Nie mam nikogo, komu mogłabym to powiedzieć. Czuję, że to mnie przytłacza i nie jestem w stanie nic zrobić bez myśli o tym.
Mam 17 lat, pewnego wieczoru tak jak wiele razy wcześniej wracałam do domu. Nie bałam się, ponieważ tysiące razy przechodziłam tę ciemną uliczkę obok mojego domu. Nie wiem jak i w którym momencie to się stało, ale znalazłam się w bramie. Całe wydarzenie pamiętam jak przez mgłę, przez pewien czas zastanawiałam się nawet, czy sobie tego nie zmyśliłam, ale nie wydaje mi się. Znalazłam się w bramie z obcym typem, który zaczął mnie dotykać i rozbierać mnie i siebie. Przez całe wydarzenie prosiłam, by przestał, ale nie posłuchał, myślę, że nie muszę wam tu mówić co się stało tamtego wieczoru... Pod koniec powiedział mi, że byłam dzielna i poszedł. Zostałam w tej bramie nie mogąc się ruszyć przez kolejne kilka minut, potem ubrałam się i wróciłam do domu jakby nigdy nic.
Wiem, że powinnam iść z tym na policję, ale boję się, że mi nie uwierzą. Nie wiem jak wyglądał ten mężczyzna, dosłownie nic nie wiem, nic!
Moja mama jest lekarzem, bardzo wysoko cenionym, mój tata informatykiem, moi dziadkowie byli adwokatami, moja siostra studiuje informatykę, mój brat jest adwokatem. Słowem, rodzina bardzo mądrych ludzi. Pomijając mnie, z czterema zagrożeniami, m.in. z matematyki, biologii...
Zastanawiam się, czy jestem adoptowana, czy może tylko mama urodziła jedno głupie dziecko.
Kiedy miałam 17 lat, razem ze znajomymi bardzo się upiliśmy. Piechotą przeszliśmy kilka kilometrów i pojechaliśmy gdzieś autobusem. Moi znajomi mieli po 15 -16 lat. Zgubiliśmy się i z oddali zobaczyliśmy radiowóz. Podeszliśmy i zapukaliśmy w szybę. Policjanci wysiedli i zapytali, o co chodzi. Bełkotliwym głosem powiedziałam, że się zgubiliśmy i nie wiem gdzie jesteśmy, a oni tylko pokazali palcem gdzieś w dal i powiedzieli "Tam macie przystanek".
Do tej pory zastanawiam się, czemu nas nie zgarnęli, nie wzięli do radiowozu totalnie nawalonych dzieci po 15-17 lat. Dziwne.
Mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu...
Kilka lat temu przed Wigilią mój wtedy roczny brat zaczął się odwadniać. Wymioty, biegunka... Po kilku godzinach padła decyzja, że trzeba jechać na ostry dyżur. Kroplówki, serie badań, nie wiadomo co dziecku jest. I tak do wigilii.
W samą Wigilię pojechaliśmy po południu z tatą do szpitala, do młodego i mamy. Wzięłam skrzypce, żeby pograć kolędy. Gdy zaczęłam grać, zleciały się pod drzwi sali dzieci z całego oddziału z opiekunami, żeby posłuchać. Przyszły też dwie pielęgniarki. W pewnym momencie zauważyłam, że jedna z nich nagle wybiega, zasłaniając twarz. Gdy skończyłam, druga podeszła mówiąc, że nigdy nikt nie dał dzieciom na oddziale tyle uśmiechu w Wigilię. Miała łzy w oczach.
Piszę, ponieważ co roku przypominam sobie tamto popołudnie. Myślę o wszystkich, którzy poświęcają czas z rodziną dla tych, którzy potrzebują pomocy i jestem im wdzięczna. Za brata i za tamten moment, w którym mogłam dać prezent. Moim zdaniem mały, ale niestety więcej nie mogłam.
Jestem Ukrainką, przyjechałam do Polski parę lat temu i powiem szczerze, że Polska bardzo mi pomogła. Spotkałam wielu dobrych ludzi, dużo widziałam i obiektywnie porównałam w różnych sytuacjach życiowych. Bardzo mi przykro jak pomyślę, że na Ukrainie ludzie aby przetrwać muszą być negatywnymi, kraść i oszukiwać, bo nie ma innego wyjścia z powodu korupcji i złego nastawienia władz do obywateli w ogóle. Zrezygnowałam z wiary w Ukrainę. A w Polsce czuję się po prostu spokojnie i bezpiecznie. Dużo się też nauczyłam kulturowo i chętnie się dowiem więcej i chciałam podziękować Polakom za dobre relacje. Dzięki.
Jestem umysłem ścisłym. I podniecają mnie skomplikowane maszyny i konstrukcje. Gdy gram w Besiedge (Google it) i widzę, jak moja maszyna pięknie działa, od razu mi staje i jestem niesamowicie podniecony. Nawet porno na mnie tak nie działa. Nie mam pojęcia dlaczego. A jak byłem w Centrum Nauki Kopernik, to przy niektórych rzeczach musiałem odejść, bo wyglądałem jak jakiś pedofil pośród tych wszystkich dzieci!
Jestem totalnie zmęczona.
Mam 31 lat i zarabiam najniższą. Pracuję jako pomoc biurowa. Mieszkam z matką w starym domu, bo na wynajem mnie nie stać. Moja matka przez połowę życia była bezrobotna, obecnie ma niziutką emeryturę. Więc możecie się domyślać, że raczej fajnie w dzieciństwie nie miałam. Obecnie dzielę koszty utrzymania w połowie i daję matce 500 zł. Mimo to moja matka wciąż ma do mnie pretensje, że za mało zarabiam, że powinnam zarabiać więcej i dawać jej więcej pieniędzy, bo ona ma niską emeryturę. Bardzo żałuję, że nie byłam sama tak roszczeniowa, gdy byłam dzieckiem i nastolatką, tylko pokornie klepałam biedę, bez wypominania, że jestem jak zwykle najbiedniejszą osobą w klasie. Moja matka w ogóle nie zauważa, że ludzie, którzy zarabiają więcej, mieli o wiele lepszy start zapewniony przez rodziców. Mogli studiować, uczyć się języków obcych, rozwijać pasje. Ja po prostu tak sobie dryfuję w tym życiu i uważam, że i tak dobrze sobie radzę.
Mój apel do ludzi: jak nie masz pieniędzy na dziecko, to się na nie nie decyduj, bo kasa się cudownie i nagle nie znajdzie. Nie licz też, że twoje dziecko zrobi spektakularną karierę, jeśli jedyne co mu dałaś/eś to kanapki z pasztetem i zalewajka, znoszone ciuchy po dzieciach znajomych i słabo ogrzewane pomieszczenia do mieszkania bez ciepłej wody. Z pustego nawet Salomon nie naleje.
Cieszę się, że istnieją anonimowe, bo nie mam odwagi podzielić się tym ze znajomymi, a żal zostawić to tylko dla siebie...
Jestem kobietą z ćwierć wieku na karku, w miarę przyjemną dla oka (takie mocne 7/10 będzie). Niestety, jak wiele brunetek posiadam dość ciemne i mocne owłosienie. I może popsuję wizję kobiet u niektórych panów, ale nie chodzi mi jedynie o nogi, pachy czy pachwiny. Najgorszym utrapieniem są włosy na... rowie. Od kilku lat gimnastykuję się pod prysznicem, żeby się tego pozbyć. Lecz nie chodzi w tym wyznaniu o to, żeby się wyżalić na moje kłaki między pośladami, da się z tym żyć.
Przechodząc do głównej akcji – pewnego wieczoru, gdy byłam sama w domu i cała łazienka była dla mnie, postanowiłam skosić trawnik, który wyrósł mi pod majtkami, zarówno z przodu, jak i od tyłu. Nałożyłam piankę tu i tam i przystępuję do akcji-depilacji. W tym momencie zakłębiło mi się w jelitach i poczułam potrzebę wypuszczenia bączka. Nim pomyślałam o konsekwencjach, powietrze uszło z takim rozmachem, że pianka, która się tam znajdowała, w pięknym stylu została rozchlastana na kabinie prysznica.
Wstyd? Zażenowanie? Nieeee... Po zobaczenia tego artystycznego dzieła wpadłam w taki napad śmiechu, że z 15 minut siedziałam w kabinie, nie mogąc się podnieść. Cały wieczór, gdy tylko sobie to przypomniałam, podśmiechiwałam się pod nosem, a mój chłopak nie mógł wyciągnąć ode mnie z jakiego to powodu.
Pozostaje mi tylko cieszyć się, że dupa mnie nie oszukała i że na tej kabinie znalazła się tylko pianka do golenia. To już by mnie chyba zabiło.
Uczę się jeździć samochodem. Mam większość godzin wyjeżdżonych. Nie mam większych problemów z poruszaniem się pojazdem. Niestety trafiłam na zakompleksionego instruktora. Król na czterech kółkach. A ja świeżak.
Wszystkie moje pytania i refleksje są absurdalne i zasługują jedynie na śmiech pogardy. Wykonywane polecenia są zawsze „korygowane”, bo przecież można lepiej. Mimo że wykonuję je poprawnie.
Przykład:
Pan: „Po skręcie zmień pas na prawy”.
Ja: „OK”.
Po skręcie zmienić pas. Proste. Wiem co robić. Zaczynam skręcać. Po czym nagle wielka, tłusta ręka sięga po kierownicę, gwałtownie łapie ją, szarpie, skręca. Duży ruch, Warszawa. Prawie wjechaliśmy w kogoś innego. Mało co na zawał nie zeszłam. „CO PAN ROBI?!” - wrzasnęłam na niego. Bo prawie mieliśmy kolizję. Może i byłby wypadek. Po czym on jakby nigdy nic mi odpowiada: „Bo tak jest lepiej” - zmienił pas podczas skrętu.
Serio? Tak jest lepiej?! Umarłam w środku i powiedziałam mu tylko: „OK, to może jednak wrócę do bycia pasażerem?”.
I takie rzeczy za moje pieniądze!
Mieszkam na wsi. Nie jest to typowa wieś, gdzie jest dużo gospodarstw, tylko typowe odludzie. Wraz z mężem kochamy tu mieszkać i nie wyobrażamy sobie życia gdzie indziej. Nie dla nas miastowe klimaty.
Pewnego dnia zostaliśmy poinformowani, że opuszczony budynek blisko nas został wynajęty na jedną noc pod zrobienie imprezy. W pierwszej chwili zastanawiałam się, kto normalny organizuje zabawę na odludziu. Najgorsze, że na czas owej zabawy mąż dostał delegację. Musiałam więc uzbroić się w odwagę i sama z malutkim dzieckiem przetrwać tę noc. Mąż obiecał często dzwonić i w razie czegoś niedobrego zawiadomić telefonicznie policję.
Impreza zaczęła się o 20.00. Przyjechało około 30 osób. Dudniąca głośno muzyka szybko uświadomiła mi, że nie zasnę, na szczęście maluszkowi to nie przeszkadzało i spał jak zabity. Około godziny pierwszej w nocy usłyszałam głośne krzyki. Przez okno zauważyłam, że imprezowicze wyszli z budynku i przenieśli imprezę pod moje ogrodzenie. Tego już było za wiele. Będąc pod wpływem dużej adrenaliny i instynktu matczynego, który mówił "chroń dziecko", sięgnęłam po jedyną rzecz, która wydawała mi się pomóc w zaistniałej sytuacji. Mianowicie po piłę motorową męża, którą zostawił w korytarzu.
Wyszłam z domu, włączyłam ją i rozległ się głośny hałas urządzenia. Podeszłam do ogrodzenia i poinformowałam dość niekulturalnie, że jak się nie wyniosą spod płotu, to nie ręczę za siebie. W przeciągu 5 minut pojawił się 40-paroletni mężczyzna, o dziwo trzeźwy. Od razu zaczął przepraszać za zaistniałą sytuację i obiecał uspokoić towarzystwo syna, które bawi się z nim w jego 18 urodziny. Dzieciaki przestraszyły się nie na żarty i w szybkim tempie wrócili do swojego wynajętego budynku. Ojciec syna zaś zarzekał się, że był poinformowany, że nikogo nie będzie w pobliżu. Na szczęście nie chciał on żadnych kłopotów i tak jak powiedział, tak zrobił. Zabawa trwała na całego, ale już nie pod moim ogrodzeniem. Nawet ten hałas już mi nie przeszkadzał.
Dodaj anonimowe wyznanie