Napisałam niedawno komentarz i zostałam poproszona o opisanie całej tej sytuacji w wyznaniu. Historia dotyczy "dyktatorstwa modowego" w gimnazjum. Zanim znowu doczepi się jakiś hejter, napiszę, że zgadzam się z tym, że "szkoła to nie dyskoteka", w pełni popieram zakaz zbyt obcisłych/za dużo odsłaniających ubrań. Od biedy mogę uznać zakaz makijażu, malowania paznokci, piercingu i farbowania włosów, jednak reszta wymysłów dyrektorki zahacza o paranoję.
Nie wolno było mieć odkrytych ramion (nawet jeśli stanik był niewidoczny), nosić leginsów, spodni dresowych (chyba, że takie bardzo porządne), mieć kolorowych sznurówek, pasków z dużą klamrą, ubrań w żywych kolorach, ubierać się na czarno (na żałobę trzeba było mieć pozwolenie), nosić rzeczy charakterystycznych dla subkultur, ubrań z widocznym logo marki (Nike, Gucci itp., wyjątkiem był wf), ubrań zbyt ekstrawaganckich/modnych.
Spódnica (do niej obowiązkowo rajstopy) musiała sięgać co najmniej do kolan, buty na absolutnie płaskiej podeszwie i bez odkrytych paców, a biżuteria bardzo dyskretna i skromna. Musieliśmy mieć buty zmienne, ale nie mogły to być Conversy, Nike itp.
W glanach ani butach na obcasach nie wpuszczano do budynku, nawet jeśli miały być zostawione w szatni. Tak samo było z kurtkami w neonowych kolorach. Nie wolno było się zbyt wymyślnie uczesać (grzywka na bok, korona z włosów, warkocz na jedną stronę, czy duże, kolorowe spinki się do tego zaliczały).
Dziewczyny z dużym biustem, musiały mieć dekolt pod samą szyję (reszta 2-3 palce poniżej obojczyka), żeby nie prowokować chłopców. Chłopcy musieli mieć spodnie co najmniej do połowy łydki. Później doszedł zakaz okularów w grubych, kolorowych oprawkach.
Co się zalicza do zbyt ekstrawaganckich ubrań? Bluzka z rozszerzanymi rękawami, koronkowa bluzka z nieprzezroczystą podszewką, t-shirty z śmiesznymi nadrukami/nazwami zespołów, choker, spódnica z tiulową podszewką itp. Za każdorazowe przyjście w czymś takim była uwaga.
Za strój galowy uznawano białą koszulę i czarną/granatową spódnicę u dziewcząt oraz białą koszulę i czarne/granatowe spodnie od garnituru lub garnitur u chłopców. Buty oczywiście eleganckie. Każde odstępstwo np. biała bluzka zamiast koszuli, skutkowały uwagą.
Na wf musieliśmy mieć osobne buty, dozwolone były tylko te tanie halówki. Spodnie tylko czarne i luźne, długość co najmniej do kolan i najwyżej do połowy łydki. Bluzka koniecznie biała i luźna, gdy komuś choć lekko prześwitywał stanik (co czasem się zdarzało, bo nie trudno się zapomnieć i ubrać czarny stanik pod ciemną górę), dostawał jedynkę. Skarpetki musiały być białe, frote i dla odmiany markowe (swoje "pumy" kupiłam na bazarze, bo szkoda mi było kasy).
Dyrektorka co roku próbuje wprowadzać mundurki, ale rodzice się nie zgadzają. Limit znaków znów mnie pokonał. Kilka ciekawych sytuacji w komentarzu.
Odkąd pamiętam na widok pająków wszelkiego gatunku robi mi się niedobrze, wpadam w panikę, płaczę i uciekam gdzie pieprz rośnie. Dwa lata temu w czerwcu w moim oknie zawitały trzy krzyżaki – oczywiście na nic się zdały błagania rodziców, żeby mi te krwiożercze bestie pozabijali, a sama nawet bym ich kijem nie dotknęła. Pogodziłam się więc z faktem, że muszę dzielić okno z mało przyjazną rodziną. Do tego stopnia, że nadałam im imiona. Dwa większe nazwałam Andrzej i Bożena, trzeciego mniejszego – Szymek. Wychodzili na okno tylko po zmierzchu, coby mi nie zepsuć dnia, a świecić gołym odwłokiem przy świetle księżyca. I tak żyli sobie aż do sierpnia. Mama poprosiła mnie, żebym umyła okna. Tego dnia kompletnie zapomniałam o owej familii zamieszkującej moje okno od zewnątrz. Pech chciał, że Szymek tego dnia wyszedł na okno. Przez moją nieuwagę popsikałam Bogu ducha winne dziecię. Małe pajączątko spłynęło po szybie wraz z płynem, ja wpadłam w panikę i rzuciłam butelką z płynem w Szymka.
Rozpłakałam się, nie wiem czy ze strachu czy z tego, że go zabiłam. Opanowałam sytuację, umyłam okna, ale nie u siebie w pokoju. Nie chciałam niszczyć domu rodzicom małego Szymka. Andrzej z Bożeną chyba się skapnęli i przystąpili do działania – zemsta będzie słodka. Siedzieli na oknie już nie tylko w nocy, ale i w dzień.
Stwierdziłam, że koniec tego dobrego, skoro ich syn zginął, oni także muszą. Potraktowałam ich... sprejem do włosów. Dokładniej lakierem. Użyłam go na tyle dużo, że nie ruszyli się przez dwie godziny. Gdy tylko Andrzej zaczął podrygiwać dupskiem, a Bożena machać łapskami, po prostu strzeliłam ich butem. Owa część garderoby leżała na balkonie, dopóki mama nie ogarnęła, że pantofla jej brakuje.
Do dzisiaj drę się na widok najmniejszego pajączka, arachnofobia zostanie ze mną do końca życia.
Dodatek węglowy.
Chętnych na 3000 zł nie brakuje. Cwaniaków też. U nas w Limanowej bracia Cyganie złożyli wnioski o dopłatę do węgla. 24 wnioski z jednego adresu. Dziś czytam, że dopłatę dostaną tylko ci, którzy płacą za śmieci. Bracia Cyganie nie płacą, bo wszystkie śmieci od lat palą na podwórku...
Już czekam na ich krzyki o rasizmie.
Na wigilię zawsze jeżdżę z rodzicami do babci. Jako że zbiera się u niej całkiem spora liczba osób, każdy przygotowuje jakieś danie, żeby odciążyć babcię. Jedna ciocia była z zawodu kucharką, więc przyrządzone przez nią jedzenie zawsze znikało w mgnieniu oka. Wszyscy koniecznie chcieli spróbować jej dań, ale też i pozostałych pyszności. Wszyscy, tylko nie ja. Ja do 13 roku życia zjadałam jak największą ilość posiłków mojej mamy (która zdecydowanie nie należy do elity polskiej kuchni), ponieważ bałam się, że będzie jej przykro, kiedy zobaczy, że jej potraw zostało najwięcej.
Mam 19 lat, mój brat ma 25, a jego dziewczyna 23. To o niej głównie będzie to wyznanie. Mój problem jest taki, że moja „bratowa” traktuje mnie jak dziecko. Owszem, poznała mojego brata, gdy miałam około 12 lat, ale od tego czasu TROSZKĘ minęło i nie jestem już małą dziewczynką. Między mną a nią nie ma dużej różnicy wieku, więc nie wiem dlaczego tak zachowuje się wobec mnie. Podam kilka przykładów jej zachowań.
1. Miałam ostatnio małą sprzeczkę z moim chłopakiem (jestem z nim 4 lata). Powiedziała mi, że nie powinnam się tym przejmować, bo w MOIM WIEKU związki nie są trwałe, a tak poza tym powinnam zająć się nauką.
2. Ostatnio rozbiłam ekran mojego telefonu. Krzyknęłam na cały głos brzydkie słowo na k, a ta poskarżyła się moim rodzicom.
3. Poszłam do kuchni zrobić sobie herbatę. Wyrwała mi czajnik z dłoni, bo mogę się poparzyć.
4. Przejrzała wszystkie moje kosmetyki i wskazała te, które muszę koniecznie wyrzucić, bo zniszczą moją MŁODĄ cerę.
5. Na urodzinach mojego brata zadzwoniła do mojego ojca z pytaniem, czy może dać mi piwo... Które sama sobie kupiłam i przyniosłam.
6. Regularnie przypomina mi wychodząc z moim bratem z domu, że nie powinnam otwierać obcym.
Skarżyłam się bratu już milion razy. Mówi, że ona jest po prostu troskliwa... A mi opadają ręce. Rodzice wiedzą o jej zachowaniu i śmiechem-żartem zwracają jej uwagę, że mam już rodziców, więc nie musi się o mnie troszczyć. W stosunku do innych jest całkowicie normalna. Kompletnie nie rozumiem tego zachowania. Próbowałam z nią rozmawiać, ale zmienia temat albo wszystko przeinacza.
Biorą ślub. Nie mam już życia...
Na skutek różnych sytuacji przestałam ufać swojemu chłopakowi. Żeby go sprawdzić, opowiedziałam mu fikcyjną historię, która niby miała mi się przydarzyć. Po jakimś czasie rozstaliśmy się, każde z nas ułożyło sobie życie. Jedynym moim problemem stały się anonimy, które otrzymuję kilka razy do roku już od dekady. Dziś dostałam kolejny, a w nim pozdrowienia od wymyślonych przeze mnie bohaterów historii z adnotacją „Opłaciło się ich namierzyć i ściągnąć do kraju, mimo że od lat tu nie mieszkają. Dużo o tobie mi opowiedzieli”.
Nie wiem, czy gratulować pomysłu na uprzykrzenie mi życia, czy współczuć głupoty...
Kiedyś razem z przyjaciółką Kasią, gdy miałyśmy około 10 lat, poszłyśmy się pobawić na opuszczonym terenie obok osiedla, zarośniętym gęsto wszędzie suchymi krzakami oraz drzewkami. Było gorące lato i susza.
Chciałam pokazać Kasi super sztuczkę z ułożeniem zapałki w palcach, w którą trzeba pstryknąć i wtedy zapałka bardzo daleko leci podpalona.
Kiedy nagle wszystko dookoła zaczęło się palić, spanikowałam i z początku chciałam to ugasić. Nie dało rady, więc uciekłyśmy z miejsca zdarzenia.
Spaliłyśmy jakieś 100 m².
Rodzice się nie dowiedzieli, że to my, stwierdzili tylko, że śmierdzimy ogniskiem.
Gdy miałam około 13 lat, postanowiłam wraz z koleżanką, że zrobimy mały kawał. Chodziło w nim o to, że podchodzimy do jakiejś małej dziewczynki i mówimy, że jesteśmy nią z przyszłości. Za cel obrałyśmy siostrę koleżanki, Olę. No więc podchodzę do małej i mówię:
- Cześć, pewnie nie wiesz kim jestem, ale mam na imię Ola i jestem tobą z przyszłości.
Na początku mała Ola chwilę myślała, aż po chwili odpowiedziała:
- O niee, to ja będę taka brzydka...
Bolało.
Uwielbiam gryźć nieodpakowane cukierki. Zwłaszcza krówki.
Po przeczytaniu kilku postów o tematyce przemocy w rodzinie, chciałem się podzielić swoją historią. Nie wiem czemu, nie sądzę żeby komukolwiek pomogła, żeby kogokolwiek zainteresowała. Wychodzi na to, że dla siebie, żeby poczuć się lepiej, wywalić z siebie tę żółć.
Zacznę od tego, że nigdy nie zdobyłbym się na stwierdzenie, że w moim domu nie było miłości. Moi rodzice mają przeszłość w służbach, konkretniej w policji. Na co dzień zmagali się z potwornym stresem, chwilami skrajnym wykończeniem z uwagi na wydziały, w których pracowali i funkcje, jakie pełnili. W domu nie brakowało niczego, o nic nie musiałem się też nigdy martwić. Chyba że długością T-shirtu i przebieraniem na WF, bo czułem wstyd.
Razem z zaangażowaniem moich rodziców w kwestie dostatku, rosły oczekiwania. Nie pamiętam kto mnie pierwszy uderzył i w jakich okolicznościach – najwcześniejsze ze wspomnień sięga przedszkola, w którym to już płynnie czytałem i pisałem; utrwalając którąś z czytanek wybranych przez mojego ojca, popełniałem każdorazowo błąd w ostatnim zdaniu, wzbudzając olbrzymią frustrację u ojca, który w końcu nie wytrzymał i dość mocno mnie stłukł, następnie czytałem tak długo, aż poszło po jego myśli. Wczesne opanowanie tej umiejętności sprawiło, że w nauczaniu początkowym byłem prymusem, a oczekiwania rosły. Na tyle, że ocena niższa niż 5 skutkowała karą – tydzień bez komputera, bez wychodzenia na zewnątrz w celu innym niż szkoła, plus seria tekstów rujnujących mi psychikę. Ironiczne „gratuluję” po 4+ (żenujące błaganie nauczycielki, żeby zmieniła ocenę na 5-, ciarki zażenowania mam na samo wspomnienie). No i regularny wpierdol. Za pyskowanie, zachowanie, wszelkie zachowania odbiegające od przyjętej przez nich normy. Wieszakiem, kablem od żelazka, skórzanym pasem z ćwiekami. Pamiętam swoją małą grę, mającą na celu wywołanie jakiegoś poczucia winy, udawania, że otrzymałem cios w głowę i znieruchomienie, żeby zmusić ich do zastanowienia nad tym, co robią. Niestety, dość szybko się połapali w tej taktyce, co skutkowało tylko większym laniem. Nieważna była okazja, nieważny był sposób i pora. Zarówno ojciec, jak i matka wymierzali mi karę w sposób okrutny, a ja nigdy nie zrobiłem nic, co by uzasadniało pianę na ustach i czerwoną ze wściekłości twarz bijącego czym popadnie i w furii.
Dopóki to było jednak nauczanie początkowe, obrywałem głównie za dyscyplinę i matematykę. Nigdy zbyt sprawnie nie liczyłem i pierwsze niepowodzenia przyszły dość szybko i wiedząc, że otrzymuję tak okropne cielesne kary za stosunkowo wysokie oceny, to co zrobić z trójką, dwójką? Nie mówiłem o ocenach, wychodziło na zebraniu, a gniew był o wiele cięższy.
Coraz więcej rozumiałem, widziałem także, że moi rówieśnicy poza pojedynczymi przypadkami nie mają tego problemu – stałem się przedmiotem drwin.
Dodaj anonimowe wyznanie