#mGOa1
W siódmej klasie podstawówki (14 lat) przeżyłam na lekcji biologii ciężki szok, kiedy dowiedziałam się, że te wszystkie zwyczaje są... poza zakresem pojmowania zdrowego człowieka. A najbardziej mnie zszokowało, że kąpać się i zmieniać bieliznę wypadałoby częściej niż raz na tydzień. Tak, mycie się raz w tygodniu w wodzie po kilku innych osobach, które kąpały się raz w tygodniu i dokonywanie tych ablucji noszonymi tydzień majtkami, to była zdaniem moich rodziców norma. Tak samo zresztą normą było, że matka nosiła moje majtki, kiedy urosłam już na tyle, że się w nie wcisnęła. Bieliznę na wyłączność, mimo moich protestów, miałam dopiero, kiedy wyprowadziłam się na studia.
Dziękuję wam, kochani rodzice, że dzięki wam inne dzieci się ze mnie śmiały, a ja nawet nie wiedziałam o co chodzi. A jeszcze bardziej wam dziękuję za wyśmiewanie mnie, kiedy zaczęłam się kąpać w innych terminach niż w soboty i dosłowne ''zapisywanie kredą w kominie'' (tj. kanale wentylacyjnym w kuchni) dat, kiedy robię coś tak nienormalnego, jak umycie się.
W czasach biedy i wiecznego oszczędzania, kiedy wszystkie pokolenia mieszkały razem w jednym domu, można było nazwać to normą. W czasach tych była jedna wanna, a raczej tzw. cynkowana balia, do której wlewało się wcześniej zagotowaną wodę. I tak, tylko w sobotę, dzień przed dniem świętym, kiedy to wszystkich jedynym obowiązkiem było pójście do kościoła, hierarchicznie, kąpiel najpierw brał pradziadek i prababcia o ile jeszcze żyli, dziadek, babcia, potem ojciec, matka, a na samym końcu dzieci, których najczęściej minimum była trójka. Teraz woda jest szeroko dostępna, ludzie mają zakodowane w głowach inne normy, większość nie musi już oszczędzać na taką skalę, nie myślą "Po co się myć, skoro jutro i tak idę na pole, i się ubrudzę". Jestem w szoku, że nadal stosuje się te zasady. Jeszcze zrozumiałabym, gdyby rodzina autorki była skrajnie biedna, ale z tego, co zrozumiałam, tragedii nie było. Nie dowierzam, to już trochę straszne.
Jednak na przestrzeni lat, raczej praktykowane.
Ciekawi mnie jak kiedyś wyglądały sprawy higieny jeśli chodzi o seks. Że tak na brudasa? I co? Kobiety nie dostawały infekcji? Albo jeśli chodzi o oralny to... nie waliło dla nich starym serem, albo jakimś śledziem? XD A nawet jeśli robili to po kąpieli to po tym seksie nie myli się przez kolejny tydzień i do tego wspaniałego kościoła do którego tak się pucowali szli brudni? Na prawdę mnie to zastanawia.
Miastowa, jaki seks oralny?
W nocy na pięć minut przez dziurę w prześcieradle i tyle. Nietrudno było żyć skoromnie i wstrzemięźliwie, skoro seks był tak obleśny.
Jakby było tak wstrzemiezliwie to by koniec końców ciebie mogło nie być :P taka higiena była norma tak jak dziś norma jest pucowanie i szorowanie naturalnej bakteryjnej ochrony skóry, która wtedy chronila przed infekcjami.
Zaczęłam ostatnio czytać książkę "Historia brudu", tam nieźle wyjaśniają, jak kwestia higieny wyglądała w różnych epokach historycznych. W takim średniowieczu na przykład prawie wszyscy w Europie smierdzieli, więc była to norma, nikt tego nie zauważal. Poza tym, receptory wechowe mają zdolność do akomodacji, więc szybko przestają być pobudzane przez ten sam zapach, nawet, jeśli jego intensywność rośnie :)
Ja majtkami myć się nie musiałam, ale kąpanie też było tylko w sobotę, i też długo myślałam, że wszyscy tak robią. Mam czworo rodzeństwa i oczywiście wszyscy kąpaliśmy się w tej samej wodzie, po kolei, od najmłodszego do najstarszego. Ja jestem najstarsza i uwielbiałam kąpać się na końcu, bo miałam najwięcej wody (woda była grzana na gazie i mama co jakiś czas dolewała gorącą, więc na koniec się nazbierało). Wtedy nie widziałam nic ochydnego w kąpaniu się po całym rodzeństwie, no ale jak to dziecko... ;) Teraz mam już swoje dzieci i nie praktykuję czegoś takiego ;)
u mnie też mycie było raz w tygodniu, w tej samej wodzie na 6 osób, ja zawsze byłam pierwsza bo dla mnie to było zbyt obrzydliwe kąpać się po kimś, no ale u mnie była bieda, nawet nie mieliśmy ciepłej wody tylko podgrzewaliśmy na piecyku gazowym w takim wielkim garnku, częściej niż raz w tygodniu wychodziło za drogo
Też kąpałam się raz w tygodniu, ale każdy robił to w oddzielnej wodzie. To co mnie obrzydzało to to, że zawsze mieliśmy jeden ręcznik na 5 osób :/ Nie wiem, czy to przez to, ale dziś, jako dorosła osoba mam hopla na punkcie ręczników. Zawsze wyparzam je żelazkiem i do ciała mam jeden, do rąk drugi, do włosów trzeci, do twarzy czwarty i nie wyobrażam sobie dzielić się z kimś takimi rzeczami (chyba, że tym do rąk to jeszcze spoko), dzieci też nie będę uczyć złych nawyków, ani narażać na takie dziwne sytuacje.
Jaki to był dla mnie szok kiedy w gimnazjum dowiedziałam się, że podczas okresu powinno podmywać się poza codziennym prysznicem. Odpaliłam przy klasie, że my, kobiety mamy gorzej od facetów, bo przez jeden tydzień musimy codziennie się myć. Nawet nie wiecie ile zażenowania było w ich minach, a chłopcy oczywiście mieli polewkę.
Aby uciąć domysły. Urodziłam się za czasów poprzedniego ustroju. Rodzice jak na tamte czasy byli wykształceni (mieli matury). Mieszkaliśmy w średniej wielkości mieście prawie że na granicy z Niemcami. Nie byliśmy biedni. Dla zobrazowania - odziedziczyłam po ojcu samochód i kilka nieruchomości. W domu było czysto. Nadal jest. Matka kiedy wezwała karetkę jak miała atak wyrostka poszła sprzątać łazienkę bo "może będą chcieli umyć ręce"... Dla gości wszystko było idealnie. Nie, nie nabawiłam się żadnych chorób... poza permanentnym uczuciem, że na pewno wszyscy wokół uważają że śmierdzę nie ważne jak często się myję i jak mocno się perfumuję. To poczucie razem z wiedzą, że własnego smrodu się nie czuje do dzisiaj utrudnia mi znalezienie właściwego poziomu higieny (tzn. nie przesadzania w żadną stronę). Ale robię co mogę. Dwa razy w życiu miałam pasożyty. Pierwszy raz - wszy przyniesione ze szkoły. Potem owsiki, ale to było już na studiach, kiedy wprowadziłam się do mieszkania po jakiejś zmarłej staruszce i śmiem podejrzewać, że to od niej "prezencik". Ah, i nie wytłumaczę rodzicom co zrobili nie tak - ojciec nie żyje, a matka ma 70 lat i demencję. I tego... dziękuje wam wszystkim za komentarze. Jestem z tzw. "dobrego domu" i miewam wyrzuty sumienia, kiedy śmiem twierdzić, że nie było jednak tak idealnie. Dzięki wam widzę, że nie powinnam sobie nic wyrzucać.
Pamiętam w ciężkich czasach, gdy jeszcze mieliśmy tylko piece kaflowe, bez centralnego ogrzewania, u mnie w domu też było takie kąpanie się rodzeństwa w jednej wodzie, tzn. ja i moje dwie siostry. Ale kąpanie było co drugi dzień, a mama goniła nas do podmywania się w dni bez kąpania w misce ciepłej wody i do mycia zębów rano i wieczorem, także nie było tak źle, a te mycie się po kimś było podyktowane bardzo ciężkimi warunkami finansowymi, nie niewiedzą.
1
W przypadku autorki nie była to niewiedza, a zwykłe bycie brudasami.
Współczuję, ale najważniejsze, że nie przejęłaś zwyczajów po rodzicach
No właśnie. Dobrze, że zrozumiała ten błąd i wyszła na prostą.
A za zaoszczędzone pieniadze na wodzie kupili sobie lamborghini?
O i tu trafiłeś w punkt na nic to oszczedzanie
Na wsi u moich rodziców (nie jakaś mała wieś piździwólka, 1Okm od DUŻEGO miasta) do tej pory są takie zwyczaje wśród tych starszych sąsiadów...
Moi tesciowie jak pojechali na wczasy, to teściowa prała mężowi mankiety koszuli, bo się pobrudziły. Reszta koszuli przecież czysta 😁
Mialam bardzo podobnie, jedynie bielizny matka nie tykala bo, nigdy by sie w nia nie wcisnela, ale kompiel dokladnie raz w tyg i to w sobote, bo w niedziele trzeba isc czystym do kosciola, jednakże w pozniejsz czasie jak juz zostalam uswiadomiona ze myc sie raz na tydz jednak nie wystarczy, nie robili mi problemu, btw pierwszy biustonosz dala mi ciotka po swojej corce, a ze zaczelam dosc wczesnie dojrzewac (10 lat) i boust mam dosc spory, byl to dla mnie duzy problem.
Łacze sie z Toba w bólu :-(
O boże. Nawet nie wiem, jak mam to skomentować. Masakra.