#ozwWQ

Mam 17 lat, jestem dziewczyną i mam jedną cechę wyglądu zewnętrznego godną pana Zenka spod sklepu zwanego potocznie "Biedą". Mianowicie posiadam braki w uzębieniu, na szczęście nie jest to widoczne zbyt mocno, gdy się uśmiecham.
Brakuje mi lewej dolnej czwórki i piątki oraz prawej dolnej piątki.
Jak to się stało?
Zapewne spodziewacie się czegoś w stylu wypadku. Niestety największym wypadkiem w tym momencie jest po prostu moje ciało, które zwyczajnie tych zębów nie stworzyło. Mleczne wypadły, stałych ni ma, a jak zrobili mi rentgena (bali się, że mi rosną wewnątrz), to się okazało, że tak w ogóle ich brak.
Taki ze mnie dziwny przypadek ;)

PS Fajnie się pije przez słomkę.
PPS Nie, to nie znaczy, że mogę trzymać ołówek w ustach mimo zamkniętej szczęki.

#xOIG5

Mieszkam w dużym mieście, a urodziłem się na wsi. Ogólnie życie jest w takim mieście raczej nudne, dużo czasu spędzam za biurkiem, potem staram się wyjść na dwór do parku czy na spacer, ale ciągnie mnie na wieś do fizycznej pracy.
Miałem odłożone trochę gotówki z zamiarem budowania domu w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Z nudów, gdy wracałem na trzy dni do rodziców na wieś, postanowiłem zacząć coś robić.
Drewno do rąbania szybko się skończyło.
Ogródka kopać wiecznie nie można.
Ileż można spacerować...
Więc kupiłem wibrator... Taki meega duży i mocny. Wibrator do betonu oczywiście.
Kupiłem formę, cement, piach, kilka palet i zacząłem produkcję swoich własnych pustaków.
Oczywiście wszystkie informacje jak to zrobić uzyskałem od ludzi wokół mnie, dla których takie zajęcie nie było niczym nadzwyczajnym.

Mam już trzy tysiące pustaków. Koszt ich zrobienia łącznie z prądem do betoniarki (akurat betoniarka była, więc nie musiałem jej kupować), formami, wibratorem itp. wynosił mnie 1/6 tego, ile bym zapłacił za nie w składzie.

Wiem, że pustaki to wcale nie najdroższe, co mnie czeka przy budowie domu, ale... planuję też samodzielnie wykonać więźbę. A z tyłu głowy mam pomysł na dachówki.

Da się. Tylko trzeba trochę się nudzić, by na to wpaść i mieć czas, który w naszym społeczeństwie jest teraz najcenniejszym surowcem nie wtórnym.

#mcqwD

Historia zdarzyła się w wakacje...

Z paczką znajomych jedziemy sobie w góry plus parę osób (dziewczyna tego, chłopak tamtej, spokojnie i bez spiny, im nas więcej, tym weselej), więc wyszło, że wynajmujemy busa, będzie śmiesznie.
Jedziemy... jak to wycieczka kilkunastu osób, coś do picia na długą drogę. Problem się zaczął, kiedy w połowie trasy stwierdzamy, że piciu się kończy, a do celu jeszcze z 500 kilometrów, istniało duże ryzyko, że uda nam się wytrzeźwieć. Uratował nas kierowca, który musiał zatankować. Wszyscy biegną na stację, bo elektrolity trzeba uzupełnić.

Przy kasie chyba najbardziej zasadnicza sprzedawczyni w tym pierdzielonym kraju.
"Nietrzeźwym alkoholu nie sprzedajemy" - padło do 20 naprutych studentów. Wszyscy załamani, kolega prawie płacze... Podchodzę do kasy. Patrzę na kobietę i mówię:
- Nazywam się Jan Kowalski i poproszę pół litra.
- Ale czemu pan się przedstawia?
- Bo nie jestem Anonimowym Alkoholikiem.

Nawet się uśmiechnęła... I dała przebłagać... po zawołaniu kierownika, który powiedział, że nasz przyjazd to prawie równowartość dziennego utargu :D

#G4Gvo

Kiedyś pracowałam na kasie w supermarkecie. Pamiętam, jak raz skończyły mi się jednogroszówki. Akurat przyszła do mnie starsza pani. Miałam jej wydać resztę z końcówką trzy grosze. Mówię tej pani, że nie mam tych trzech groszy i grzecznie zapytałam, czy mogę być dłużna, czy mam dzwonić po rozmiankę i mi przyniosą, ale trzeba będzie chwilkę poczekać. Pani się uśmiechnęła i powiedziała, że oddam przy okazji.

Pięć minut później dostałam telefon z punktu obsługi klienta, że ta starsza pani przyszła i powiedziała, że ją okradłam, bo nie wydałam tyle ile trzeba. Nie podała kwoty, na jaką ją okradłam, więc przyszła kierowniczka, by przeliczyć mi kasę i porównać ją z systemem. Różnica była na te trzy grosze, które zostały starszej pani zwrócone.

Kierowniczka później powiedziała mi, żebym się nie przejmowała, bo w tej pracy takie absurdalne sytuacje są na porządku dziennym. I miała rację...

#0KdpJ

Opowiem wam historię związaną z pewnym festiwalem muzycznym. Jest nim Woodstock.

Otóż zawsze myślałem, że jest to wydarzenie typu - pojedź, najeb się, prześpij się, najeb się, wykąp się w błotku, najeb się. Jeśli w wiadomościach była o tym jakaś informacja, to na 90% była to informacja negatywna. Coraz głębiej w to wierzyłem i miałem przekonanie, że ludzie jadący na "Brudstock" to w większości głupie i płytkie osoby. Samo wydarzenie uznawałem za zbiór alkoholików i ćpunów w jednym miejscu.
Kilka lat temu zdecydowałem się na to pojechać. Ulubione zespoły takie jak BMTH czy Grubson za całkowitą darmochę nie mogły się odbyć bez mojej obecności.
Wiadomo - przygotowania, obczajanie co warto wziąć, a czego nie. I jest - jestem w Kostrzynie. Samo wejście na ten festiwal dało mi ogromne ilości ciarek. Tysiące uśmiechniętych ludzi. Szukamy miejsca dla naszego namiotu, co było nawet ciężkie w przeddzień owego wydarzenia. Pytamy ludzi, którzy ogrodzili teren, ale mieli w nim pusty kawałek, który był idealny dla naszego namiotu - bez zastanowienia się zgodzili. Nie zaczęliśmy jeszcze rozkładać namiotu, a za nami "Jezuski" (załoga z księżmi), którzy krzyczą - DARMOWY OBIAD! Podszedłem, pytam - serio? Nie zdążyłem się obejrzeć, a już miałem talerz z ciepłymi ziemniakami i kiełbasą wraz z uśmiechem jednego z Jezusków.

Przez następne 3 dni bawiłem się wyśmienicie - zajebiste koncerty, pełno zajebistych ludzi, przypałowych sytuacji, milion śmiechu. Mógłbym o tym pisać godzinami, ale nie o tym jest to wyznanie. Otóż ostatniego dnia, na ostatnim koncercie nic nie mogło mi zjebać poprzednich dni. Spotkaliśmy nawet znajomych z naszej miejscowości, co jeszcze bardziej nas ucieszyło. Nagle mój mózg pomyślał "Dawać mnie do góry!" i chwilę później byłem na rękach ludzi.
Trochę sobie polatałem, wylądowałem i pierwsze alarmowe sprawdzenie kieszeni - brak telefonu.
Troszkę gorąco się zrobiło, ale nic, zacząłem szukać. Pytam wszystkich ludzi dookoła, czy nie widzieli - nic. Po całym festiwalu miałem uczucie, że to były najlepsze 3 dni mojego życia, jednak cały czas w głowie miałem ten telefon.

Napisałem do Biura Rzeczy Znalezionych, czy może nie mają - nawet mi nie odpisali. W sumie i tak już wiedziałem, że w tym błocie, w takim tłumie nie ma raczej nadziei na odnalezienie go, a jeśli już, to jest już pewnie w częściach.
Jednak po dwóch tygodniach mówią mi, że JEST! Podaję nr IMEI i tak - to ten!
Podałem adres i pytam - ile za przesyłkę? Nic!
Przyszedł, otwieram pudełko, a tam ZERO uszkodzeń - jak nowy.

Po tym jeszcze bardziej pokochałem to świetne wydarzenie. Jeśli wahacie się - polecam z całego serca. Jest to najlepszy sposób na odreagowanie od codziennych problemów! Jurek, dzięki!

#VDny9

Ostatnimi czasy z poczucia samotności wystawiłam ogłoszenie towarzyskie na portalu internetowym.
Było dużo propozycji, co mnie trochę zadziwiło, większość była od jakiś napaleńców gotowych płacić za spotkania z seksem lub bez na spełnienie ich fetyszów, osób szukających kogoś na zdradę, starszych facetów na spotkania sponsorowane, tak że większość z seksem, ale jedna wiadomość przykuła moją uwagę i sprawiła, że nie wiem co mam zrobić.

Była od mężczyzny niewiadomego wiekiem, pytał się, czy z nim zamieszkam, chciałby żebym była wieczorami i nocami w domu (napisałam w ogłoszeniu, że jestem raczej spokojną osobą i nie chadzam po klubach - to jest fakt) i spała w osobnym pokoju, ponieważ się boi czasami być sam w domu, nie oczekuje seksu, tylko mojej obecności w domu i proponuje mi kilka tysięcy miesięcznie + właśnie mieszkanie z nim. Powód? Jakiś czas temu miał wypadek, czuje się samotny, nie chce ode mnie opieki, gotowania i sprzątania, bo już posiada takie usługi. Nie posiada zbytnio jakieś rodziny, żony czy dzieci, podobno ma jakiś majątek i chce móc komuś zapewnić dobre życie/edukację (zaznaczam, że jestem studentką) oraz nie chce, żeby ten majątek przeszedł na kogoś, kogo zwyczajnie nie zna (jakaś dalsza rodzina).

Czytając tę wiadomość normalnie osłupiałam i zaczęło mnie kłuć w piersi. Naprawdę chciałabym go poznać. Tu już nie chodzi o pieniądze, tylko o chęć pomocy. Oczywiście nie mam pewności, że jest to prawdziwe.

Z jednej strony czułabym się trochę jak jakaś pazera z samym faktem mieszkania u niego za darmo (póki co pewnie nie stać by mnie było, żeby płacić), a naprawdę chcę coś zrobić w tej sprawie.

Myślałam, że takie historie zdarzają się tylko w filmach...

#Le72n

To było jakoś pod koniec 4 klasy technikum.
Miałem wtedy problem z lunatykowaniem. Nie było to nic strasznego, po prostu nieświadomie chodziłem po domu, do kuchni się napić, do łazienki umyć zęby w środku nocy itp. Zamykałem pokój na klucz w nocy i nic złego się nie działo.

Mieliśmy wtedy klasową wycieczkę na pole namiotowe. Pamiętam, że wtedy byłem bardzo zakochany w pewnej dziewczynie z mojej klasy, nazwijmy ją Patrycja. Niestety bez odwzajemnienia, mogłem sobie tylko pomarzyć.

Ze względu na to, że namioty były małe, każdy spał pojedynczo. Ja już prawie zapomniałem o moim lunatykowaniu, bo nie działo się to każdej nocy, więc nawet nie zamykałem namiotu i poszedłem smacznie spać.

Jak się pewnie domyślacie, to nie mogło się to skończyć normalnie. No właśnie...

Obudziłem się w środku nocy, a gdzie? W namiocie Patrycji... Szybko i cicho pobiegłem z powrotem do mojego namiotu.

Aż boję się pomyśleć co by się stało, gdybym się nie obudził.

#M9xAj

Zawsze, kiedy szłam do miejscowego kościółka, przechodziłam koło pewnego bloku. Na parterze mieszkała pewna babcia. Wiecie, taka +75 i w dodatku osiedlowy monitoring. Wychylała się z okna, więc ja idąc na mszę nie wiedzieć czemu powiedziałam jej "Dzień dobry", uśmiechnęłam się i poszłam dalej. Potem zastanawiałam się, po co to zrobiłam.
Później sytuacja się powtarzała. Ja idę, witam się i uśmiecham, a babcia odpowiada i też się uśmiecha. Raz mnie zatrzymała i spytała, dokąd ja tak chodzę. Gdy powiedziałam, że do kościoła, zamyśliła się na chwilę i potem spytała o powód moich uśmiechów i przywitań w jej kierunku. Nie wiedziałam co powiedzieć, więc stwierdziłam, że robię to z grzeczności.
Okazało się, że dla tej pani to było coś więcej niż dla mnie. Dla niej to była radość na cały tydzień. Zrobiło mi się cieplej na sercu.

Ot, zwykła historia o tym, że warto być miłym.

#LOBFD

Moja dziewczyna, z którą od jakiegoś czasu już mieszkałem, dostała ode mnie na urodziny złotą bransoletkę. Miała ona strasznie wkurzające zapięcie, z którym moja ukochana nie umiała sobie jedną ręką poradzić. Tu z pomocą przychodziłem ja. Chociaż sam ze swoimi dużymi dłońmi miałem z nim problem, to zawsze jakoś mi się udawało. Stało to się naszym takim małym zwyczajem porannym. Ona zawsze się po tym pięknie uśmiechała w podzięce, a mnie było cieplej na sercu, bo w końcu to był prezent ode mnie.

Pewnego dnia bardzo spieszyliśmy się oboje na pociąg. Już w przedpokoju, gdy zapinałem płaszcz, dobiega do mnie pytanie, czy jak zwykle jej pomogę z biżuterią. Ja odpowiadam, że zrobimy to później w pociągu, bo czas nagli (a z doświadczenia wiem, ze zawsze, gdy się spieszyłem, na złość nie wychodziło). To był w sumie pierwszy taki raz, że jej nie założyła. Niedługo potem, gdy przechodziliśmy przez pasy, moją dziewczynę potrąciło auto (idiota wyprzedzał na pasach). Złamała nadgarstek przy upadku, ale oprócz tego i paru siniaków, nic się nie stało. Ale nigdy tego nie zapomnę.
Gdy siedziałem w szpitalu, przyszła mi do głowy ta bransoletka. Wiem, głupie, ale jakoś nie mogłem sobie tego wybić z głowy. Moja dziewczyna nigdy tych wydarzeń nie połączyła.

Poranny rytuał oczywiście nadal kontynuowaliśmy. Czasami bardzo się dziwiła, gdy mimo spóźnienia (mojego czy jej, bez znaczenia) wymuszałem, żeby założyła tę bransoletkę. Nazywała mnie wtedy niepoprawnym romantykiem, ale towarzyszyło temu zawsze jej ciepłe spojrzenie.
Nie czyta anonimowych, więc się nie dowie. Ale kiedyś jej powiem, może na jakąś naszą dużą rocznicę, mam nadzieję :)

#UXbhY

Parę lat temu, gdy staraliśmy się z żoną o dziecko, spotkała nas tragedia, nasza córeczka nie przeżyła porodu. Było nam bardzo ciężko, oddaliliśmy się od siebie.

Pracuję jako grafik w pewnej firmie, pewien czas po porodzie szef wezwał mnie na dywanik, szczerze wam powiem, że żadnego projektu nie byłem w stanie zrobić. Myślałem, że zaraz stracę pracę, byłem bardzo zestresowany i miałem depresję. Szef zawsze był zdystansowany i dosyć surowy, byłem pewien, że to jak pracowałem, a właściwie jak nie pracowałem, zaraz sprawi, że zostanę bez źródła dochodu.
Szef kazał mi siadać, powiedział, że słyszał o tym, co mnie spotkało. Człowiek, który potrafił zrównać z błotem pracownika wstał, objął mnie i powiedział, że widzi, że sobie z tym nie radzę. Pod warunkiem, że nie zdradzę tego innym pracownikom, dostałem bardzo pokaźną premię i parę dni wolnego, musiałem też obiecać, że w tym czasie spędzę czas z żoną. Tak też zrobiłem, razem było o wiele łatwiej znieść nam to, co nas spotkało.
Spędziliśmy z szefem wigilię, okazało się, że prywatnie to pełen humoru człowiek, otwarty na innych, jednak w pracy dystansował się od pracowników. Nawiasem mówiąc do tej pory myślę i mówię o nim per szef.

Za dodatkowe pieniądze zabierałem żonę na randki, uporaliśmy się z tym, co nas spotkało, gdy potrzebowałem wyjść wcześniej z pracy, szef dokańczał za mnie projekt (też jest grafikiem z zawodu), wprost mówił, żebym - cytuję - zapierdalał do żony, bo mnie potrzebuje.
Teraz jesteśmy szczęśliwi, dziś chciałem dać szefowi butelkę whisky w ramach wdzięczności za wsparcie (nie pracuje w święta, wybraliśmy się do niego), nie chciał przyjąć mimo naszych usilnych próśb. Jedyne co powiedział, to że pracodawca też człowiek i nie ma tematu.
Życzę wam, by wasi szefowie okazywali wam serce, jak i mi okazano w trudnym dla mnie czasie, bo wiem, że miało to wpływ na moje małżeństwo i psychikę.

PS Wkrótce mamy z żoną termin porodu, Adrianek przybędzie na świat, trzymajcie za nas kciuki :)
Dodaj anonimowe wyznanie