#CyM8I
Jakiś czas temu wracałam wieczorem tramwajem. Wtedy nie przywiązałam do tego większej wagi, ale całą trasę obserwował mnie ostrożnie mężczyzna wyglądający na bezdomnego, a przynajmniej mocno zaniedbanego. Wysiadł na tym przystanku co ja, szedł kawałek w tę samą stronę, a potem gdzieś skręcił. Nic niezwykłego.
Rzecz w tym, że dwa dni później ten sam facet stał na ''moim'' przystanku. Dalej wyglądało to tak jak wcześniej – ruszył za mną, a potem zniknął.
Za trzecim razem, dopiero wtedy, zaczęłam łączyć fakty. Stał pod moim blokiem. Musiał wcześniej widzieć, gdzie wchodzę na klatkę. Stał kilka metrów od wejścia, nie patrzył nawet w moją stronę gdy wchodziłam, ale ja go poznałam.
Kolejny dzień, znów tam stoi. Ale tym razem było inaczej. Gdy tylko weszłam na klatkę, przytrzymał za mną drzwi i zrobił to samo. Ruszył za mną, a ja szczerze powiedziawszy totalnie spanikowałam, bo już podchodząc do budynku byłam zdenerwowana. Rzuciłam się po schodach, natychmiast zalewając się łzami - bałam się okropnie. Dopadłam moich drzwi, w panicznym pośpiechu je otworzyłam i natychmiast zatrzasnęłam.
Cisza.
Minęło chyba dobre 10 minut i zaczęłam się uspokajać. Gdy byłam już pewna, że nic mi nie grozi, chociaż wciąż gotowa do ucieczki w popłochu przez okno (z 5 piętra...), zajęłam się tym co zawsze.
Zdążyłam wejść do łóżka, zacząć czytać książkę i powoli podsypać, gdy poderwałam się przerażona, a serce prawie wyskoczyło mi gardłem. Ktoś strasznie agresywnie walił w drzwi mieszkania. Siedziałam sparaliżowana na łóżku. Kilka razy i ustało.
Od tamtej nocy nie widziałam ''bezdomnego''. Nadal chodzę oglądając się ciągle przez ramię.
No właśnie, czemu teraz o tym piszę. Nie wiem, czy ma to jakiś związek. Modlę się, żeby tak nie było. Dziś po powrocie z pracy na wycieraczce przez drzwiami mieszkania znalazłam martwego szczura. Może sam skonał... Ale leżał idealnie na środku, łapki ułożone równo, krew na brzuchu. Od razu przeszedł mnie dreszcz. Póki co cisza, nie wychodzę z mieszkania, okna zasłonięte.
Na Twoim miejscu zaopatrzyłabym się w jakiś sprzęt do samoobrony, spróbowała zaznajomić się z sąsiadami, nigdy nie chodziła samotnymi uliczkami i zawsze w trakcie powrotu rozmawiała z kimś przez telefon. Może uda Ci się jednego wieczoru opowiedzieć to wszystko i poprosić jakiegoś kolegę z pracy, żeby Cię odprowadził. Byłam kiedyś na lekcji samoobrony i uczyli nas, żeby dać znać potencjalnemu agresorowi, że go widzimy, że widzimy i znamy jego twarz i że się go nie boimy. Ewentualnie przeprowadzka jeśli za wiele nie trzyma Cie w miejscu zamieszkania. Wiem, że to wszystko nie jest łatwe, ale lepiej zapobiec tragedii niż próbować radzić sobie po niej.
Spróbuj zgłosić na policję jako stalking i groźby. Poproś kolegi, by z Tobą wracał, albo zmień rutynę, bo schematy są najgorsze. Np zamiast wracać cały czas autobusem machnij się na ubera. Albo na tydzień przeprowadź się do motelu
Widzisz już jakie to przybiera rozmiary. Może być gorzej, np zaczai się na klatce i zrobi Ci krzywdę, albo się włamie. Z takimi świrami niestety jest groźnie.
Możesz też przygarnąć psa albo nakleić naklejkę, że obiekt strzeżony/monitorowany.
Hmm, stare wyznanie i ciągu dalszego brak.
Ubezpiecz się w gaz najlepiej w żelu. Jeśli dasz radę to następnym razem od razu zareaguj, gdy za tobą idzie, wśród ludzi, w tłumie. Możesz mu ostentacyjnie zrobić zdjęcie telefonem. Z opisu wynika, że przekraczał granice powoli, sprawdzając na ile mu pozwolisz. Wiem, że to nie jest łatwe, ale siedzenie w mieszkaniu z lękiem, że może się pojawić też jest trudne. Zgłoś go na policję przy najbliższej okazji.
Jakie miasto? Też mieszkam w Anglii. Jeżeli chcesz, to mogę jakoś pomóc!
O jakim mieście mowa?
Londyn, Birningham, nottingham?