Codziennie dojeżdżałam autobusem do szkoły, dodam, że moja miejscowość miała charakter umieralni — w MPK emeryci, kibo-dresy i pojedynczy uczniowie. Gdy któregoś dnia wracałam do domu, na kolejnym przystanku wsiadła emerytka. Stanęła nade mną i jednoznacznie zasugerowała spojrzeniem, że mam jej niezwłocznie ustąpić miejsca. To był podły dzień. Podniosłam na nią wzrok, demonstracyjnie rozejrzałam się po na wpół pustym autobusie i ponownie wymownie spojrzałam jej prosto w oczy, po czym zajęłam się sobą. Ta jednak nie myślała ustępować i przez kolejne kilka przystanków wisiała nade mną, sapiąc, wiercąc się i wpatrując morderczym wzrokiem, tak jej zależało na tym konkretnym miejscu. Oczywiście autobus zdążył w międzyczasie zapełnić się ludźmi i pozostały już tylko miejsca stojące, a ja twardo siedziałam.
Na którymś z przystanków do autobusu wsiadła sympatycznie wyglądająca starsza pani, grzecznie się do niej uśmiechnęłam i zaproponowałam, aby usiadła. Starsza pani usiadła z szerokim uśmiechem, ja go odwzajemniłam i poszłam w głąb autobusu. Na odchodne obróciłam lekko głowę i uraczyłam nim też gotującą się z frustracji emerytkę.
I tak sobie myślę, że czasem życie stawia nas przed wyborem: walczyć o swoje czy ustąpić. Tego dnia wybrałam swoje miejsce, ale podarowałam je komuś, kto naprawdę je docenił.
Jakiś czas temu na Instagramie zaczęłam obserwować kilka profili, które zajmowały się jedzeniem, a dokładniej słodkimi, często czekoladowymi, deserami. Po jakimś czasie zauważyłam, że w proponowanych coraz częściej wyskakują mi posty o próchnicy zębów, profile trenerów personalnych i niesamowite przemiany kobiet, typu schudnięcie 40 kg...
Dziękuję, że się o mnie troszczysz, Instagramie, ale robisz to niepotrzebnie.
W podstawówce byłam pulchną dziewczynką z pewnością siebie, którą można by wycierać podłogi, czyli totalnym jej brakiem. Chłopcy w szkole pastwili się nade mną, a że miałam już wtedy Facebooka, korzystałam z niego dosyć często, także w celu znalezienia znajomych, gdyż w szkole nie miałam ich zbyt wielu. Przeszukiwałam różne grupy i stronki, aż któregoś dnia do znajomych zaprosiła mnie miło wyglądająca dziewczyna, rok starsza ode mnie. Szybko zauważyłam, że mieszkała w tym mieście co ja (nie jest to metropolia, około 40 tys. osób) i miała w znajomych moją koleżankę z klasy. Ogólnie profil nie za duży, kilkunastu/kilkudziesięciu znajomych, w danych zapisane uczęszczanie do najlepszego gimnazjum naszego powiatu, i oczywiście samo miasto. Od razu przyjęłam zaproszenie, dostatecznie przekonał mnie fakt, iż miała w znajomych moją dobrą koleżankę.
Niemal od razu napisała. Wbrew moim przewidywaniom rozmowa się kleiła, miałyśmy wiele wspólnych tematów. Już po kilku dniach bardzo się do niej przywiązałam, zaczynałam tęsknić, gdy nie pisałyśmy zaledwie kilka godzin.
Po jakimś tygodniu napisała mi, że tak naprawdę to ona nie chce się ze mną przyjaźnić, a napisała do mnie, bo się jej podobam. No nie powiem, zatkało mnie, przede wszystkim z faktu, że nigdy ładna nie byłam (i nie jestem), więc komu mogłabym się spodobać. Zdziwił mnie także fakt jej orientacji (LGBT wtedy było dla mnie jak coś kosmicznego), już nawet nie wspominając, że jako 12-latka nie miałam zielonego pojęcia o swojej seksualności. Zaproponowała mi spotkanie, ale odmówiłam. Dość szybko urwałam kontakt, nie chcąc jej ranić.
Kilka tygodni później zauważyłam, że moja znajoma z równoległej klasy chodziła jakaś smutna. Nie musiałam długo nalegać, aby opowiedziała mi, że napisała do niej dziewczyna, z którą bardzo szybko się zaprzyjaźniła. Zaproponowała jej spotkanie i wspólne wyjście na miasto, ale gdy przyszła, zamiast koleżanki czekała na nią grupka chłopaków, dość znanych w okolicy „dowcipnisiów”. Zaczęli się z niej śmiać, bo „była na tyle naiwna i uwierzyła, że ktoś chciałby się z nią kolegować”.
Porównałyśmy profile – pisałyśmy z tą samą osobą.
Poszłam jeszcze z zapytaniem do owej koleżanki, która miała ją w znajomych. Okazało się, że przyjęła zaproszenia na ślepo i nawet nie wiedziała kto to.
Po tym straciłam zapał do nawiązywania internetowych znajomości. Do dziś nie daje mi spokoju myśl, że to upokorzenie mogło spotkać mnie.
Mam 16 lat i zawsze wyróżniała mnie jedna cecha — mój biust. Odkąd pamiętam, był znacznie większy niż u reszty dziewczyn i nie był to nigdy mój kompleks, jednak od ostatniego czasu staram się go bardziej zakrywać, wręcz chować. Czemu? Bo moje piersi zmieniły rozmiar na większy, więc stanik, wiadomo, jest za mały. Piersi nieładnie w nich wyglądają, wręcz się z niego wylewają, jednak moja mama nie może tego przyjąć do wiadomości. Powiedziała, że jeśli chcę, by stanik pasował, to muszę schudnąć, mimo że jestem dosyć szczupła i akceptuję moje ciało. Nie dostaję kieszonkowego, więc nie stać mnie na kupienie nowej bielizny. Wstydzę się teraz swojego wyglądu.
Zawsze marzyłam o przyjaciółkach jak z filmu czy z seriali. Miałam bardzo dużo znajomych na Facebooku i również dużo znajomych w realnym życiu, jednak na początku pierwszej kasy liceum przekonałam się, ilu mam „przyjaciół”.
Dowiedziałam się od lekarza, że muszę mieć operację na kolano. Przyszedł mój termin, oczywiście wszyscy znajomi i „przyjaciele” pisali mi i mówili, że przyjdą, kupią mi coś z McDonalda. Pierwszy dzień po operacji – zero gości. Drugi dzień, trzeci, czwarty, piąty – zero gości. Oczywiście pisali mi, że dzisiaj nie mogą, bo to i tamto – OK, rozumiem. Jednak przez miesiąc przebywania w domu też nikt się nie pojawił.
W drugiej klasie liceum miałam kolejną operację na kolano. Sytuacja się powtórzyła.
Pamiętam jak dziś widok koleżanek i kolegów innych chorych, przynoszących słodycze, balony. Wieczorem kiedy moja współlokatorka zasypiała, płakałam po cichu w poduszkę z samotności. Tylko moja mama do mnie przychodziła.
Było mi tym bardziej przykro, że zawsze innych wspierałam. Kiedy koleżanka trafiła do szpitala z problemami nerek, tego samego dnia przychodziłam z kwiatami i czekoladkami. Kiedy było coś potrzebne, pojawiałam się w sekundę. Jednak gdy to ja potrzebowałam towarzystwa, to wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Smutne.
Po dobrej imprezie, którą prawie całą spędziłem z nowo poznaną kobietą, wylądowaliśmy w łóżku. Już ten tego, gdy ona jęczy: „Nie, nie, nie, przestań”, jednocześnie dalej współgrając z moimi ruchami. Ja nie wiem, o co biega i przerywam. A ona na to: „Czemu przerwałeś? Tak mi dobrze”. Zbaraniałem i mówię: „Ale powiedziałaś, żebym przestał...”, na co odpowiedziała: „Dalej, to mnie podnieca”.
Już miałem kontynuować, ale mi przyszło do głowy, że jak jutro albo za tydzień będzie miała taki humor i pójdzie na policję, to wtopiłem po całości. Przecież jak policja/sędzia mnie zapyta: Czy mówiła „nie”? Czy kazała panu przestać? Czy mimo tego pan kontynuował? Odpowiem zgodnie z prawdą trzy razy tak. A moje wyjaśnienia potem, że sama tego chciała, będą brzmieć jak wciskanie ściemy, żeby się usprawiedliwić. I będę udupiony po całości. Gwałt i 20 lat pierdla jak bum-cyk-cyk.
Mimo jej zdziwienia ubrałem się i wyszedłem. W dzisiejszych czasach lepiej nie ryzykować.
Jadę sobie samochodem, luzik, spokój, wszystko pod kontrolą. Wtem na drążek zmiany biegów spada mi pająk. Spoko, nie boję się ich, więc strąciłem go z drążka. Niestety zrobiłem to zanim pomyślałem, więc pająk wylądował na moim egzaminatorze na prawo jazdy, który, jak się okazało, panicznie boi się pająków. Myślałem, że wyskoczy z samochodu w trakcie jazdy razem z pasami i fotelem. Wściekł się okrutnie.
Ale zdałem!
Mam teraz bardzo złą sytuację finansową. Tak złą, że dzisiaj nic nie jadłam i przez najbliższe dni nie miałabym pieniędzy, bo czekam na wypłatę. Jest to wynikiem mojej naiwności. Miałam dostać dzisiaj przelew od koleżanki, której pożyczyłam dość sporą sumę. Niestety, rano dowiedziałam się, że „koleżanka” zrobi przelew dopiero w następnym tygodniu. Zrobiłam więc coś, czego nie spodziewałam się, że kiedykolwiek zrobię — poszłam do tak zwanych chwilówek. Miałam w głowie to, że OK, wezmę najniższą możliwą kwotę, odsetki nie będą większe od pragnienia zjedzenia czegokolwiek. Niestety, z niewiadomych mi przyczyn, wniosek został odrzucony odgórnie, mimo że nigdy, nawet w moim banku, nie miałam żadnego kredytu.
Zaczęłam luźno rozmawiać z panią pośredniczącą. Powiedziała, żebym pożyczyła od znajomych, cokolwiek. Niestety, w tym problem, że odcięłam się od rodziny i mieszkam sama w nowym mieście, na nowych znajomych nie mam jeszcze siły, a ze starymi nawet nie mam ochoty mieć kontaktu. Pani powiedziała, jak już zaczęłam się zbierać, żebym jeszcze chwilę zaczekała, w międzyczasie dając mi firmowe krówki. Pokombinowała, powiedziała, że najwyżej ona będzie się grubo tłumaczyć, bo nadużywa teraz znajomości systemu i jak się uda, to mam zmówić za nią zdrowaśkę. Że robi to, bo sama doskonale wie, jak to jest być samemu i nie mieć nawet na suchą bułkę.
Udało się, w następnym tygodniu to spłacę. Ale nie wiem, jak odwdzięczyć się tej kobiecie. Z drugiej strony, może jednak moja chęć pomocy innym w końcu się odpłaciła ;)
1-3 klasa podstawówki, lekcja WF-u.
Czekaliśmy przed wyjściem z sali, kiedy wychowawczyni przyjmowała usprawiedliwienia przy swoim biurku. Znudzony ja huśtałem między dwoma ławkami (ręce na ławkach, nogi lekko podciągnięte — wiecie, o co chodzi). I tak się huśtam i huśtam i jak się nie huśtłem, że mi niezawiązany do końca but z nogi zleciał.
Kojarzycie to uczucie, kiedy wiecie, że pocisk trafi w cel? No, to właśnie celem była pochylona nad biurkiem twarz wychowawczyni. Ja zamarłem, kolega obok dłubiący w nosie zamarł, a but leci. Sekundy wydłużyły się niesamowicie, oczami wyobraźni widzę siebie wyrzucanego ze szkoły, but, ku mojemu przerażeniu zaczyna opadać. Na szczęście spadł na jakąś kartkę czytaną przez wychowawczynię, ona podnosi wzrok zaskoczona niecodziennym zjawiskiem, a ja tyłem (żeby nie widziała twarzy) podbiegam, zabieram obuwie i uciekam za tłum kolegów, którzy nawet nie zwrócili uwagi na mój mały zamach.
Zareagowała w sumie dobrze, powiedziała po prostu, że się zdarza i mam tak więcej nie robić, bo to głupie.
Ale jak mnie poznała, to do dzisiaj pozostaje tajemnicą. :D
Jestem już dorosłą kobietą i za taką się uważam. Pracuję, studiuję, utrzymuję się od dawna sama i dobrze mi w życiu. Moi rodzice rozwiedli się ponad 10 lat temu. Nie miałam z tym żadnego problemu, żadnej traumy, wiadomo było, że po prostu do siebie nie pasują. Od tego czasu każde miało po kilku przelotnych partnerów, aż w końcu obydwoje się ustatkowali, od lat są w stałych związkach.
Czasem prowadzę zajęcia tańca. Tak się złożyło, że partnerka mojego ojca często na nie przychodzi. Moja mama nigdy ze względu na pracę. Akurat się złożyło, że wyjątkowo miała wolne, tak samo jak moje dwie bardzo bliskie koleżanki. Miałyśmy pójść całą grupą, o czym z radością poinformowałam moją niby-macochę. Coś tam odpisała i ku mojemu zdziwieniu nie przyszła i przestała się zupełnie ze mną kontaktować. Zdziwiło mnie to, bo mamy kontakt jak przyjaciółki. A po jakimś czasie zadzwonił do mnie ojciec z awanturą wszech czasów, po której pierwszy raz od lat miałam łzy w oczach. Okazało się, że jego partnerka poczuła się niesamowicie obrażona i urażona tym, że zaprosiłam moją mamę na moje zajęcia. Obraziła się o to, że jej nie spytałam, czy będzie to w porządku. Zrobiła się z tego afera stulecia, a ja zostałam zrównana niżej niż z ziemią.
Od ponad 10 lat moi rodzice są po rozwodzie, każdy ma swoje życie, wszyscy jesteśmy dorośli. W sumie tego SMS-a, że moja mama też przyjdzie, napisałam, bo się po prostu cieszyłam. Nie przyszłoby mi na myśl specjalnie informować czy wręcz pytać o zgodę na przyjście mamy. Nie wpadłabym na to, że nowa żona ojca może mieć aż taki problem z moją mamą. A nawet jeśli, to chyba mogła mi napisać od razu, że będzie jej nieswojo i spotkamy się kiedy indziej. Nie, wolała zamilknąć i pożalić się mojemu ojcu, bo to z nim miałam potem pogadankę. Od niej nadal ani słowa.
Może mi to ktoś wytłumaczyć? Zgłupiałam i sama nie wiem, co mam myśleć o tej sytuacji.
Dodaj anonimowe wyznanie