Dobra, może będziecie się śmiać, ale...
Zawsze gdy wychodzę z kibla, wracam tam jeszcze raz. Po co? Żeby sprawdzić, czy spuściłem wodę i wytarłem muszlę szczotką. Prawie nigdy nie pamiętam, czy to zrobiłem (choć zawsze to robię! No... prawie zawsze). Nie mam pojęcia, czy to już OCD czy inny uraz, czy może strach przed zostawieniem domownikom "skalanej" toalety...
Wczoraj wracałem autobusem do domu. Duże miasto, popołudniowa pora i jeszcze uliczka będąca takim wąskim gardłem, no więc jak można się było spodziewać, autobus miał opóźnienie. Jednemu starszemu panu bardzo się to nie spodobało, więc gdy tylko wsiadł do autobusu, podszedł do kabiny kierowcy i zaczął na niego krzyczeć, że ten autobus już po raz kolejny się spóźnia i żeby zmienili rozkład jazdy, skoro ta linia o tej porze i tak jest opóźniona. Na nic się zdały tłumaczenia kierowcy, że ile się stoi w korku, nie da się przewidzieć, że jego wcale nie cieszy stanie w korkach, bo ma krótszą przerwę, że jak przesuną planowaną godzinę przyjazdu, to autobus i tak będzie opóźniony... Dziadek robił się coraz bardziej natarczywy i zaczął krzyczeć, że żadna linia w mieście nie ma takich opóźnień jak ten autobus i że on przecież wraca ze szpitala!
Nawet pasażerom zrobiło się żal kierowcy i zaczęli odpowiadać dziadkowi, że to nie kierowca ustala rozkłady, tylko dyrekcja komunikacji publicznej i żeby to do nich składał zażalenia. Dziadek trochę wyhamował, więc tylko odburknął pasażerom, że on napisał maila do komunikacji publicznej, ale mu nie odpowiedzieli, więc naciska na kierowcę, że jak on to zgłosi, to może ktoś się tym zajmie. Inny pasażer zasugerował mu, że może w takim razie osobiście się przejść do biura przewoźnika. Nie wiem, czy dalej coś jeszcze było, bo był to już mój przystanek.
Co tacy ludzie mają w głowie? Że kierowca ma za niego zgłosić swojemu przełożonemu, żeby przesunęli godziny przyjazdów? I że jak przesuną godziny (i autobus później wyjedzie na zakorkowaną trasę), to że będzie już przyjeżdżał punktualnie? I jakim niewdzięcznikiem trzeba być, by swoją złość wyładowywać na kierowcy, który za minimalną krajową wozi jego stare siedzenie do domu, by nie musiał za***ć piechotą z tego szpitala?
Tak mam wrażenie, że w toku wychowania za bardzo uczy się dzieci, że powinny szanować ludzi ze względu na samą liczbę przeżytych lat, a za mało, że ze względu na to, że wykonują ciężką pracę przydatną reszcie społeczeństwa. Jeżeli to wyznanie czyta jakiś kierowca autobusu/motorniczy, to wiedzcie, że Was podziwiam! Odwalacie kawał pożytecznej pracy, i to w takich warunkach!
Jestem po osiemnastce, ale wyglądam o wiele młodziej. Alkoholu nie piję, ale czasami chodzę do sklepu po piwo dla taty. W okolicy jest tylko jeden sklep, wszyscy pracownicy już mnie znają, więc nie muszę pokazywać dowodu, gdy kupuję alkohol.
Kiedyś tato poprosił mnie, żebym poszła do sklepu i kupiła mu dwie puszki piwa. Zgodziłam się, szybko dotarłam na miejsce. Podeszłam do kasy. Przywitała mnie jakaś babka po pięćdziesiątce, której nigdy wcześniej nie widziałam, najwidoczniej nowa pracownica. Poprosiłam dwie puszki piwa, a jej miny do dziś nie zapomnę.
„Co ty sobie wyobrażasz?! Nie dość, że pijesz, to jeszcze wstydu nie masz! Boże, ja się boję, co będzie za dziesięć lat z tą młodzieżą!” – Wykrzyczała na cały sklep. Spokojnie zaczęłam wyjaśniać, że jestem pełnoletnia. Kobieta oczywiście zażądała pokazania dowodu osobistego. Nie miałam go przy sobie, więc po raz kolejny grzecznie odpowiedziałam: „Proszę pani, dowodu przy sobie nie mam. Zazwyczaj go nie potrzebuję, wszyscy mnie tu znają i...” – w tym momencie babka mi przerwała, zagroziła policją i wyrzuciła mnie ze sklepu...
No to teraz wyznanie na prozaiczny temat, po którym pewnie połowa czytających zechce mnie zjeść. A mianowicie ja lubię te „unijne” nakrętki na butelkach, wiecie: te przytwierdzone do szyjek.
I nie chodzi tu o żadne ekologiczno-recyklingowe przekonania, nie tym razem!
Kiedyś miałem taki problem, że kiedy piłem napój/wodę z butelki, to zawsze gdzieś kładłem nakrętkę, a z butelką szedłem do innego pokoju lub nawet siadałem gdzieś w tym samym pomieszczeniu. Potem jak nasyciłem pragnienie, to chciałem zakręcić butelkę i orientowałem się, że nakrętki nie ma! Nie była to jakaś wielka tragedia, ale czasem szukałem jej dobre 5 minut — był to po prostu irytujący element prozy życia. I nagle na mocy unijnej regulacji wszystkie butelki z napojami zaczęły mieć przytwierdzoną nakrętkę — dla mnie żyć nie umierać, problem z ginącymi nakrętkami zniknął! Do tego jako dziecko piłem soczki Kubuś Play, gdzie soczek zamykany był w podobny sposób i aż byłem zdziwiony, że inni producenci nie wpadli na to, by stosować coś podobnego.
Ze zdziwieniem zauważyłem, że reszta mojej rodziny i jakaś część społeczeństwa nie podziela mojego entuzjazmu: dziadkowie zaczęli narzekać, że nie potrafią zakręcić butelki z wodą (ja już pierwszego dnia załapałem, jak należy przykładać „nowe” nakrętki, by to zrobić), dzielni prawicowi publicyści zaczęli narzekać, jak to pocięli sobie twarz, próbując pić wodę z gwinta (co mnie się nie zdarzyło, a jak ktoś ma z tym problem, to zawsze są szklanki...), a do dzisiaj widzę matki w autobusach, które bohatersko odrywają nakrętkę przed podaniem soczku swoim bombelkom. Że już nie wspomnę internetowych memów ironicznie śmiejących się, że prezydent USA zamknął się na trzy dni w gabinecie, bo Unia nie chce sprzedać mu patentu na nakrętki.
Po kilku nieudanych próbach zaprzestałem przekonywania mojej rodziny, że to rozwiązanie wcale nie jest takie złe i w ciszy cieszę się, że już nie muszę szukać zagubionych nakrętek. Ale wciąż sobie myślę: to ze mną czy z naszym społeczeństwem jest coś nie tak? Pozdrawiam wszystkich Anonimowych, którzy czytają to wyznanie!
Dowiedziałam się, że nie dostanę przedłużenia umowy w styczniu. A jeszcze tydzień wcześniej odrzuciłam ofertę z innej pracy. To się nazywa szczęście.
Kiedy byłam w 4-5 klasie podstawówki, pojechaliśmy z wycieczką szkolną na łyżwy. To był mój pierwszy raz na lodowisku. Jako niezbyt ogarnięta młoda osoba ze strachem pousuwałam się trzymając ogrodzenia lodowiska, tak jak większość początkujących. Było mi wstyd, że nie umiem jeździć, ponieważ dzieciaki z mojej klasy radziły sobie całkiem nieźle.
Nie mam pojęcia jakim cudem, jednak z pomocą przyszła mi trójka dziewczyn w wieku okołogimnazjalnym. Przez dwie godziny nieznajome mi młode osoby sprawowały nade mną pieczę, nie zważając na krzywe spojrzenia moich nauczycieli, jak i osób z mojej klasy. Broniły mnie również przed wyjątkowo nieprzyjemnym kolegą. Kiedy czas na jeżdżenie dobiegł końca, dziewczyny spytały, czy za kilka dni, w niedzielę, również się spotykamy, na powtórkę. Jako że pochodziłam ze wsi oddalonej trochę od miejscowości, w której znajdowało się to lodowisko oraz nie ufałam im w pełni (nie wydawało mi się normalne, że takie „duże” dziewczyny chcą się umówić z taką małą dziewczynką), a i moja mama nie była zbyt przychylna takim pomysłom, z wielkim żalem odmówiłam koleżankom, tłumacząc, że mieszkam daleko i mama nie pozwoli. Pożegnałam więc dziewczyny, szpanując przed klasą, że takie dorosłe się ze mną zadają i poszłam na zbiórkę.
Ku mojemu zdziwieniu, mama po usłyszeniu historii zabrała mnie w niedzielę na lodowisko. Koleżanek nie spotkałam, ale jazda szła mi lepiej dzięki radom otrzymanym od nastolatek.
Miło wiedzieć, że nie wszystkie nastolatki są zepsutymi, dumnym lalami.
Pozdrawiam z tego miejsca trójkę teraz już dorosłych osób z pięknego, małopolskiego miasta. Dziewczynka w czerwonym sweterku. ;)
5 lat temu, lekcja biologii. Nauczyciel przygotował nam sprawdzian. Większość zadań, które się tam znalazły, pochodziło z jego książki, którą szczycił się dosłownie każdego dnia, zatem dokładnie wiedzieliśmy, czego się mamy spodziewać. Jedno z tych zadań było wyjątkowo pokręcone, dlatego też większa część klasy nauczyła się rozwiązania na pamięć, dokładnie takiego, jakie było w książce profesora.
Tydzień później przy rozdawaniu ocenionych testów okazało się, że nikt nie zrobił go dobrze. Jako jedyny na koniec lekcji podszedłem i poprosiłem o wyjaśnienie. Ku mojemu zaskoczeniu facet zwyzywał mnie od nieuków i zapytał, skąd wziąłem tak idiotyczne rozwiązanie... Wyobraźcie sobie jego wyraz twarzy, gdy pokazałem mu jego książkę i zadanie, które było rozwiązane w dokładnie taki sam sposób :D
Jakiś czas temu szukałam niani dla swojego czteroletniego synka. Mąż pracuje za granicą, a ja wracam po pracy późnymi popołudniami. W związku z tym zdecydowałam się znaleźć kogoś do pomocy. Zgłosiło się do mnie parę dziewczyn. Najbardziej zależało mi na takiej, która będzie dyspozycyjna, dlatego zrezygnowałam z ofert studentek i wybrałam sympatyczną dziewiętnastolatkę, którą kojarzyłam z sąsiedztwa. Przekonała mnie swoim nastawieniem. Mówiła o tym, jak lubi bawić się z dziećmi i że potrzebuje zarobić trochę pieniędzy w związku z tym, że planuje poprawiać maturę za rok, aby dostać się na prestiżową uczelnię. Zrobiła na mnie świetne wrażenie. Dałam się nabrać...
Po kilku dniach zorientowałam się, że z naszego domu zaczynają znikać rzeczy. Najpierw wydawało mi się, że może gdzieś coś zostawiłam lub zgubiłam, następnie zaczęłam podejrzewać małego, że mógł coś zwinąć dla zabawy. W pewnym momencie zorientowałam się, że coś jest nie tak. Znikały zazwyczaj małe, aczkolwiek drogie rzeczy, których ja nieraz praktycznie nie ruszałam. Z kolei synek raczej nie gustował w zabawie biżuterią. Zaczęłam podejrzewać naszą nianię... Przygotowałam na nią pułapkę, aby złapać ją na gorącym uczynku. Wystawiłam na komodzie w widocznym miejscu jeden z moich ulubionych naszyjników.
Następnego dnia zaraz po wejściu do domu nawiązałam rozmowę z dziewczyną. Zauważyłam, że bardzo jej się spieszy. Zaczęła szykować się do wyjścia. Szybko rzuciłam okiem na komodę i zauważyłam brak naszyjnika... Zatrzymałam dziewczynę w drzwiach i spytałam, czy nie ma czasem czegoś, co należy do mnie. Udawała, że nie rozumie. Kazałam jej pokazać kieszenie, na co niania zareagowała oburzeniem. Nie czekając na zgodę, wsadziłam rękę w kieszeń jej kurtki... Wyciągnęłam zgubę. Dziewczyna zbladła, a mnie ogarnęła złość. Po cichu liczyłam, że to tylko moje urojenia. Nie mogłam uwierzyć, że niania, którą zatrudniałam, okazała się zwykłą złodziejką... Złość wzięła górę. Wyciągnęłam telefon, aby zadzwonić na policję. Gdy zobaczyła, co robię, przestraszyła się i zaczęła panikować. Chyba po raz pierwszy zdała sobie sprawę, z czym wiąże się taka kradzież. Padła przede mną na kolana i zaczęła przepraszać za to, co zrobiła, błagała, żeby tego nie zgłaszać. Próbowała tłumaczyć swoje zachowanie i obiecywała, że wszystko zwróci. Widząc, w jakim jest stanie, zlitowałam się. Kazałam jej przyjść na drugi dzień z moimi rzeczami. Zagroziłam, że jeżeli tego nie zrobi, sprawa wyląduje na policji...
Nazajutrz przyszła skruszona. Odzyskałam wszystko, ponadto dziewczyna wręczyła mi tort w ramach podziękowania i obiecała, że już nigdy nikomu nic nie ukradnie.
Najlepsze, że myślała, że sprawa jest załatwiona i dalej będzie u mnie pracować... Nic z tego, nie ma mowy, żebym jej znowu zaufała.
Moja siostra postanowiła zostać gwiazdką Instagrama. Codziennie wrzuca relacje i fotki ze swojego „fancy life”. Opowiada, jak to ciężką pracą doszła do wszystkiego. Jakie ma drogie buty, torebki, samochód hybrydowy, najnowszy IPhone. Wkleja rolki, z których wynika, jaka jest turbo bogata, piękna i najlepsza.
Buty i torebki to podróbki od majfrendów, samochód wypożyczony, iPhone na raty itd. Praca? Nie pracuje. Dom? Moich rodziców. Niby śmiesznie... ale siostra ma 44 lata.
Ostatnimi czasy czuję się, jakbym nie był prawdziwym mężczyzną i jak gdyby całe moje życie podporządkowane było mojej dziewczynie, a to, co od siebie daję, jest cały czas niewystarczające. Cały czas mi opowiada, że facet jakiejś jej koleżanki jest taki czy owaki, że ma to czy tamto, a ja taki nie jestem i tak nie robię. Ja pracuję, ona uczy się zaocznie robić rzęsy, mieszka u mnie, za nic nie płaci, a ja kombinuję, jak zdobyć na wszystko pieniądze, na czym sobie zaoszczędzić, żebym znów nie usłyszał, że jestem skąpy, a facet jakiejś Moniki nie. Biorę nadgodziny, to jest na mnie obrażona, że ją zaniedbuję, nawet odpuściłem swoje treningi, żeby się z nią nie kłócić. Jest zła, że nie zabieram jej na wycieczki, jest niezadowolona z prezentów, z tego, że źle organizuję nam czas. Tylko wymaga i wymaga. Nawet ja gotuję, bo ona nie potrafi, jest zmęczona po szkole i twierdzi, że do 18 godziny musi odpocząć. Na początku naszego związku było inaczej, a teraz już nawet nie wiem, co robić, żeby ona była szczęśliwa i żebym ja poczuł to szczęście, bo ona chciałaby chyba więcej, niż jestem w stanie jej dać, i zdałem sobie sprawę, że ten związek mnie niszczy, a nie umiem się z niego wydostać.
Dodaj anonimowe wyznanie