Lata temu, jak bawiłem się w sędziowanie meczów piłkarskich, pojechałem na mecz trampkarzy. Podszedł do mnie młody gościu i zapytał, czy mógłby machać chorągiewką jako sędzia asystent (na meczach młodzieżowych byli tzw. sędziowie przygodni), więc mówię mu, że nie ma sprawy. Fajnie pokazywał, wszystko ogarniał, po meczu mu podziękowałem i powiedziałem mu, żeby na kurs poszedł, bo ma „papiery” na sędziowanie. Coś tam jeszcze pożartowaliśmy.
Parę dni później oglądam mecz w telewizji i zobaczyłem mojego sędziego w barwach BVB — Łukasz Piszczek, mega sympatyczny facet (a ja głupi go nie rozpoznałem).
Babcia ma ogródek i psa. I męża. W tej dokładnie kolejności, bo z dziadkiem żyją ze sobą gorzej niż ten pies z kotem sąsiadów. Ogródek to ogródek, psu na imię Stefan, dziadkowi Włodek, kotu zaś Marcin. Marcin regularnie odwiedza parapet kuchenny dziadków, wiedząc, że babcia zawsze da miseczkę mleczka i kawałek czegoś na zagrychę. Stefan, traktowany jak król, jest o Marcina zazdrosny, ale to nic w porównaniu do tego, jak o obu tych „panów” zazdrosny jest dziadek. Babcia bardziej kocha psa i kota niż jego, bo dziadek latami pił, zaniedbywał rodzinę i gospodarstwo. Męża nie zostawiła, bo jest kobietą, która jak raz da słowo, to do śmierci się go trzyma. Teraz dziadek jest stary i nieco schorowany, dziennie wypija najwyżej ćwiartkę, próbuje coś tam w obejściu zrobić, ale babcia już od dawna nie chce jego pomocy ani uwagi, ani zupełnie niczego. Dziadek jednak postanowił o swoje zawalczyć. Raz wpadł na genialny pomysł pozbycia się zwierzaków, ale nie dość, że Stefan go pogryzł, Marcin podrapał, to jeszcze oberwał od babci szmatą po głowie i dostał szlaban na telewizję. Postanowił więc pójść do sąsiadki z drugiego końca wsi, pożalić się. Ta pani słynie z tego, że jest niemal zastępcą księdza proboszcza. Babcia się z nią w ogóle nie zadaje, mieszka trzy kilometry od właściwej wsi, do kościoła chadza, jak ma siłę i z większej okazji.
Pani usłyszała od dziadka mniej więcej takie coś: Pani szanowna, ja to we własnym domu spokoju nie mam, żyć nie mogę! Jadźko to tylko z tym Stefanem siedzi, je i śpi, a jak nie z nim, to ten przeklęty Marcin przyłazi przez łokno i człowiek nic nie może zrobić, a jak próbuje, to bęcki dostaje...
Zabrzmiało, jak zabrzmiało, dziadek nie wyjaśnił, kim są Stefan i Marcin. Babcia w okolicy Wielkanocy dowiedziała się, że jest ladacznicą, która korzystając ze słabości męża, zadaje się z dwoma obcymi chłopami. Zignorowałaby głupie gadanie, gdyby nie wizyta samego proboszcza. Był bardzo grzeczny, ale stanowczo stanął w obronie dziadka. Sprawa szybko się wyjaśniła, ksiądz się uśmiał, złożył babci uszanowanie za wierność przysiędze małżeńskiej i odszedł, obiecując zwrócić uwagę sąsiadce, by ta najpierw sprawdziła, a potem opowiadała wszystkim dookoła i leciała do niego na skargę.
Teraz o księdzu krąży plotka, że jest kolejnym kochasiem babci...
Kiedy byłam w wieku gimnazjalnym, wyprowadziliśmy się z rodzicami z miasta na wieś. Nie byłam przyzwyczajona do tego, że nie ma sklepu pod domem, do najbliższego centrum handlowego jest 120 km, czy do tego, że szkoła znajduje się 5 km od domu. Kiedy rodzice dowiedzieli się, że nie ma autobusu do szkoły, zaczęli dowozić mnie i odbierać samochodem. Kiedy pojechałam na rozpoczęcie roku szkolnego, poznałam swoją klasę — oni wszyscy się już znali, patrzyli na mnie, jakbym miała coś na twarzy i śmiali się ze mnie. OK, nic strasznego, ale jeszcze nie wiedziałam, o co chodzi. Następnego dnia nikt nie chciał ze mną rozmawiać i siedzieć w ławce, a później dowiedziałam się, co było tego powodem. Okazało się, że ktoś zobaczył w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, jak wysiadam z samochodu mojego taty i powiedział „mamy nową w szkole, jakaś bogata”. W nowej szkole wszyscy dojeżdżali autobusami, tylko nie ja — szkolny autobus nie jeździł obok miejsca mojego zamieszkania, bo moi rodzice wybudowali dom na totalnym zadupiu w lesie, a szkoła stwierdziła, że dla jednego dziecka trasy zmieniać nie będą. Ubierałam się też nie tak, bo miałam firmowe ciuchy. Czasami nawet tata mi jakieś przywiózł za granicy, a oni wszyscy ubierali się w wioskowym sklepie Pani Miarki. Nabijali się ze mnie, chociaż nie zamienili ze mną nawet jednego słowa.
Próbowałam nawiązać z ludźmi jakąś relację i popełniłam ogromny błąd. Tata z transportu przywiózł czekoladki z motywem świątecznym, we wrześniu (wiadomo, że zanim dotrą do sklepów, to trochę minie). Chciałam być miła i dałam każdemu po paczce, ale jedna z dziewczyn krzyknęła „ona ma je jeszcze ze świąt i chce nas otruć”, więc wszyscy rzucili je na podłogę, usłyszałam jeszcze, że to próba przekupstwa i od tamtej pory śmiali się ze mnie jeszcze bardziej. Nie pasowało im to, że zamiast plecaka miałam torbę — OK, zmieniłam torbę na plecak. Miesiąc później wszystkie w klasie miały torby, a ze mnie się śmiały, że taka miastowa, a na modzie się nie zna. Dręczyli mnie za to, że nie byłam w wakacje zbierać porzeczek, za to, że codziennie mogłam pozwolić sobie na to, żeby kupić coś w sklepiku, kradli mi rzeczy, nawet piórnik mi ukradli i podręczniki, bo jedyna w klasie miałam nowe, a nie owinięte w gazetę. Nigdy nie wywyższałam się tym, że moi rodzice mają pieniądze, bo w mojej poprzedniej szkole były dzieci, które miały o wiele bogatszych rodziców od moich. Po jakimś czasie zaczęłam robić zakupy u Pani Mirki (jedną bluzkę nawet mam do dzisiaj), do szkoły zaczęłam jeździć rowerem, mama robiła mi kanapki do szkoły, a ja nie zaprzyjaźniłam się z nikim do końca szkoły nie dlatego, że oni nie chcieli, tylko ja nie chciałam przyjaźnić się z ludźmi, którzy ocenili mnie po okładce.
Gdy byłam mała, wpadałam na głupie pomysły... Mianowicie wymyśliłam, że wracając z przedszkola z babcią, specjalnie położę się na ulicy, żeby zobaczyć, czy zdążę wstać przed samochodem...
Cóż, samochód nigdy we mnie nie uderzył, jednak babcina ręka już tak.
Kilka lat temu poszłam do ogólniaka w Katowicach. Nie znałam żadnych ludzi, ale jestem towarzyska, więc od razu zagadałam do kilku osób, żeby mieć taką swoją „paczkę”. Od razu znalazło się 7 osób, ale z dziewczynami zgodnie uznałyśmy, że musi być po równo, 4 chłopaków i 4 dziewczyny, więc porozglądaliśmy się po szkole i zauważyliśmy ją, Anię. Była samotna pośród tłumu i stała pod ścianą, trzymając książki w ręku. Zrobiło mi się jej żal, więc postanowiłam zagadać. Gdy podeszłam do niej, patrzyła na mnie jak na Boga. Dosłownie. Oczywiście została przyjęta w naszej grupie bardzo serdecznie, ale tylko ze mną najczęściej rozmawiała. Pytała mnie o wszystko — czego słucham, jakie mam hobby itd. Mówiłam jej wszystko, co chciała wiedzieć. Z czasem te pytania zaczęły być coraz głębsze, dociekliwe, dotyczyły bardzo osobistych dla mnie rzeczy. Powoli zaczynało mi to przeszkadzać. Z czasem zauważyłam, że ubiera się tak samo jak ja — sweter, ciemne jeansy i glany, ewentualnie czarne tenisówki, a wcześniej ubierała się w białą koszulę, jaśniutkie jeansy i białe tenisówki. Później zmienił jej się gust muzyczny. Przestała słuchać swojego idola, zamiast tego pojawił się mój ulubiony zespół. Także książki — z tanich romansideł przeszła na książki drastyczne, pełne rozlewu krwi i piekielnej fabuły, czyli to, co ja czytam. No cóż, machnęłam na to ręką, postanowiłam to przełknąć. Do czasu...
Zaprosiłam kiedyś naszą grupkę na małą domówkę, jakieś tam piwko 2%, fast foody i oglądanie filmów — wszystko w moim pokoju. Kiedy wszyscy weszli do mnie, ona była jak zakochana, rozglądała się, jakby to był cud świata. Dotykała wszystkiego. Później gdy wychodzili, koleżanka powiedziała, że ona robiła zdjęcia mojego pokoju. Zdziwiło mnie to, ale później o tym zapomniałam.
Kiedyś przyszłam do niej do domu. Okej ,wszystko spoko, idziemy do jej pokoju. A tu... Mój pokój. Dosłownie. Ściany, łóżko, bibeloty — wszystko takie same. Wtedy zrozumiałam, że coś jest nie tak. Powiedziałam wszystko mamie i o moim lęku przed nią. Moja rodzicielka oczywiście od razu pobiegła z tym do jej matki. Czego się dowiedziała? Mianowicie że w gimnazjum przez te 3 lata Ania stalkowała inną dziewczynę — była taka sama jak ona. Przez to musiała zmienić szkołę. A teraz to mnie sobie wybrała...
Przeraziłam się. Urwałam wszelkie prywatne kontakty, spotkania poza szkołą itd. Na studia wybrałam się daleko od domu, wiedząc, że ona musi zostać w naszym mieście, ale mimo to przez długi czas bałam się, że gdzieś ją spotkam. Wpędziła mnie w paranoję.
Przez prawie 10 lat byłem „leczony” przy pomocy pani znachorki (choć to określenie to i tak zbytni zaszczyt) z przychodni dermatologicznej fundowanej przez NFZ na grzybicę. No uporczywe dziadostwo, nie chciało mnie przestać dręczyć, pomimo stosowania różnych maści przeciwgrzybicznych. Pomagało na chwilę, wtedy, kiedy stosowałem, ale po jakiś czasie zawsze wracało. Ale nieskuteczne te leki robią! A człowiek się musi męczyć i wstydzić stopy pokazać. Chodzenie w klapkach to był dla mnie wtedy jakiś koszmar, bo jeszcze ktoś grzyba zobaczy. Czas sobie mijał, jak to ma w zwyczaju, a ja wydawałem sobie po kilkadziesiąt złotych miesięcznie na leki. Ale w końcu zagnieździło mi się w umyśle takie (na pewno) bezpodstawne przeświadczenie, że żeby zdiagnozować coś takiego jak grzybica, trzeba zrobić jakieś badania, próbkę posiać na jakieś podłoże mykologiczne, ale któż by się z panią doktor kłócił?
Kierowany tymże przeświadczeniem wybrałem się w końcu na wizytę prywatną (wtedy był to koszt około 100 zł). Pokazałem pani doktor moje żałosne zagrzybiane kończyny, mówię, że leczę się długo i nic na tego grzyba nie pomaga. A pani doktor się odzywa: „Ale wie pan, mi to wygląda na alergię...”. Dostałem skierowanie na posiew, który też musiałem zrobić prywatnie, i wyszło, że żadnego zakażenia nie ma.
Po tym całym „leczeniu” na NFZ poza tym, że od czasu do czasu muszę przesmarować skórę czymś nawilżającym (albo i nie), zostało inne przeświadczenie: mianowicie, że przez te 10 lat „darmowych” wizyt na je***e NFZ wydałem tyle pieniędzy na nieskuteczne leczenie błędnie zdiagnozowanej choroby, że wystarczyłoby może na 50 prywatnych wizyt.
Cierpię na bezsenność. Bywa, że nie mogę zmrużyć oczu przez dwie doby. Dziś znów mam z tym problem. W momencie, w którym piszę to wyznanie, jest prawie czwarta nad ranem, więc czuję kolejną nieprzespaną nockę. Co więc robię w czasie, kiedy powinienem spać? Cóż... Udało mi się przeczytać fragment Koranu i mimo mojego ateizmu (który pomimo takiej lektury ma się świetnie) muszę przyznać, że niektóre fragmenty były inspirujące. Dałem radę też przepisać tekst piosenki w kanji (te śmieszne japońskie znaczki). Również pod wpływem inspiracji powstało kilka akapitów książki, której prawdopodobnie i tak nigdy nie wydam.
Nie mam pojęcia jak skomentować moje nocne wyczyny. Być może czas udać się do jakiegoś lekarza. A na razie znajdę sobie kolejne dziwne zajęcie. Jak to mówi pewna piosenka... „wyśpię się dopiero po śmierci”.
Mam o 7 lat starszą siostrę. Gdy miałam mniej więcej 11 lat, przyłapałam ją na tym, że podgląda mnie w łazience (przez okno bądź przez kratkę na dole drzwi). Powiedziałam o tym rodzicom, ale stwierdzili, że kłamię. Jednak któregoś razu w porę zauważyłam, że znów się czai na „darmowy show”. Więc szybko i z rozmachem otworzyłam drzwi. Złamałam jej przy tym nos, za co później dostałam okropne lanie od ojca.
Do dziś nie czuję się komfortowo w łazience, a szczególnie w tej w domu rodzinnym.
Mam prawie 18 lat, uczę się dobrze, jestem na drugim roku technika weterynarii, mam pasję, startuję w zawodach wysokiej rangi, jestem dość okupowanym zawodnikiem. Mój problem to narkotyki. Zaczęło się to wszystko w wieku 14 lat, nikt nigdy mi nie proponował takich rzeczy, ale moja ciekawość była silna... Chciałam wiedzieć jak wygląda ten stan i dlaczego ludzi aż tak bardzo do tego ciągnie.. Szukałam tak długo, aż znalazłam osoby, które były w stanie mi ''pomóc''. No i się zaczęło - pierwsze jointy, wiadra, potem feta, ale szczerze mówiąc nie ''poczułam'' tego. Dalej poszedł kryształ, piguły wszelkiego rodzaju, kwasy, leki, dopalacze. Wszystko co się dało chciałam próbować. Eksperymentowałam długo, ale koniec końców zostałam przy krysztale, pigułach i paleniu. Wiadomo, że okazjonalnie leciały na imprezkach inne rzeczy.
Lubię ten stan, opanowałam go już w takim stopniu, że połapać można się tylko po oczach, że coś brałam. Cale gimnazjum przećpałam, dzień w dzień. Rano paliłam dopy, w szkole to samo, wychodziłam krechą, potem kolejną i potem jeszcze dwie, a na wieczór leciał cuksik. Nie potrafiłam bez tego funkcjonować. Szkoła mnie dobijała, miałam w niej wiele problemów, były próby samobójcze, ale wyszłam z tego cało.
Przy zmianie szkoły ogarnęłam się, nie palę dopów, ograniczyłam się do minimum, skupiłam się bardziej na sporcie, a osiągane wyniki jeszcze bardziej mnie do tego motywowały. Aktualnie sytuacja trochę się posypała, ciężko z pieniędzmi, mój sport kosztuje miesięcznie około 1000-1500zł + zawody. Rodzina nie jest mi w stanie tego fundować. Zaczęłam znów ćpać, już nie tak mocno, ale lecę prawie codziennie.
Te ciągi mnie wykańczają, organizm mi siada, psycha tak samo. Schizy mam straszne. Gdy przestaję brać, czuję wewnętrzna potrzebę odurzenia się czymkolwiek, byle sobie ulżyć w jakikolwiek sposób. To jest naprawdę silne, nie potrafię tego pokonać. Wiem, że większość stwierdzi "ćpuny do wora, wór do jeziora',' ale to serio nie tak wygląda. Chce wam się czasem jeść? Jak nie zjecie, czujecie po prostu ogromny głód i ból temu towarzyszący. Ja mam tak samo, po prostu muszę.
Chciałabym dalej rozwijać się w sporcie, bo wiem, że jestem w tym dobra i naprawdę dużo osiągam w krótkim czasie, ale niestety nikt mi tego nie sfinansuje, a sama jak na razie nie dam rady na to zapracować. Wiem też, że to bardzo mi pomagało, był to inny sposób ulżenia sobie. Nie wiem co dalej, ciężko mi, mało kto wie o moim problemie. Rodzice nawet nie są świadomi, że mogłabym kiedykolwiek coś takiego zrobić. Sama nie wiem... Aktualnie przesypiam całe dnie bo nie mogę sobie że sobą poradzić. A jeszcze uprzedzę, jeżeli ktoś chce pisać, że na narkotyki mam pieniądze, a na sport nie - to nie jest tak, jak wam się wydaje, bo narkotyki kosztują 50 zł, a w większych ilościach są tańsze, poza tym jeżeli biorę też dla kogoś, ja często dostaję swoje za darmo, więc po prostu je mam. Nie wiem co dalej...
Od zawsze czułem, że coś jest ze mną nie tak. Nigdy nie lubiłem niczego co kobiece, jednak od zawsze, ze względu na moją płeć wszystko, co dziewczęce było mi wpajane. Z biegiem czasu zacząłem to nawet akceptować, ale potem przyszło gimnazjum i dopiero wtedy się zaczęło. Nie pasowałem to innych dziewczyn, wolałem trzymać z chłopakami, jednak oni, jak to faceci, traktowali mnie inaczej ze względu na moją płeć. Strasznie mnie to, najzwyczajniej w świecie, wkurwiało, ale co mogłem zrobić? Po dwóch latach zaczęli mieć na to wywalone i zacząłem być traktowany jak równy im. Do damskiego towarzystwa nigdy mnie nie ciągnęło, bo miałem ochotę rwać sobie włosy z głowy, jak słyszałem to ich (przepraszam, jeśli kogoś urażę) babskie pieprzenie o kosmetykach, modzie i cudnych chłopakach. Natomiast panowie zawsze mieli coś do zaoferowania.
Przeskoczmy jednak do nieco gorszego problemu. Było nim moje ciało. Nienawidziłem go, nienawidziłem w nim wszystkiego. Kształtów, tego jak będzie wyglądać w przyszłości, „walorów”, jakimi zostałem „obdarowany”. Wiedziałem wtedy, że nigdy nie zaakceptuję siebie i już w wieku 17 lat stwierdziłem, że jestem aseksualny, bo nigdy nie będę w stanie zbliżyć się do jakiegokolwiek mężczyzny. Po prostu nie, a gdy patrzyłem w lustro, na mojej twarzy malowało się obrzydzenie i wstręt do samego siebie.
Opowiem jeszcze o jednej sytuacji. Miałem starszego brata i pewnego dnia zostałem sam w domu. Był to okres, kiedy dużo myślałem i akurat tamtego dnia wymyśliłem, że na choć jedną godzinę przestanę być dziewczyną. Zabrałem bratu jakieś ubrania, obwiązałem ciasno piersi tak, że nie było ich widać i po 20 minutach bycia w innym ciele rozpłakałem się jak dziecko. Choć może powinienem powiedzieć, że po 20 minutach bycia sobą.
Od tamtej pory było mi ze sobą coraz gorzej, jednak oto nastąpił przełom — wyjechałem na studia. Pracowałem, ile mogłem, oszczędzałem pieniądze, ale nie byłem pewny, czy to, co robię, jest słuszne. Dwa lata później, gdy już wracałem od rodziców, powiedziałem im wszystko. No dobra, raczej wykrzyczałem, bo wpadłem w histerię. Nie chciałem wybierać pomiędzy rodziną a własnym szczęściem i jak się okazało — nie musiałem. Wyrzucili mnie z domu z hukiem, powiedzieli, że mam się nie pokazywać, chyba że mi „przejdzie”.
Wiecie, dziś obchodzę swoje pierwsze, symboliczne urodziny. Dokładnie rok temu zostałem tym, kim powinienem był być od początku. Z rodziną ostatni raz widziałem się w sądzie, na jednym, jedynym procesie, bo chcieli mieć to już za sobą.
Często łapię się na tym, że tęsknię za nimi, ale nigdy nie żałuję, że podjąłem taką, a nie inną decyzję, bo wiem, że gdybym trzy lata temu podjąć się jej nie odważył, dziś po prostu już by mnie nie było.
Dodaj anonimowe wyznanie