Ostatnimi czasy przy ulicy, na której mieszkam, pojawiły się dwa bezdomne psy. Istotne jest to, że oba były średniej wielkości, sięgały mniej więcej do kolan. O ile do ludzi odnosiły się przyjaźnie, tak z innymi zwierzakami bywało różnie. Któregoś wieczora wyszłam z moją małą suczką Moną na spacer. Pospacerowałyśmy z godzinę i zaczęłyśmy wracać do domu. Jak się pewnie domyślacie, owe dwa psy przyczepiły się do nas. Ja natychmiast chwyciłam Monę na ręce, bo mimo swoich niewielkich rozmiarów, jest to pies naprawdę waleczny. Sytuacja ma się tak: ja, z wyrywającym się i warczącym niemiłosiernie psem na rękach, stoję sama na ciemnej ulicy, nikogo innego nie ma, wszyscy siedzą w domach. A wokół mnie skaczą te dwie bestyjki. Ni to kroku zrobić, bo lecą za mną. I ujadają. W końcu wkurzyłam się, bo ciemno, zimno, a ja stoję jak głupia i nie mogę wrócić do domu. Nie wiem, co wtedy przeszło mi przez myśl, ale... zaczęłam szczekać. Przeszczekałam te dwa psy i tupnęłam kilkakrotnie nogą. Nadal nie potrafię pojąć ich reakcji, ale psy zaczęły uciekać... Uciekały, jakby coś je goniło, i zniknęły za zakrętem.
Chyba odkryłam nową metodę perswazji.
Dostałam dzisiaj Kinder Niespodziankę.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, poza tym, że mam 25 lat i dostałam ją od męża na przeprosiny po kilkudniowej awanturze...
Mała rzecz, a momentalnie wybuchłam śmiechem i cała złość się ulotniła :)
Bo czasem tak niewiele trzeba :))
Dowiedziałam się dziś, że mój tata od 30 lat jest już trzeźwy. Znaczy się wiedziałam, że jest trzeźwy, nigdy nie pił alkoholu. Zawsze myślałam, że po prostu nie lubi, że jest kierowcą na imprezie, że jest pod pantoflem itp., ale dopiero dziś się do wiedziałam, że jest alkoholikiem od 30 lat czystym.
Dopiero dziś się dowiedziałam, że gdy poznał mamę, to zapisał się do AA i przestał pić, a podobno potrafił wpaść w paromiesięczny ciąg.
Tato, nigdy nie byłam tak z ciebie dumna jak dziś, gdy mi to powiedziałeś.
Przeczytałam właśnie kolejne wyznanie o fetyszyście stóp i postanowiłam opisać własną historię, o której moja kumpela stwierdziła, że była to najdziwniejsza historia, jaką w życiu słyszała (pewnie nie czyta anonimowych).
Miałam wtedy 22 lata. Wracałam do domu z dyskoteki. To była późna jesień i co ważne, miałam na sobie grube rajstopy, a na to rybaczki, na stopach trampki. Miałam wracać nocnym tramwajem, który stawał tuż pod moim domem. Niestety oszczędna koleżanka zaproponowała, żebyśmy jej dały (było nas 4) po 5 zł, zamówimy taksówkę, która nas porozwozi do domów, a na końcu ją (mieszkała na peryferiach i komunikacja miejska w nocy do niej nie dojeżdżała) i ona zapłaci za kurs. Troszkę miałam w czubie, więc się nie zorientowałam, że wysadzili mnie nie pod domem, a jakieś 900 metrów dalej (tak wypadło po drodze, a pani oszczędna nie chciała za dużo zapłacić).
Jak już wysiadłam, chłód mnie trochę otrzeźwił, więc ruszyłam z buta do domu. Po drodze podszedł do mnie młody chłopak i powiedział, że przegrał w karty z kolegami i musi pocałować dziewczynę w stopę. Ja niestety mam tak, że po alkoholu zgadzam się prawie na wszystko. Poprowadził mnie na jakieś podwórko, usadził na huśtawce i zdjął trampka. Przypominam, że byłam po nocy w dyskotece, więc stopy musiały już trochę walić. Obejrzał moje rajstopy i stwierdził, że tak się nie liczy i żebym je zdjęła. No, ale ogarnęłam, że do tego musiałabym zdjąć spodnie, więc nie ma mowy. Na co on zapytał, czy może rozerwać rajtki. Obruszyłam się, że są nowe i mi ich żal. Zaproponował, że mi odda za nie pieniądze, więc jak ostatni debil się zgodziłam.
Myślałam, że szybko cmoknie i już (tak, byłam aż tak naiwna). Niestety on się bardzo wczuł w to całowanie, może szczegóły jego działań pominę. Wtedy dopiero do mojego tępego łba zaczęło dochodzić, co się dzieje. Zapytałam go, gdzie w takim razie ci koledzy, no bo jak to była przegrana w karty, to powinni obserwować akcję. Jakoś nie umiał odpowiedzieć. Otrzeźwiło mnie do reszty, zarządziłam koniec zabawy. Założyłam buta i proszę o dychę za rajtki. On niestety nie miał pieniędzy, ale możemy iść do bankomatu. OK, to idziemy, mówię, że akurat jest jeden bankomat po drodze do mojego domu. Niestety chłopak stwierdził, że w tamtym kierunku nie pójdzie, bo to jest niebezpieczna dzielnica i on się boi tam chodzić po nocy...
Taki mi się odważny zboczeniec przytrafił.
W podstawówce miałam naprawdę świetnego księdza. Wiecie, takiego z poczuciem humoru, z którym zawsze można się pośmiać, dogadać. W piątej klasie postanowił zrobić nam sprawdzian w mikołajki. Nie podobało nam się to, jednak nic nie mogliśmy zdziałać – nasze prośby o przesunięcie terminu nie skutkowały. Co więc zrobiliśmy? Zgodnie z radą wychowawczyni: jeden z nas przyniósł do szkoły ogromny kamień (wielkości mniej więcej bochenka chleba). Doczepiliśmy do niego karteczkę z napisem „Taaaaaki kamień spadłby nam z serca, gdyby nie było dzisiaj sprawdzianu” i niepostrzeżenie położyliśmy na biurku księdza, gdy wpuszczał nas do klasy. Jego reakcja? Zaśmiał się, zamyślił na chwilę i zapytał, którzy z nas uczyli się wczoraj i czują się naprawdę dobrze przygotowani. Mówił, że wszystkie takie osoby przepyta w ramach sprawdzianu, ale jest haczyk – albo umiemy wszystko i dostajemy szóstkę, albo nie wiemy chociaż jednej rzeczy i dostajemy jedynkę. Dał nam chwilę do namysłu, po czym wszystkich „przygotowanych” poprosił na środek. Wyszłam ja i kilku moich kolegów.
Co zrobił ksiądz? Powiedział, że nam wierzy, i wstawił szóstki bez zadania nawet jednego pytania. Reszta klasy musiała oczywiście napisać normalny sprawdzian kilka dni później.
Pozdrawiam księdza Adama! ;)
Od kiedy pamiętam, zawsze bolało mnie marnotrawienie wody. Za takie coś uważałam również spuszczanie wody – tyle hektolitrów czystej wody, którą można pić, bezpośrednio z kranu idzie na zmarnowanie w ciągu tygodnia. Mimo to po każdym siku woda była spuszczana.
Kilka lat temu wymyśliłam, że warto gromadzić w wannie i wiadrach wodę po praniu i kąpieli (ona i tak poszłaby do rur) i tą wodą zalewać sedes po każdym siku i każdej kupie. Wiadro ma ok. 10 l, więc można tym zalać kupę (rezerwuar ma 6 l).
W domu dużo pierzemy i się kąpiemy, więc wody na spłukiwanie jest pod dostatkiem. Dzięki takiemu systemowi wodnemu zaoszczędziliśmy trochę wody i mamy nawet nadpłatę. Mam wrażenie, że przyczyniam się też do ochrony zasobów wody. Jedynie jest to trochę kłopotliwe i odwiedzający nas znajomi dziwnie się patrzą. Mimo to w domu nie śmierdzi nieczystościami.
Musieliśmy z żoną załatwić sprawy służbowe, które wymagały trochę czasu, więc trzeba było skombinować nianię do naszego małego bobaska. Przyjechała ciotka Kacperka, wszystko ładnie pięknie, pokazałem co trzeba i poprosiłem, czy mogłaby też nasypać karmy papudze, jak nas nie będzie parę godzin.
Wyjechaliśmy, dzień nam szybko zleciał i nagle dzwoni telefon – dzwoniła ciotka, która była w histerii. Nie mogłem się z nią dogadać, bo jąkała się i szlochała. Przerażeni spakowaliśmy się w sekundę i wróciliśmy do domu, ale nikogo tam nie było. Obdzwoniłem wszystkich i znaleźli się u teściowej. Przyjechaliśmy, teściowa też przerażona, i moja żona również, bo nikt nie wiedział o co chodzi. Ale każdy był zdrowy, więc mi ulżyło. Potem ciotka zaczęła opowiadać, że położyła Kacpra spać, poszła do salonu na telewizję i po paru minutach usłyszała płacz. Wstała, poszła do pokoju dziecka, ale ono nie płakało, a cały czas słychać było płacz... więc postanowiła uciekać. Zabrała śpiącego Kacpra, sama włożyła tylko buty, chwyciła kluczyki do auta i uciekła do teściowej zapłakana i przerażona.
Po tej historii myślałem, że zleję się ze śmiechu, bo wiedziałem, co się stało – od czasu gdy żona urodziła dziecko, papuga była zazdrosna i zaobserwowała, że jak dziecko płacze, to do niego idziemy, więc ona też zaczęła tak robić i udawała płacz, nawet całkiem dobrze, a teraz nie dostała karmy i zgłodniała, więc musiała „popłakać” :)
Wstaję rano, idę do kuchni wypić kawę przed pracą. Już od wejścia wita mnie on. Jedyny bliski w moim krótkim życiu. Witam się z nim, ale jak zwykle nie wychodzi z tego nic dobrego. Od razu ma do mnie pretensje. Wypomina mi wszystko, co zrobiłam źle w moim życiu. Zupełnie bez powodu. Obraża mnie, mówi jaka jestem beznadziejna, bezużyteczna. Dobiera słowa tak, żeby jak najbardziej mnie bolało. Z tego wszystkiego tracę chęć na zaparzoną kawę. Idę się ubrać i umalować. Już mam wychodzić, kiedy on na odchodne rzuca jeszcze parę obraźliwych słów w moim kierunku. Zamykam drzwi i staram się to ignorować. Jeszcze na klatce słyszę jego przytłumiony śmiech. Wiem, że jak wrócę do domu, czeka mnie ciąg dalszy. Cały czas próbuję się go pozbyć, ale wiem, że nigdy mi się to nie uda. Nie umiem nawet nikomu o tym powiedzieć. Wiem, że on będzie ze mną na zawsze.
Jestem Ola, a tak wygląda praktycznie każdy mój poranek. Mieszkam sama. I chyba zawsze będę, bo kto chciałby kogoś tak chorego? Pozostaje mi tylko on i garść tabletek co wieczór.
Paulina była moją dziewczyną od 6 lat - od 4 mieszkaliśmy w Stanach. Byliśmy zapracowani, ale szczęśliwi. Bez względu na wszystko poświęcaliśmy sobie codziennie czas. Układało nam się finansowo bardzo dobrze, ale bardzo rzadko zdarzało się, byśmy mieli dłuższy okres wolnego - nie było to takie złe, każde z nas pracowało z wielką pasją.
Wysyłaliśmy często zaproszenia dla rodziny Pauli (ja jestem z domu dziecka, nie mam żadnych krewnych) z propozycją, że zapłacimy za przelot. "Teściowie" jednak a to nie mieli czasu, a to krowa była w ciąży, a to święta były blisko (2 miesiące!) i za dużo przygotowań. Jakoś to przebolałem, ale wiedziałem, że Paulinie było przykro. Chciała nie tylko ich zobaczyć, ale również pokazać jak mieszkamy, jak wygląda teraz nasze życie. Sama nie bardzo mogła latać samolotem - dostawała wtedy duszności i (przyznam szczerze) było to na tyle poważne, że nie zgadzałem się na jej podróż.
Cztery miesiące temu wzięliśmy ślub. W USA. Jej rodzina nie przyjechała. Przeboleliśmy to - w końcu i tak dużo ważnych dla nas osób towarzyszyło temu. Trzy "miodowe" dni spędziliśmy w łóżku oglądając filmy, ale w końcu się wyłamaliśmy z tej bezproduktywności z ulgą: w końcu już od kilku lat żyliśmy jak małżeństwo. To był tylko papierek.
Jakiś czas po naszych zaślubinach, Paulina odebrała wyniki badań od lekarza. Okazało się, że trzeba zrobić jeszcze kilka innych. Dość szybko dowiedzieliśmy się, że ma raka płuc. Drobnokomórkowego, 5 lat przeżywa około 1% chorych. Czy może być bardziej jak w jakimś melodramacie czy innym tanim filmie? Może.
Gdy już trochę okrzepliśmy z tymi "nowinami" zostawiłem ją. Na dwa dni. To była szybka decyzja - telefon do kumpla z liceum, aby wszystko załatwił (bilety, dokumenty, informacje). Jazda na lotnisko, lot do Polski z przesiadką, podróż do Krakowa. Wziąłem ukochanego psa, którego Paula musiała zostawić w Polsce i wróciłem z nim. A teściowie? Prosili, bym o nią dbał. Tyle.
Nie będę wam opowiadał o terapii jaką przeszła moja żona, to zbędne. Ale wiedzieliśmy, że nie ma zbyt wielu szans. Staraliśmy się jak mogliśmy, by spędzić ten czasem razem: ja, Paula i pies Bruno. Pracę rzuciłem, pieniądze nie były problemem.
W końcu nastąpiła ostatnia faza - trafiła do szpitala. Chciałem, aby umarła. Wiecie czemu? Dlatego, że ją kochałem. Jeśli wiecie jak wygląda śmierć przy raku płuc, to pewnie rozumiecie.
I stało się.
Płakałem. Chyba bardziej ze szczęścia niż smutku. Brakowało mi jej. Cholernie. Ale wolałem, by nie żyła, niż wyła w nocy z bólu, dusiła się i dławiła krwią.
Ale to wyznanie nie ma być ani o mnie, ani o moim bólu w związku ze stratą Pauli. Ma mieć pozytywne zakończenie. "Teściowie" w końcu zobaczyli moją Paulinkę po raz pierwszy, po sześciu latach rozłąki. W trumnie :)
Od jakiegoś czasu śledzę swoją koleżankę w drodze do pracy.
Otóż okazało się, że do pracy jadę tym samym autobusem co moja koleżanka. Pech chciał, że zmienili mi rozkład jazdy i zamiast jechać wcześniej, muszę jechać o tej samej godzinie co ona. Gdzie problem?
Nienawidzę z kimś znajomym jeździć komunikacją miejską! Gadki-szmatki o niczym mnie okropnie męczą, a do tego mam problem ze słuchem i w większości przypadków połowy tego co ktoś mówi nie słyszę przy warkocie autobusu.
Tak więc już dłuższy czas unikam koleżanki jak ognia, żeby się nie wydało. Czekam na przystanku końcowym, aż przejdzie kawałek drogi i dopiero ruszam za nią i tak idę, zatrzymując się przy każdym zakręcie i czekając, aż dotrze pierwsza do pracy.
Czuję się z tym okropnie, ale chyba jeszcze gorzej by było, jakbym musiała dzień w dzień zmuszać się do rozmowy o 5 rano, kiedy jedyne o czym marzę to wrócić do łóżka.
Ot, mój mały sekret.
Dodaj anonimowe wyznanie