Mój ojciec jest obrzydliwy. Odebrał mi wolność.
Tata odkąd byłam malutka spędzał ze mną masę czasu. Można pomyśleć, że to dobrze. Ale on traktował mnie jako partnerkę. Moja mama poszła w odstawkę. Robił mi zdjęcia, jak siedzę na nocniku albo na sedesie. Ma pedofilskie zapędy, bo żaden normalny facet się tak nie zachowuje, ale fizycznie mnie nie molestował. Tyle że jego zachowanie zrobiło swoje. Jednocześnie to tata poświęcał mi czas, często wieczorem grał ze mną na komputerze. Byłoby łatwiej, gdybym potrafiła myśleć o nim jako jednoznacznie złej osobie. Jest zniewieściały i pije odkąd miałam 6 lat. Kiedyś moja matka chciała go wyrzucić z domu, bo go miała dosyć - to wyrwał okna z zawiasów i wszedł do domu. Jest i był przemocowy i strasznie chcę, żeby już zmarł. To straszne mówić tak o ojcu, ale tak uważam. Mam wrażenie, że dopiero wtedy zacznę żyć. Ale to okropna perspektywa, że muszę tyle czekać, żeby nie czuć, że nawet jak biorę wdech, to oddycham za dwoje albo ktoś mnie ciągle kontroluje. Tak strasznie mam uraz do kobiet, kiedy z jakąś rozmawiam czuję tak potworną niechęć i czuję się jak jakiś robak.
Jednocześnie był jedyną ''miłą i zainteresowaną'' mną osobą. Mama nie chciała mnie przytulać jako bobasa. Babcia i mama znęcały się nade mną psychicznie, nigdy mnie nie przytulały i traktowały jak mebel. Tak naprawdę dla ludzi słowo "mama" to zupełnie co innego. Dla mnie po części oznacza lukę, puste miejsce, a po części sadystkę, która miała radochę kiedy widziała, że sprawia mi przykrość. Obie widziały co się dzieje, ale "mądre" wybuchały złością i furią na mnie.
Mama nigdy nie stanęła w mojej obronie. Zawsze patrzyła na mnie jak zawistna rywalka.
Nie mogę przestać o nim myśleć.
Kiedy próbuję wejść w bliską relację z jakimś chłopakiem czuję, że zdradzam ojca... Jakby w moim życiu był invisible man.
Czuję się obrzydliwa, czuję, że zabiera mi część mojego życia...
Często zachowuję się jak chłopak.
Kiedy chociaż trochę czuję się jak kobieta, to nie mogę pozbyć się poczucia, że jestem dziwką. Tak potwornie brudna.
Zacznę od tego, że moja siostra (nazwijmy ją Marta) jest lesbijką. Nic do tego nie mam, szanuję jej orientację i ją kocham, w końcu to moja siostra. Rodzice również to akceptują.
Obydwoje studiujemy w tym samym mieście, jakieś 170 kilometrów od naszego rodzinnego miasta. Mieszkamy na jego dwóch różnych końcach, ale często się widujemy. W sumie gdy zacząłem studia nasz kontakt stał się lepszy, traktuję ją jak siostrę-przyjaciółkę.
Rodzina i znajomi mówią nam, że z charakteru jesteśmy prawie identyczni. Zdarzało się to na tyle często, że Marta już nawet tego nie komentuje, tylko zawsze wybucha śmiechem. Ja również odpowiadałem na takie słowa uśmiechem bądź zwykłym ''weź przestań, to nieprawda''. Nie mówię, że nie jesteśmy trochę podobni w zachowaniach czy jakichś małych upodobaniach. Mamy ten sam ulubiony kolor, danie. Ale i tak twardo sądziłem, że ludzie wyolbrzymiają, Marta podzielała to zdanie.
Zacząłem jednak zmieniać swoją opinie o naszych charakterach po pewnej wizycie u niej. Leżeliśmy i oglądaliśmy jakiś średnio ciekawy film. Z racji, że to XXI w. to wiadomo, uwaga dzielona 50/50, trochę film, trochę telefon. W pewnym momencie powiedziała, że poznała fajną dziewczynę na imprezie. Chwilę gadaliśmy o niej (głównie Marta prowadziła monolog o tym jak czarująca jest ta koleżanka). Potem pokazała mi jej zdjęcia i serio była to ładna, zadbana dziewczyna. Film odszedł na drugi bok, fotki wzięły górę. Zrozumiałem, że razem z Martą mamy ten sam typ dziewczyny. Kontynuując ten temat, doszliśmy do wniosku, że nawet podzielamy podobne fetysze. Wow, ludzie mówili prawdę.
Jakiś miesiąc po tym wieczorze, poznałem na uczelni dziewczynę. Śliczna brunetka, niższa, o błękitnych oczach, w które mógłbym patrzeć do śmierci. Właśnie ten idealny, wymarzony dla mnie typ urody (w sumie to dla Marty też). Trochę pisaliśmy, parę wspólnych wyjść, aż w końcu byliśmy razem. Czułem się z nią jak w niebie. Nie chciałem mówić o niej Marcie, bo ta choć zerwała ze swoją drugą połówką parę tygodni wcześniej, wciąż była smutna. Nie chciałem jej dobijać.
Niestety, rozmawiając z Martą przez telefon któregoś wieczoru, pomiędzy słowami coś o mojej miłości wspomniałem. Wtedy musiałem już się siostrze ładnie spowiadać. Ku mojemu zdziwieniu przyjęła to dobrze. Ba, powiedziała, że też kogoś poznała. Rozmawiając wpadłem na pomysł podwójnej randki/obiadu. Marta uznała to za świetny pomysł. Popytaliśmy naszych drugich połówek, również się zgodziły.
Nadeszła w końcu ta sobota. Moja mówiła, że dojedzie sama, bo chwilę przed randką musi coś załatwić. Gdy wszedłem do restauracji, zauważyłem Martę siedzącą samą przy stoliku. Okazało się, że jej połówka również się spóźni. Czekaliśmy tak parę minut, aż to naszego stołu podeszła moja luba i jej klon.
Tak, spotykamy się z bliźniaczkami :)
Pewnie uznacie mnie za dupka, ale muszę to z siebie wyrzucić. Ogólnie nie lubię niesprawiedliwości i o tym jest to wyznanie.
Poprzedni rok studiów, egzaminy w trybie zdalnym. Jak się domyślacie, zdecydowana większość ściągała na potęgę. Mieli nawet grupkę na discordzie. Wiem to z konwersacji grupowej.
Coś we mnie pękło. Po pierwsze, studiujemy dość poważny kierunek związany z pomocą ludziom, więc dobrze by było, gdyby te studia kończyły osoby, które nabyły wiedzę, a po drugie ściąganie zawsze jest nieuczciwe, choćby i egzamin nie miał znaczenia.
Poczekałem do końca egzaminów z wszystkich przedmiotów i porobiłem screeny rozmów z messengera. Wcześniej również rejestratorem ekranu nagrałem rozmowę na discordzie, a egzaminy rozwiązywałem sobie na komórce.
Poszedł anonimowy mail do rektora.
Oczywiście wszyscy musieliśmy pisać od nowa. Przez pandemię robiliśmy to w grupkach po 10 osób. Grupa wkurwiona, ale nikt się nie domyśla, że to ja.
Z okazji świąt dużo wyznań o rodzinie, dzieciach. To i ja dodam o dziecku.
Dziecko to jest moim chrześniakiem, kiedy zostawałam chrzestną byłam świeżo po bierzmowaniu, czyli miałam 16 lat. W tym wieku nie zarabiałam, ale mama wyłożyła za mnie pieniądze. Ale według rodziców dziecka prezenty i pieniądze nie były najważniejsze, ważne, że byłam i pamiętałam o młodym.
Do czasu, kiedy zmieniła im się stopa życiowa, i to znacznie. Ojciec dziecka zaczął wyjeżdżać do Szwecji ze swoim bratem, chrzestnym dziecka. Byłam na każde urodziny, Mikołaja, święta i Wielkanoc u chłopczyka, przynosząc drobiazgi, zabawki kupione na promocji nawet miesiące wcześniej. Pensja studencka na wiele nie pozwalała, dodatkowo musiałam utrzymywać się sama, ponieważ mamy nie było stać na to by mi sponsorować naukę. Moje prezenty były niewystarczające, bo "wujek S. kupił laptopa, komórkę, zdalnie sterowany samochód, samolot i replikę karabinu na kulki". Ale ja dzielnie trwałam przy młodym, do czasu jego komunii.
Matka chrześniaka jest z mojej strony rodziny. To w jaki sposób potraktowano członków mojej rodziny to było przegięcie. Wiadomo, że każdy daje tyle i co może, a tu dzieciak pootwierał prezenty i koperty i się zaczęło dogadywanie, uszczypliwe uwagi, że tacy biedacy, że w ogóle mogli nic nie dać, bo to nawet nie pokryło kosztu "talerzyka". Młody dorzucił swoje 5 groszy, kręcąc nosem przy tak słabych podarunkach i dosłownie je olewając. Ja sama dałam 500 zł, co było dla mnie ogromnym wydatkiem przy pierwszej "normalnej" pracy i pensji, chociaż i tak znajdą się głosy, że powinnam oszczędzać na ten cel od dawna, bo wiedziałam. Cała część rodziny z mojej strony wyszła z imprezy zaraz po podaniu deserów. Druga strona została, nadal biesiadując.
Matce chrześniaka wygarnęłam co trzeba na spotkaniu po komunii. Od tej pory nasze stosunki uległy pogorszeniu, nikt nie lubi, gdy mówi się, że wychowała bezuczuciowego, wyrachowanego, przemądrzałego (nie mądrego, ale takiego babola co myśli, że wszystkie rozumy pozjadał) materialistę oraz że potraktowanie w ten sposób rodziny to zwykłe chamstwo.
Teraz czekam na 18. dzieciaka i tylko się zastanawiam co zrobić, kupić czy ile włożyć. Ale to i tak pikuś, jeśli wujaszek kupi obiecany samochód.
Miałem w pracy kolegę, nazwijmy go Adam. Super inteligentny gość, zabawny, bardzo pomocny i życzliwy. Adam mimo swojej inteligencji był jednak przeciwnikiem szczepień. Nigdy z nim o tym za bardzo nie dyskutowaliśmy, bo mamy w pracy złotą zasadę nieporuszania kontrowersyjnych tematów typu polityka czy właśnie szczepienia, żeby nie wprowadzać niepotrzebnych spin i nie psuć atmosfery. Kiedyś po prostu wyszło w rozmowie, że Adam się nie zaszczepił i nie zaszczepi. OK, jego sprawa.
Adam od początku grudnia pracował zdalnie, bo go bolały plecy po kontuzji (niefortunnie wywalił się na chodniku). W tygodniu poprzedzającym święta Adam poszedł na zwolnienie, wszyscy byliśmy pewni, że z powodu pleców. Po świętach ani nie przyszedł do biura, ani się nie zalogował, wiec szef zadzwonił do niego na komórkę. Odebrała żona i powiedziała, że Adam nie żyje. W momencie jak zobaczyliśmy minę szefa, to już wiedzieliśmy, że jest źle, a jak tylko przekazał nam te informacje, to połowa osób zaczęła płakać, druga nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Każdy zastanawiał się, jaki był powód jego nagłej śmierci. Na pogrzebie się dowiedzieliśmy – covid. Być może zaraził się w przychodni, jak poszedł na badania po upadku na plecy, nie wiadomo. Na początku miał podobno tylko lekki kaszel i osłabienie, potem nagle mu się pogorszyło (duszności) i trafił do szpitala. Zmarł, zanim go podłączyli pod respirator…
Teraz czas na moje refleksje. Jestem wściekły, bo jego śmierci można było uniknąć. Był młody (34 lata), zostawił żonę, osierocił dziecko. Wystarczyło tylko się zaszczepić. Jestem zły, że nie rozmawialiśmy z nim o tym w pracy. Może dałoby się go przekonać. Domyślam się, jakie tu przeczytam komentarze: „kuzyn sąsiadki zachorował po szczepieniu”, „babcia wujka nieszczepiona i przeszła łagodnie” itd., itp. Faktem jednak jest, że ani ja, ani nikt kogo znam nie znamy nikogo, kto by umarł po szczepieniu. Każdy natomiast zna na pewno kogoś, kto umarł na covid. Po co ryzykować, skoro naukowcy i medycyna są w stanie nas ochronić przed śmiercią na covid? Adama nie udało mi się nakłonić do szczepienia, ale może choć jedna osoba przemyśli sprawę i przejrzy statystyki po przeczytaniu jego historii. Mi wciąż jest strasznie przykro, bo spędzałem z gościem więcej czasu niż z niejednym kumplem (8 godzin dziennie 5 dni w tygodniu), z perspektywy czasu traktowałem go jak przyjaciela. Atmosfera w biurze już nie będzie taka sama, będzie nam brakowało jego żartów i anegdotek.
Codziennie kilkaset ludzi umiera na covid. Statystyki znieczulają, ale każda śmierć to mała tragedia, taka jak w przypadku Adama. Nasz rząd nic nie robi, bo rządzą nami sondaże, a dużo osób nie popiera obowiązkowych szczepień. Warto jednak zadbać o siebie i swoją rodzinę, bo póki jest dobrze, to jest dobrze, a jak jest źle, to już jest często za późno.
RIP, Adam!
Zwykły zimowy przedświąteczny dzień, kiedy to z przyjaciółką postanowiłyśmy wybrać się na miasto.
Było dość zimno, więc ubrałam moją ciepłą bluzę z kapturem-reniferem pod kurtkę. Początkowo miałyśmy iść do "naszej" kawiarni, bo na rynku panował duży gwar przez koncerty z okazji zbliżających się świąt. W kawiarni jednak długo nie posiedziałyśmy, bo ktoś zarezerwował ją na ten wieczór, więc po prostu chodziłyśmy po mieście. W pewnym momencie koło mojego ucha usłyszałam męski głos "Fajny kaptur", odwróciłam się, by podziękować. Powiedziałam radosne "Dzięki!" do wysokiego, w sumie przystojnego chłopaka, na oko starszego o kilka lat. On jednak zamiast odejść wyciągnął mały świąteczny pakunek i powiedział "To dla ciebie"... Nawet nie wyobrażacie sobie, jakie było moje zaskoczenie! Nie wiedziałam co powiedzieć, przyjaciółka szeptała mi do ucha, że to może bomba, a ja tylko głupio zapytałam "Co?". Na co on dał mi to do ręki i z miłym uśmiechem powiedział "Trzymaj, wesołych świąt". Gdy wzięłam prezent do ręki i rzuciłam najuprzejmiejsze "dziękuję" na jakie było mnie wtedy wstać, chłopak nim się obejrzałam zniknął w tłumie.
W środku znajdował się zapakowany w śliczne czerwone pudełko piękny pierścionek. Odruchowo zaczęłam się rozglądać na wszystkie strony, ale ani śladu kamery, ani tego mężczyzny... Jestem teraz bardzo szczęśliwa, taki niespodziewany gest wypełnił mnie niesłychaną radością. Mam nadzieję, że chłopak nie dał mi go, bo nie przyjęła go jego (może już była) dziewczyna... Tylko chcę, by również spotkało go coś miłego :)
Jeśli to czytasz, to dziękuję! To była najmilsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała :) Pierścionek będę nosić z radością!
Było już trochę o dietach, więc dodam swoją historię, ku przestrodze.
Jako dziecko byłam niejadkiem. Grymasiłam, robiłam awantury przy jedzeniu, w szczególności przy tym, które w czasach mojego dzieciństwa uchodziło za bardzo zdrowe: przy surowych owocach, warzywach i mleku. I rodzice, i pediatra uznali, że pewnie ich nie lubię i tyle, jedzenie zaczęto po prostu we mnie wmuszać.
Jako nastolatka połączyłam niektóre potrawy ze złym samopoczuciem (chociaż rzadko był to klasyczny ból brzucha) i po prostu odmawiałam ich jedzenia, ale to też nie zawsze się udawało, bo przy uroczystościach i świętach rodzina się obrażała, że jak to czegoś nie zjem. Czasem niechciane produkty ukradkiem podrzucano mi na talerz, "bo są zdrowe". Po jednej z takich imprez zaczęłam się źle czuć, na początku przypominało to infekcję z gorączką, która coraz bardziej się pogarszała. Wreszcie było już tak źle, że rodzina wezwała pogotowie. W szpitalu mój stan nadal się pogarszał, trafiłam na intensywną terapię.
Całej batalii o życie i zdrowie nie będę opisywać, po jakimś czasie lekarze doszli do tego, że cierpię na rzadką chorobę autoimmunologiczną, powiązaną z układem pokarmowym, związane z tym są problemy z przyswajaniem między innymi dużej części produktów roślinnych i nabiału. W moim dzieciństwie nie potrafiono jej jeszcze dobrze diagnozować, ona też latami potrafi dawać drobne nieswoiste objawy i wyjść w pełnej okazałości dopiero przy niefortunnym zbiegu kilku czynników.
Już jako dorosła osoba od lekarza dowiedziałam się, że dziecięce grymaszenie było najprawdopodobniej pierwszą linią obrony organizmu i gdyby nie wciskano mi na siłę "zdrowych" produktów, zapewne teraz nie borykałabym się z aż tak poważnymi problemami. Więc nie przymuszajcie nikogo do zdrowej cud diety, w szczególności dzieci. Dla Was coś może być zdrowe, komuś może poważnie zaszkodzić.
Zadzwonił brat cioteczny, że zmarł nasz dziadek. Powiedziałem, żeby zadzwonił po pogotowie, a ja przyjadę i ogarniemy zakład pogrzebowy. Przyjechałem do babci i razem czekaliśmy na zabranie ciała. Babcia, 94-letnia kobieta, wiadomo, przybita. Ciało zabrane, wracam do domu.
Jestem trzy kilometry przed domem, dzwoni znów roztrzęsiony brat, mówi, że muszę szybko wracać. Pytam, co się stało. Mówi, że dzwonili właśnie ze szpitala, w którym od kilku dni była jego matka, że zmarła w trakcie operacji.
Wróciłem. Musiałem powiedzieć babci, że dziś straciła nie tylko męża, ale i córkę. Zabierałem się do tego godzinę...
Powiedziałem... Cały czas mi się kraje serce. Babcia płakała jak mała dziewczynka. Stara kobieta, skurczona wiekiem i ciężarem doświadczeń, a ja zobaczyłem w niej bezbronną, małą dziewczynkę.
Musiałem to komuś powiedzieć, wybaczcie, że padło na was...
Praktycznie cała moja najbliższa rodzina ma wysokie stanowiska i ogólnie zawsze nam się dobrze wiodło w sferze finansowej, całe moje pokolenie w tej rodzinie ma już pobudowane nowe domy.
Rodzina ze strony taty (męska część) w całości związana jest z wojskiem, a ze strony mamy z Policją, Strażą Graniczną, Strażą Pożarną oraz w prywatnych firmach na stanowiskach co najmniej kierowniczych i mimo wszystko nic nie mieli załatwiane po znajomości, każdy z nas musi sobie zapracować.
Mój jedyny kuzyn, młodszy o rok, został niedawno starszym chorążym sztabowym, moja starsza siostra obecnie jest aspirantem i czeka na kolejny awans, a ja niedawno skończyłem jeden z kolejnych wielu kursów, m.in. ratownik medyczny, ratownik wodny itp., mam nawet uprawnienia na wózki widłowe.
Wczoraj w końcu dostałem lepszą pracę...
Po 9 miesiącach bezrobocia...
Zostałem magazynierem.
Wcześniej byłem ochroniarzem w supermarkecie...
Mam 38 lat...
Jestem singlem...
Kurwa.
Mając 10 lat, byłam straszną chłopczycą. Lalki i różowe sukienki? Nic z tych rzeczy! Piłka i kopanie z chłopakami do zmroku – to było coś!
Przy jednej z takiej właśnie gier jeden z kolegów wkurzony, że cały czas strzelam mu gole, podbiegł do mnie, wyciągnął sprzęt i obsikał mi całą nogawkę spodni i nowiutkie trampki!
A teraz wyobraźcie sobie minę mojej mamy, gdy wbiegłam do domu niczym tornado i oznajmiłam „Nie umiał złapać dziewczynie, no to mnie obsikał!!”. Kminiłam później, jak się odwdzięczyć, ale niestety nie miałabym takiego strumienia jak on, więc sprawa rozeszła się po kościach. Do dzisiaj widzę na jego twarzy rumieniec, gdy z uśmiechem mówię mu, żeby uważał, bo mam nowe buty :D
Mało anonimowe, no ale powiedzcie sami: czy ktoś z was został kiedyś obsikany? :D
Dodaj anonimowe wyznanie