Jestem naprawdę szczupła i masa osób pyta mnie o sekret mojej figury. Z uśmiechem odpowiadam, że ćwiczenia. Ale to tylko pół prawdy.
Nie potrafię oszczędzać pieniędzy. Każdą złotówkę wydam na jakieś nie do końca potrzebne rzeczy. Jedyne, czego potrafię sobie odmówić, to jedzenie. Więc żyję tydzień na paczce makaronu i serku topionym, by móc kupić kolejną bluzkę czy książkę.
Mam ojca. „Pijak” to chyba najbardziej trafne jego określenie. Nie ma dnia, żeby nie wychlał sobie piwka, dwóch czy czterech. Ogólnie jest nerwowym człowiekiem, ale czasem da się z nim żyć (pije tylko wieczorami). Mama też swoje dokłada, więc żyje im się razem nie za dobrze. Jako że ojciec z czasem narobił mi wstrętu do swojej osoby i alkoholu (aczkolwiek nie idę ze skrajności w skrajność i czasem sama dzióbnę pół puszki piwa), postanowiłam, że nigdy nie zwiążę się z mężczyzną, który będzie mi o nim przypominał.
Teraz mam chłopaka. Lubi alkohol. W sumie nie jestem pewna, czy można nazwać go alkoholikiem, bo raczej nie przesadza z tym piciem, ale zazwyczaj lubi sobie wypić do kolacji itd. Pod względem charakteru to zupełnie dwie różne osoby i tu nie ma co porównywać. Rozmawialiśmy już na wiele sposobów o tym, że wychowałam się w domu, w którym codziennie wieczorem patrzyłam na zalanego, leżącego na kanapie ojca i ciężko mi zaakceptować taką częstość spożywania alkoholu, jaką spożywa mój chłopak. Niby miał zacząć pić mniej, ale mam wrażenie, że to mu nie wychodzi. Niby nie jest agresywny, ale boję się (jakoś siedzi mi to w psychice) rozmawiać z nim, kiedy jest pod wpływem alkoholu. Bardzo go kocham, chciałabym, aby się udało, ale boję się, że nie dam rady sobie poradzić z tą kwestią, bo na pewno nie stłamszę w sobie tej niechęci do alkoholu.
Witam, jestem matką dwójki dzieci. Jakiś czas po ślubie, wracając z zakupów na osiedlu pod blokiem trafiłam na taksówkarza w zaparkowanym samochodzie bawiacego się swoim.... "małym samochodzikiem".
Po odchowaniu dzieci na tyle by mieć więcej czasu dla siebie, zaczęłam chodzić na saune, podglądając "samochodziki". Mój mąż do tej pory nie wie dlaczego tak chętnie chodzę się pocić wiedząc, że nie lubie lata i upałów.
Mimo że mój tata zabiera mnie na bardzo drogie wycieczki, nie czuje się szczęśliwa. Mimo że zabiera mnie w moje wszystkie wymarzone miejsca, gdy cokolwiek pójdzie nie tak, nawet z niczyjej winy, on zawsze znajdzie sposób by zwalić winę na mnie. Gdy wyjdzie jakieś nieporozumienie, zawsze jakoś obarczy mnie wina tylko po to by się wyżyć. I nigdy nie przeprosi. Tylko zabierze na kolejną wycieczkę, i kółko się zatacza.
Kocham go, ale chcę przestać czuć się wkoncu winna za wszystko.
Jestem managerem w niewielkiej znanej restauracji. Jestem dość lubiany i szanowany, ale tylko „zawodowo”. W życiu prywatnym nie mam znajomych (nie licząc rodziny). Jestem takim przegrywem, że w internecie podaję się za dziewczynę, żeby chociaż ktokolwiek chciał ze mną pisać.
Noc, pobocze drogi, wypadek, zmasakrowane ciała. Na moich rękach zmarła mała dziewczynka. Robiłem wszystko, żeby ją uratować, ale nie dałem rady. Poległem. Po wszystkim wróciłem do domu. Nikomu nic nie powiedziałem, nie podzieliłem się tym ani z rodziną, ani ze znajomymi. Wróciłem do domu i jakby nigdy nic umyłem się i poszedłem spać. Jedyna rzecz, z jaką się źle czułem to to, że nie zrobiło to na mnie wrażenia i nie miałem w sobie żadnych większych emocji. Nie śniło mi się to po nocach, nie siedziało mi to w głowie. Myślałem, że jestem po prostu niezwykle silnym psychicznie skurwielem, ale nie.
Minęło prawie 10 lat i ten obraz wrócił z wielką siłą. Dziś od rana leżę w łóżku, a po głowie chodzą mi wszystkie te sceny sprzed lat. Leżę i płaczę. Nie mogę się pozbierać. Nie jestem w stanie poradzić sobie z tym, co widziałem. Widziałem w życiu wiele złego. Zbyt wiele. Znajomi mają mnie za pozytywnego śmieszka, zawsze uśmiechniętego, duszę towarzystwa, z idealnym życiem jak z serialu. Nigdy nie marudzę, nigdy nie mówię złych rzeczy, nigdy nie doświadczyli ode mnie żadnych złych emocji i teraz nie chcę i nie potrafię nikomu opowiedzieć o tych moich słabościach. Jesteście pierwsi.
Od kilku lat bezskutecznie leczyłam się na nerwicę. Zaczęło się zwykłą nerwowością, którą zganiałam na stres i różne sprawy... Praca, związek itp. Później zaczęło się robić naprawdę dziwnie. Dostawałam napadów lękowych, zaczęłam bać się rzeczy, których dotychczas się nie bałam, wciąż byłam zdenerwowana i przerażona. Przestałam sobie radzić z codziennością życia, nie wytrzymał chłopak i zostawił mnie, a ja byłam na skraju załamania. Poszłam do psychologa, potem nawet do psychiatry. Leczyłam się na nerwicę bardzo długo. Coraz to silniejsze leki, a ja coraz bardziej znerwicowana. Często miałam bóle, głównie bolały mnie nogi. Stan też nasilał przy okresie, więc lekarz „uspokajał mnie”, że to tylko zespół napięcia przedmiesiączkowego. Wiele kobiet to ma i po prostu nasilają mi się codzienne objawy. Jednak ze mną robiło się coraz gorzej. Zaczęłam mieć obawy o życie, wydawało mi się, że coś mi jest, w każdej chorobie widziałam u siebie objawy, po prostu mi odbijało. Dodatkowo zaczęły się myśli samobójcze, o których bałam się powiedzieć lekarzowi, bo bałam się zamknięcia w psychiatryku. Pewnego dnia ból nóg tak się nasilił, że pojechaliśmy na pogotowie. Zazwyczaj w takich przypadkach dawano mi dodatkowe leki na uspokojenie. Tym razem trafiłam na innego lekarza, który zrobił mi badania. Okazało się, że mam bardzo zaniżone niektóre elektrolity, grubo poniżej normy.
Ludzie, co się stało po tej kroplówce!! Nigdy w życiu tak dobrze się nie czułam!! Byłam spokojna, przeszły bóle, przeszły nerwy... Tak się trzymałam całe dwa dni, raj, mówię wam, raj! Potem powoli wracało to, co wcześniej. Powiedziałam o tym lekarzowi na następnej wizycie i ten na szczęście tego nie zbagatelizował, lecz polecił mi znowu się zbadać. Znowu zaniżone...
Obecnie po przyjmowaniu dodatkowych elektrolitów czuję się świetnie. Żadnych nerwów, poza zwykłą codziennością, żadnych napadów lękowych, zimnych potów, bólu, budzenia się w nocy ze strachem. Nic.
Na razie szukam jeszcze przyczyny spadku tychże substancji, ale jestem dobrej myśli! Nie wiem, jaki morał z tego napisać... Może po prostu, jeśli leczycie się na coś i nic nie pomaga, spróbujcie szukać przyczyny gdzieś indziej.
Często przed spaniem czytam anonimowe. Nie tylko dlatego, że ogólnie lubię tę stronę. Lubię trafiać na wyznania, w których ludzie mówią o swoich udanych, szczęśliwych związkach z ludźmi, którzy ich kochają. Idę wtedy spać mając nadzieję, że może i mi kiedyś się to uda.
Mój narzeczony okazał się strasznym maminsynkiem. Myślałam, że po prostu zawsze potrzebuje się z każdym problemem przespać, żeby podjąć decyzję, a okazało się, że on po prostu musi zadzwonić do mamy i spytać o jej zdanie. Jeśli jej się coś nie spodoba, to on odmawia. Nieważne, czy chodzi o dom, samochód, kolor zasłon, czy decydowanie się na dzieci...
W pewnym momencie miałam już dość, więc powiedziałam jasno: „Albo skończysz tę relację z matką, albo skończysz ze mną”.
Nie wiedział, co ma zrobić, więc zadzwonił poradzić się matki...
To wystarczyło za odpowiedź.
Jechałam dziś autobusem na jazdy przed egzaminem. Lekki stres, niby wszystko OK, na następnym przystanku wysiadam, ale trochę bolał mnie brzuch. Postanowiłam sobie ulżyć. Myślałam, że to będzie zwykły, dyskretny cichacz...
Owszem, nikt nie słyszał, nikt nie poczuł. Szkoda tylko, że przy okazji się zesrałam. Nie można tego inaczej ująć.
Cóż było robić? Poszłam do toalety na stację, majtki wrzuciłam, spodnie założyłam i poszłam na jazdę.
Dziękuję za uwagę.
Dodaj anonimowe wyznanie