Od kilku dni pracuję jako wolontariusz. Pakujemy i ładujemy na tira pomoc dla Ukrainy.
Wczoraj przyszedł pewien prepers... Dał kilka kurtek wojskowych, kompasy i... około 100 sztuk domowej roboty ładunków termitowych. Z magnesami, odpowiednio zabezpieczone, instrukcja obsługi. Poszły jako pomoc humanitarna.
A teraz szok – pracownik służb celnych, obecny przy załadunku, widzi tu... napoje.
Kocham ten kraj.
Wybrałam się do spożywczego zrobić zakupy. Jak skończyłam kupować, zaczęło się powoli ściemniać. Wychodząc ze sklepu, zauważyłam z naprzeciwka parę z małym synkiem. Para czule się przytulała, a ich syn stał obok. Uśmiechnęłam się na ich widok, myśląc sobie jaka szczęśliwa z nich rodzinka. Kobieta z mężczyzną zaczęli iść w stronę sklepu, ale coś mi nie pasowało. Ich (jak wtedy myślałam) syn został w tyle, stojąc nieruchomo jak wcześniej. Zastanawiałam się, co jest nie tak.
Kiedy podeszłam bliżej, okazało się, że to był kosz uliczny...
Tak, pomyliłam śmietnik z chłopcem. Chyba pora udać się do okulisty :D
Trochę lat temu pracowałam jako kelnerka. Można pisać dużo o ludziach, ale jedna sytuacja szczególnie zapadła mi w pamięć.
Przyszły dwie panie, na drinki i jedzenie. Mieliśmy dziwne menu, w którym na samej górze znajdował się tatar wołowy, a na dole – z łososia. Jedna z pań zamówiła tatar z łososia. Po pierwsze, słyszałam, jak prosi o łososia. Po drugie, jej palec przy zamawianiu znajdował się na samym dole menu na pozycji łososia, po trzecie, zawsze po zebranym zamówieniu czytałam je, i panie zgodnie stwierdziły, że się wszystko zgadza.
Przyniosłam zamówienie pół godziny później i zostałam zbesztana, ponieważ pani zamawiała tatara wołowego. W pierwszej chwili zabrałam talerz, ale musiałabym za niego zapłacić. Tatar kosztował 40 zł, a ja zarabiałam 8 zł na godzinę. Byłam pewna, że błąd leży po jej stronie, więc wróciłam powiedzieć, że się pomyliła. Pani zrobiła się wręcz czerwona, mówiąc, że jak śmiem zwalać na nią mój błąd i że powinnam przepraszać, a nie jeszcze się kłócić! Zwykła kelnerka, która ledwo czyta, nie będzie jej wmawiać kłamstw! Wtedy zdecydowałam, że ewidentnie ma niedorozwój umysłowy i jedynym sposobem na niewydawanie połowy dniówki jest zrobić, co chce. Czyli zaczęłam ją przepraszać co najmniej jakbym wymordowała jej rodzinę, w głowie mając myśli "o ty dz**ko".
Nagle okazało się, że ona w sumie lubi łososia. Dostałam nawet napiwek. Bo okazało się, że pani ta nie chciała nakarmić się jedzeniem, a poczuciem wyższości nad drugim człowiekiem.
Kilka lat temu przeprowadziłam się do Polski i poszłam tutaj do 7 klasy. W klasie, gdzie się uczyłam przez dwa lata, panowały dwie dziunie z poczuciem wyższości wprost proporcjonalnym do długości rzęs i IQ niższym od zera. Karyna i Dżesika. Opiszę wam kilka smaczków z ich zachowania.
1. Obie dziewuchy podeszły do mnie i Dżesika zwróciła się do Karyny, stojąc twarzą w twarz do mnie - ''Ale ona jest brzydka, patrz, jakie ma pryszcze..." - jakbym była rzeczą, do której można podejść i skomentować wygląd, nie bojąc się, że będzie mi przykro.
2. Tekst Dżesiki w mojej obecności, gdy się dowiedziała, że nie mam ojca: ''Pewnie uciekł, nie chciał takiego dziecka. Też bym uciekła''. To nieprawda, on po prostu nie żyje.
3. Dżesika smarkała nosa i pokazywała mi swoje gluty na chusteczce. Na widok mojego obrzydzenia pojawiał się na jej twarzy tępy uśmieszek.
4. Tekst Dżesiki do mnie: ''Wypierdalaj z powrotem na Ukrainę, tylko tam cię lubią''.
5. Dżesika spierdziała się na lekcji, bardzo głośno. Skłamała, że to ja. Wszyscy uwierzyli.
6. W 8 klasie się zaprzyjaźniłam z dziewczyną o rok młodszą, Inez. Obrażały ją, podchodziły i bezczelnie komentowały jej ubrania, rzeczy. Wyzywały od szmat. Tekst Dżesiki do mnie: ''Zasługujesz się zadawać z wyższym łewelem, jak ja i Karyna, a nie z takim dnem jak Inez".
7. Znowu Dżesika o mnie: ''Na zakończeniu roku przywalę jej za to, że przyszła do naszej klasy". Nie zrealizowała planu, bo była pandemia i zakończenia nie było.
8. Śmiały się, że noszę mundurek. Same ubierały się tak, że można było pomyśleć, że dwie panie lekkich obyczajów szły do burdelu, a przez przypadek trafiły do podstawówki.
9. Na lekcji polskiego czytaliśmy ''Ziele na kraterze". Nauczycielka prawie się popłakała. Dżesika uznała, że bardzo zabawnym będzie przedrzeźnianie pani, udawanie płaczu.
10. Dżesika nazwała mi cenę swoich butów i powiedziała ''bo stać mnie".
Brak słów.
Dużo rzeczy pamiętam z dzieciństwa. Jednak jedno zdanie było wyjątkowo często powtarzane przez moją mamę, oczywiście w mojej obecności.
Gdy oglądałyśmy telewizję i mama zobaczyła ładną osobę, za każdym razem powtarzała: „Ludzie to mają ładne dzieci”. Czasami też mówiła, że takich dzieci tylko pozazdrościć. Brałam to do siebie. Było mi zwyczajnie przykro.
Jednak raz to swoje ulubione zdanie mama powiedziała w obecności babci, ja również przy tym byłam. Babcia widziała, że jest mi przykro, więc powiedziała, że ja też jestem ładnym dzieckiem.
Mama jednak to przemilczała.
Teraz mam 25 lat, a mama dalej podziwia inne dzieci, tylko nie mnie.
Od kilku miesięcy zmagam się z depresją, a wraz z tym z myślami samobójczymi. Nikt z rodziny prawdopodobnie się nie domyśla, no bo skąd. Ale nie w tym rzecz. Kiedyś przed całym tym syfem przeczytałam, że osoby z myślami samobójczymi szukają choć jednego małego powodu, żeby tego nie zrobić. Wtedy pomyślałam, że to głupie. Jednak teraz troszkę zmądrzałam i zrozumiałam. Moją blokadą przed zrobieniem tego jest mój pies. Dla wielu może wydawać się to śmieszne albo nielogiczne. Osobiście uważam, że psy tak samo jak my odczuwają wiele emocji, również tęsknotę. Więc kiedy pomyślę, jak by było, gdybym to zrobiła, i widzę mojego psa, który codziennie śpi w moim pokoju i nie potrafi zrozumieć dlaczego nie wracam, dlaczego nie leżę obok niego jak zawsze, mówię sobie „nie”. Ta mała istotka nieświadomie dzień w dzień ratuje moje życie.
Byłam zwykłą osobą, którą otaczało mnóstwo ludzi. Każdy z nich nazywał się moim przyjacielem i ciągle powtarzano mi, że gdybym miała jakiś problem, to mogę do nich przyjść i uzyskać pomoc albo chociaż się wygadać. Niestety, gdy pojawiał się jakiś problem, to zawsze okazywało się, że akurat się "uczą, sprzątają, szykują ważny projekt na jutro, mają gości". Zbieg okoliczności? Można by tak myśleć.
Nagle niestety okazało się, że zachorowałam. Chemioterapia, ciężka sytuacja, dużo problemów. Nagle wszyscy "obudzili się". Ciągle przychodzili. Prosiłam, by nie rozpowiadać o tej sprawie w szkole. Obce osoby, które chciałyby mnie odwiedzić tylko dlatego, że są ciekawi jak wyglądam albo by mieć co opowiadać znajomym to nie jest to czego chciałam. Miała wiedzieć mała garstka osób, którym ufałam. Niewiele czasu minęło jednak, a dowiedziałam się, że ta garstka należy właśnie do tych, które przychodziły tylko po to, by poopowiadać o mnie w szkole. By "chwalić" się tym, że mnie znają i by wszystko usprawiedliwiać tym jak im ciężko, bo ich najbliższa przyjaciółka jest w takiej sytuacji. Usprawiedliwiali tym oceny, nieobecności w czasie kiedy "czułam się źle i prosiłam o odwiedziny". Na szczęście w porę ogarnęłam sprawę i poprosiłam, by nie odwiedzali mnie więcej. Szkoła nagle mówiła tylko o tym, jak to przez chorobę "postradałam zmysły". Myślałam wtedy tylko o tym, że nigdy nie miałam nikogo godnego zaufania, nikogo tak naprawdę bliskiego (oczywiście pomijając rodzinę).
Wtedy nagle sobie wszystko uświadomiłam. Skąd wiedziałam, co mówili w szkole?
Skąd znałam wszystkie ciekawe sytuacje, jakie mnie ominęły na szkolnych korytarzach?
Wszystkiego dowiedziałam się od człowieka, którego nawet nie zauważałam do tej pory. Pisał ciągle i pytał jak się czuję, co robię. Najciekawsze jest to, że pisał tak jeszcze długo przed chorobą, a ja go tak po prostu ignorowałam, nie zauważałam, pomijałam. Zaraz po chwili, w której uświadomiłam to sobie, zapytałam, czy nie chciałby mnie odwiedzić. Mówił tylko, że nie chciałby przeszkadzać, bo pewnie pcha się do mnie ciągle rodzina, znajomi i nie chciał robić tłoku, gdy ja potrzebowałam odpoczynku. Myślałam wtedy, że wreszcie mam kogoś, komu warto zaufać, kogo uwaga zwrócona była ku mnie, komu na mnie zależało. Byłam pewna, że zyskałam przyjaciela. Myliłam się... Gdy tylko wyzdrowiałam, ten miły i dobry chłopak zaprosił mnie do kina. Zyskałam wspaniałego chłopaka!
Kiedyś przyszedłem do moich kuzynów w odwiedziny. Mieszkali blisko i spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. Gdy siedliśmy do obiadu rodzinnego w większym gronie, bo zjechała się dalsza rodzina, sięgając po widelec dostałem szturchańca w żebra i usłyszałem „nie bierz tego długiego” (mają dwa rodzaje widelców, jedne z dłuższymi ząbkami). Nie wnikałem w szczegóły i dostosowałem się do polecenia. Po jakimś czasie tego samego dnia, jak wszyscy się rozeszli, zapytałem o co chodzi z tymi długimi widelcami. No i usłyszałem historię, jak starszy kuzyn przyszedł kiedyś z dworu i miał na podeszwie gówno i poszedł w butach do łazienki, ale nie miał czym go wydłubać, bo utknęło. Bezmyślnie wziął widelec z kuchni, a młodszy kuzyn przyłapał go w trakcie zabiegu, gdy stał nad wanną i dłubał w podeszwie. Krzyknął wtedy „Idioto, co robisz!!?!”. Jedyne co pamiętali, to że był to widelec z długimi ząbkami.
Pamiętam, jak przez kilka rodzinnych spotkań mieliśmy ubaw, jak ludzie jedzą długimi widelcami, podczas gdy my znaliśmy prawdę :) To było jakieś 20 lat temu, ale do dziś jest to jedna z historii, która stała się pewnego rodzaju tradycją :)
Nie ma to jak udać się do dentysty w celu usunięcia zęba, przyjąć znieczulenie, które w ogóle nie podziałało, przeżyć jakoś ułamanie zęba na żywca, przyjąć kolejne bolesne znieczulenie, po czym zostać wyproszoną z gabinetu pod tłumaczeniem „Przykro mi, ale nie podejmę się tego leczenia, proszę wyjść. Nie daje mi pani przeprowadzić pięciosekundowego zabiegu”.
Jak to utrudniałam? Przy ułamaniu zęba krzyknęłam z bólu.
Mieszkam i pracuję w Anglii, jestem kelnerką w polskiej restauracji. Dzisiaj przyszedł klient i zamówił kotleta schabowego, zapłacił od razu i usiadł do stolika. Po 5 minutach przypomniał sobie jednak, że to miała być pierś panierowana i pyta mnie, czy można to zmienić. Poszłam na kuchnię z prośbą o zmianę zamówienia. Udało się. Wracam na salę i mówię do pana, że zamówienie zostało zmienione na pierś panierowaną, po czym klient mówi, że on chce schab, tylko z kurczaka. Grzecznie wyjaśniłam panu jaka jest różnica między schabem a piersią panierowaną i że nie ma schabowych z kurczaka. Muszę wam przyznać, że wielce tym pana uraziłam, bo zaczął krzyczeć na całą restaurację, że jestem niegrzeczna, ordynarna i jak wstałam lewą nogą, to mam wrócić do domu i przyjść jeszcze raz, dodał również, że klient nasz pan i on płaci i żąda.
No cóż... Klient ma zawsze rację... nawet kiedy jej nie ma :)
Dodaj anonimowe wyznanie