Opowiem wam o funkcjonowaniu szkół dla osób „ponadprzeciętnie” ambitnych.
Od połowy podstawówki zaczęła mi się marzyć medycyna. Wywodziło się to z faktu, że jako dziecko oglądałam dużo programów „medycznych” na kanałach typu TLC. Zawsze gdy ktoś ze znajomych rodziców czy rodziny pytał kim chcę być w przyszłości, dumnie odpowiadałam, że lekarzem. Lata mijały, dostałam się do dobrego gimnazjum, dalej utrzymywałam chęć bycia lekarzem, co właściwie obrałam za faktyczny cel. Przycisnęłam w ostatnim roku gimbazy, całkiem nieźle zdałam egzamin, oceny też były nie najgorsze. Kilkoma punktami ponad próg dostałam się na jeden z najlepszych biolchemów w województwie, do klasy, która była uznawana każdego roku za najwybitniejszą, same świadectwa z paskiem itp. Z nadzieją wkroczyłam w nowy etap życia.
Gdy dostałam plan lekcji, okazało się, że dostaliśmy największe kosy z biologii i chemii, rozsławione na całe moje miasto. Na początku szło dobrze. Jednak z każdym kolejnym działem było coraz ciężej. Wszyscy byliśmy przygotowani na ciężką pracę. Pierwszą klasę przeszliśmy niemal bez trudu, było kilka zagrożeń na cała klasę, ale to właściwie było nic. Jednak pod koniec roku kilka osób zaczęło deklarować, że chcą się przenieść, bo nie dają rady. Faktycznie, gdy zaczął się ten rok szkolny, ubyło nam 5 osób z klasy. Przepisały się na humana bądź wróciły na swoje wioski (szkoła słynie z tego, że więcej w niej jest uczniów spoza miasta).
Dodatkowo nauczyciel z jednego z przedmiotów rozszerzonych stwierdził, że z naszej klasy nic nie będzie i bez pożegnania ani wytłumaczenia oddał naszą klasę innej nauczycielce, która de facto z biolchemem nie pracowała nigdy za bardzo. (Pierwszy raz w historii szkoły wydarzyła się taka sytuacja).
Na obecną chwilę jest coraz... ciężej. Zaczął się wyścig szczurów. Normalną sytuacją jest to, że dostajemy same 1 i 2. Na porządku dziennym jest to, że osoby, które radzą sobie trochę gorzej słyszą, że jest dla nich miejsce na humanie. Po ostatnim sprawdzianie z chemii jedna dziewczyna wpadła w taką histerię, że musiała zostać zaprowadzona do psychologa.
Sama będąc kiedyś na imprezie wypiłam troszkę za dużo, co skutkowało „wylaniem żali”. Dostałam ataku paniki, przez 2 godziny znajomi próbowali mnie uspokoić, a ja w kółko powtarzałam, że nie rozumiem jednego zagadnienia.
Nauczyciele z przedmiotów podstawowych mają nas gdzieś, nie są w stanie zapanować nad klasą, a na sprawdzianach pojawiają się nagle rzeczy wyjęte z kosmosu, zadania rozszerzone. Obecnie obawiam się o moją maturę z podstaw.
Wiele osób, z którymi rozmawiam mówi, że chcą się przenieść, że nie dają rady. Gdybym miała wybrać jeszcze raz szkołę, zastanowiłabym się. Czasami lepiej jest wybrać gorszą szkołę, a zadbać o swoje zdrowie psychiczne.
Właśnie zgłosił się do mnie facet, którego obrączkę znalazłem ponad pół roku temu. Tydzień po tym, jak postanowiłem sprzedać ją do lombardu.
Czekając na porodówce na nasze drugie dziecko, poznałem niezwykle przejętą całą sytuacją kochankę mojej żony.
W mojej gówno-pracy w Maku ludzie potrafią wciąż mnie zaskakiwać. Ostatnio koleś wychodząc z kibla popatrzył na mnie (akurat szorowałem podłogę mopem) i powiedział "No... powodzenia tam", po czym wyszedł z lokalu. Kuuuuuur zapiał... To co zostawił po sobie w kiblu to była jakaś gównokalipsa, jakby walnął tam rozpryskowy sranat, jak seria z kałosznikowa. Gówno było wszędzie! Nawet na ścianach!
Mam problem z młodszą siostrą. Młoda ma chłopaka, który spełnia każde jej zachcianki. Nie raz słyszałam, jak on jej mówił, że nie musi nic robić, bo on jej zapewni wszystko co najlepsze, dlatego nie musi pracować ani zajmować się domem.
Skoro ma takie podejście do życia, to nic mi do tego. Na szczęście nie wpływa to na mnie, jedynie szkoda mi mojej siostry. Dlaczego?
Bo gdy tylko się pokłócą, to ona w sumie nie ma nic. On jej wygarnia, że bez niego nic nie znaczy, a ona po kilku dniach do niego wraca. Gdy on jest na imprezie rodzinnej, ona ciągle się wywyższa, udaje nie wiadomo kogo, już planuje jak będzie wyglądać ich dom. Zupełnie się zmieniła, to nie jest ta spoko dziewczyna, z którą się wychowywałam. Żadne argumenty do niej nie trafiają, jedynie włącza jej się tryb "siostra zazdrości" i obraża się na mnie.
A ja jedynie się martwię o to, że za 10 lat będą po ślubie, a on będzie się nad nią znęcać psychicznie.
Jedyne co mnie rano podnosi z łóżka, to myśl o tym, że przecież tego dnia mam jakąś, nawet minimalną, szansę na uprawianie seksu. O niczym innym nie myślę.
Mam skrajne poglądy, tak zostałam wychowana, moja rodzina i znajomi moich rodziców mają takie same, całe życie przebywałam w takim towarzystwie. Nie wyobrażam sobie ich zmieniać, bo utożsamiam się z tym, ale moi znajomi tego nie rozumieją. Uważają mnie za wariatkę, skoro mam takie a nie inne poglądy, uważają, że jestem gorszym człowiekiem, bo jak mogę nie akceptować czegoś, co akceptuje większość społeczeństwa i staje się w tych czasach normalne. Dla mnie to nie jest normalne, nie zmienię swoich przekonań, nikomu nie robię krzywdy, nie narzucam swoich poglądów. Czy to nie kpina, że osoby, które są za tak wielką tolerancją nie potrafią uszanować czyiś poglądów, tylko dlatego że różnią się od ich? Gdzie ta ich tolerancja?
Mam 31 lat, od jakiegoś czasu skupiłem się na sobie, odpuściłem randki, jedynie znajomości online, ale też kończyłem, jeśli coś miałoby z tego wyjść, jak dotąd same słabe znajomości online. Pisząc z kimś online, nie obchodził mnie wiek ani wygląd, liczyła się ciekawa rozmowa, w której trzeba się wysilić, gdzie wkrada się ironia, sarkazm.
Od jakiegoś czasu pisałem z pewną osobą, wiedziałem jedynie, że to płeć przeciwna. Jest bardzo mądra, oczytana, wie, co to sarkazm, co ważniejsze wie, kiedy użyć, dawno nie poznałem kogoś takiego. Postanowiłem poznać ją bardziej... i okazało się, że ma 17 lat.
Co z tego, że jest bardzo ładna, mądra, skoro jest tak młoda. Różnica między nami byłaby okej, gdyby ona miała 30, a ja 44... Nalegała, żeby się spotkać, napisałem, że nie ma to sensu, bo jest za młoda, zerwałem znajomość.
Wiadomo, że to wyjątek od reguły, nastolatki to nastolatki, ale czasami potrafi się okazać, że taka 17-latka jest dojrzalsza i mądrzejsza od większości kobiet w moim wieku.
Mam w dalszej rodzinie wujka, który jest wręcz podręcznikowym przykładem cwaniactwa.
Wujek ma 75 lat i od urodzenia mieszka w Warszawie, jego rodzice byli partyjniakami więc dzieciństwo miał jak na tamte czasy całkiem przyjemne. Jako nastolatek zaczął pić, wagarować, kilka razy był aresztowany za bójki, wskutek czego nie ukończył technikum (miał tak słabe oceny że nawet protekcja nie pomogła). Nie przejął się tym jednak - po wojsku poszedł prosto do milicji i mimo wykształcenia podstawowego oraz problemów z prawem po znajomości doszedł do stopnia sierżanta. Dość szybko przenieśli go do pracy biurowej gdzie i tak w większości się nie pojawiał. Mimo to wyrobił wymagany staż i przed czterdziestką, na przełomie ustrojów przeszedł na emeryturę.
W latach 90 wujek założył akwizytornię z badziewnymi chińskimi długopisami - typowy januszeks gdzie przez kilkanaście lat nikt nie zobaczył umowy. Koszty były zerowe - towar za półdarmo od znajomego, a ludzie w systemie prowizyjnym, wiecznie na darmowym okresie próbnym. Oczywiście przez cały ten czas nikt go za rękę nie złapał, a do pracy zawsze miał dziesiątki chętnych.
Około 2010 firma zaczęła podupadać, ale wujek i tym razem spadł na cztery łapy. Jako jedynak odziedziczył po rodzicach kilka hektarów pod Poznaniem, które znajdowały się akurat na terenie budowy autostrady, więc oczywiście sprzedał je państwu za niebagatelną sumę. Od tamtej pory żyje już tylko z majątku - w samej Warszawie ma ze 20 KUPIONYCH ZA GOTÓWKĘ mieszkań, oprócz tego jakieś domki letniskowe nad morzem - wszystko oczywiście wynajmuje za horrendalne kwoty.
Jeżeli chodzi o jego charakter, myślę że macie już częściowy obraz. Wujek oczywiście cały czas narzeka na tą "dzisiejszą młodzież" która niby ma w życiu dużo łatwiej niż on. Oprócz tego pomimo braku wiedzy uważa się za eksperta w każdej dziedzinie; kilka lat temu odkrył internet i spamuje wulgarnymi komentarzami na każdy możliwy temat, od polityki do szczepionek i zdrowia psychicznego. Na jego profilu filmiki z płaską Ziemią przeplatają się ze zdjęciami jakichś internetowych prostytutek. Co do poglądów - przez całe życie był zagorzałym komunistą, ale parę lat temu powiedział że "SLD już nie ma bo przyjęli Biedronia" i zaczął popierać... Konfederację. Twierdzi że tylko oni nie chcą go okradać z pieniędzy które uczciwie (!) zarobił.
W domu nie robi absolutnie nic - mówi że od takich rzeczy są kobiety. Ciocia która nigdy nie pracowała zawodowo nie jest w stanie od niego odejść - zresztą jak był młodszy to wielokrotnie ją zdradzał i nawet to nie dało jej motywacji. Te wszystkie szczegóły znam od jego córki, która czasem go odwiedza. Jest jego jedynym dzieckiem a i tak on jej ciągle grozi wydziedziczeniem jeżeli nie wyjdzie za mąż (moja kuzynka nie ma odwagi mu powiedzieć że jest lesbijką). I tak się to życie kręci...
11 grudnia miałam zacząć pracować jako konduktor w pociągach, które dopiero wchodzą do Polski (nazwy wolę nie mówić, ale myślę, że idzie się domyślić).
Miałam, bo o 3 rano dostałam chyba pierwszego ataku paniki w swoim życiu; drgawki, wymioty, ból brzucha, trzęsące się ręcę i paranoiczne myśli. Myślałam że to grypa, dlatego pojechałam na miejsce o 4 rano (bardzo głupie z mojej strony wiem), bo nie miałam numeru żeby im zgłosić, że fizycznie nie dam rady. Widzieli to po mnie, chyba nawet było też czuć, bo zdążyłam zwymiotować przed samochodem, a nie miałam nawet gumy żeby jakoś zredukować smród rzygów z ust i pozwolili wrócić do domu. L4 załatwiłam, ustaliłam nowy termin pierwszych jazd, ogólnie nawet sprawnie poszło, a myślałam, że zostanę zlinczowana z góry do dołu za niestawienie się pierwszego dnia.
Teraz siedzę w domu i nie ma godziny, żebym nie panikowała przed pierwszą jazdą. Wstyd mi za to, że chcę zrezygnować i czuję się jak przysłowiowy płatek śniegu za takie wyolbrzymianie. Nigdy tak się nie czułam przed pójsciem do pracy; mam prawie 20 lat, stale pracuję od 5 lat, miałam już dużo prac, zarówno sezonowych jak i stałych, ale te pociągi przerażają mnie do tego stopnia, że jedynę o czym marzę to złożyc wypowiedzenie i zakopać się pod ziemię ze wstydu. Z drugiej strony jest to coś, co może okazać się super sprawą i przyszłościową robotą, a każdy komu mówię o tym uważa, że trafiła mi się okazja życia.
Ze szkolenia nie wiele wyniosłam, tam była sama teoria, a z praktycznych rzeczy nic nam nie pokazali; nawet ubrania robocze mam wybrakowane. W dodatku pierwszego dnia będę sama z dwoma czeszkami, zostaję w mieście na drugim końcu Polski na noc z mieszkaniem, które będę z nimi dzielić, także bomba.
Dodaj anonimowe wyznanie