzystwo już było mocno rozkręcone, zacząłem szukać Oli. Jej kumpela powiedziała, że jest chyba na górze. Poszedłem i znalazłem ją w jednym z pokoi. Nie była sama, zabawiała się z jakimś kolesiem...

Zszedłem na dół i powiedziałem znajomym, co zastałem na górze. Po chwili przyszła Ola. Jej reakcja? Powiedziała, że owszem, może i mnie zdradziła, ale to moja wina. Za dużo pracuję i jej się czasem nudzi. Odpowiedziałem, że pracuję, by mieć kasę na mieszkanie, rachunki, wyjścia do kina, knajp i wyjazdy. To był koniec dla mnie, wyszedłem z imprezy i wróciłem do mieszkania. 

Nie chciałem zemsty, tylko by znajomi wiedzieli, że rozstanie nie jest z mojej winy, że ja się starałem, a ona to olała. Tamtą noc spędziła u Tomka, płacząc w rękaw kumpeli, jaki to jestem nieczuły i chamski. 

Następnego dnia poprosiłem kolegę, by był przy wyprowadzce Oli. Wolałem mieć świadka, tak na wszelki wypadek. Przyjechała, spakowała swoje rzeczy, znieśliśmy je do taksówki. Przy kumplu dałem jej kasę, bo wiedziałem, że nie ma gdzie mieszkać, tak jak ja była z innego miasta. 
Wieczorem poszedłem z kumplami do baru opić rozstanie. A gdy się już ogarnąłem po tym związku, poznałem swoją obecną narzeczoną i jest OK.

#DcZ2x

Moi współlokatorzy przesiadują w łazience. Np. 40-50 minut o szóstej czy siódmej rano, kiedy wszyscy wstajemy do pracy/na studia. Liczne rozmowy nie dały skutku.
Od tej pory jak długo siedzą w łazience, a mi bardzo chce się siku, sikam im do kubków (każdy ma swoje). Kubki potem myję, ale i tak satysfakcję mam ogromną.

#XZySz

Kiedy miałam 18 lat, miałam szczurzycę Kropkę. Była absolutnie wspaniała, reagowała na swoje imię, budziła mnie rano, żeby dać jej jeść. Ale jak to ze szczurami bywa, żyją krótko. Kropka, skończywszy 3 lata, nabawiła się guza. To częsta przypadłość tych gryzoni. Ponad 20 lat temu nikt o operowaniu szczurów nie myślał, wydaje mi się też, że mało kto prowadził je do weterynarza. Ja chciałam jej ulżyć w cierpieniu i poddać eutanazji. Lekarz owszem, podał jej zastrzyk, taki, który zadziałał gwałtownie i myślę, że sprawił jej ból. Gwałtownie łapała oddech, aż serce się zatrzymało. Ja płakałam, lekarz patrzył z politowaniem i ironicznym uśmiechem. Dzisiaj wiem, że powinno się to odbywać inaczej, a ta eutanazja odbyła się wbrew sztuce lekarskiej. Po tylu latach ciągle boli mnie, że nie potrafiłam zapobiec jej cierpieniu. Przychodnia jest nadal. Przyjmuje tam jeden lekarz, nie wiem, czy to ten, bo wtedy było ich trzech. Czasem mi się tamta sytuacja przypomina i jest mi smutno i czuję złość, że lekarz nie podszedł ani do mnie, ani do zwierzęcia poważnie.

#tzio3

Jestem strażakiem ochotnikiem w niedużej wsi. Pewnego dnia dostaliśmy wezwanie – zderzenie dwóch ciężarówek, brak osób poszkodowanych. Dojeżdżamy na miejsce wypadku – jedna ciężarówka przewoziła piwo owocowe, zapewne wiecie, o jakim mowa. Zdziwiło mnie trochę, że nie ma żadnych gapiów, zatrzymała się tylko jedna osoba, ratownik. Po zadbaniu o bezpieczeństwo innych uczestników ruchu czekaliśmy na holowniki. W tym momencie porozmawialiśmy z tym panem, który zatrzymał się sam z siebie. Opowiedział nam, jak wiele samochodów zatrzymało się przed przybyciem służb. Ludzie wybiegali, nie pytali, czy pomóc lub czy komuś coś się stało, tylko brali piwa, ile kto mógł, a potem do samochodu i szybko odjeżdżali dalej. Nawet do nas, strażaków, z jednego samochodu, który przejeżdżał obok, padło pytanie, czy można wziąć skrzynkę lub dwie piwa.

Tamtego dnia moja wiara w ludzi znowu zaczęła spadać.

Ot, taka historia o naszej pięknej Cebulandii :)

#AY7IH

Zmarła matka mojej ciotki, niby daleka rodzina, ale nadal rodzina. W dzień pogrzebu przetrzymali mnie dłużej w pracy, więc pędziłam, żeby się nie spóźnić. Chciałam jak najszybciej wejść do kościoła, przeskoczyłam więc kilka schodów. Oczywiście potknęłam się na którymś i wyłożyłam plackiem przed głównymi drzwiami, waląc w nie jeszcze głową. Musiało mnie na chwilę zamroczyć, bo kiedy się ocknęłam, stali nade mną jacyś panowie i pytali, czy wszystko w porządku. Czerwona jak burak podziękowałam za pomoc i weszłam do środka, żeby schować się między ludźmi.

Niby typowa gleba, nic szczególnego, gdyby nie fakt, że następnego dnia w pracy wszyscy plotkowali o tajemniczej grzesznicy, która w ramach pokuty musiała leżeć krzyżem pod kościołem :D
Dodaj anonimowe wyznanie