Mam 27 lat, 175 centymetrów i prawie 130 kilogramów, jestem tzw. feedee, czyli kręci mnie otyłość, tycie i jedzenie i chciałabym się podzielić swoimi obserwacjami na temat życia takich dziewczyn jak ja.
Od zawsze miałam sporą tendencję do tycia i do końca liceum starałam się z tym walczyć, później odkryłam pewną stronę o feederyzmie i się kompletnie w to wkręciłam.
Do pewnego czasu byłam nadal nieśmiała w życiu realnym, ale mniej więcej 5-6 lat temu poznałam przyjaciółki ze studiów i zaczął się w moim życiu okres częstych imprez. Zmieniłam swój styl bycia, ubiór, mogę powiedzieć, że stałam się pewna siebie. I naprawdę ilość facetów, którym się zaczęłam podobać była ogromna. Na każdej imprezie, w każdym klubie, czuję i widzę te spojrzenia, podchodzi do mnie wielu mega przystojnych gości, flirtuje, stawia drinki itp. Na tinderze co najmniej 2/3 facetów, których lajkuję, trafia do par, a uwierzcie mi, że mam wymagania z kosmosu. Jak to kiedyś powiedziałam, niżej niż 9/10 nie zejdę i umawiam się tylko z konkretnymi przystojniakami z sześciopakiem z siłki, piłkarzami, siatkarzami i zawodnikami MMA. Większość jest od razu napalona na wypady do maka, kfc, kebsa, lody. Zdarza się też wiele próśb w stylu „mogę ci pomasować brzuszek” albo „usiądź mi na twarzy”.
Ostatnio okazało się, że nowy chłopak (wielki sportowiec, pierwszoligowy siatkarz) jednej z moich koleżanek (laseczka szczuplutka, modeleczka) też był w moich DM na tinderze (kojarzył mnie jeszcze ze studiów, chciał iść na drwala, a potem wymasować sadełko xd), ale ostatecznie go olałam (nie wiem jeszcze, czy jej to mówić czy nie). Mój ostatni były „piłkarzyk” zerwał dla mnie ze swoją fit dziewczyną (właściwie to okazało się, że chwilę grał na dwa boiska, to go pogoniłam) i nieźle ją zszokowało jak zobaczyła, dla kogo ją zostawił.
Wszystko mogłoby się wydawać piękne, bo powodzenia mogą mi zazdrościć wszystkie fitnessiary itp., ale właśnie jest jedno ale – większość facetów próbuje mnie ukrywać przed kolegami, rodziną i innymi. Uznają, że fajnie jest się zabawić, ale jednak wyjść publicznie to nie bardzo.
Jeden z chłopaczków, którzy do mnie wypisywali (ten za to chciał, żebym go zgniotła tyłkiem i brzuchem xd) miał nawet na insta zdjęcie z siłki w koszulce JUK, więc jak widać, inaczej interpretował ten slogan xd
Sama nie wiem, czy chwalę się swoimi podbojami czy się żalę, ale zwyczajnie śmieszy mnie ta społeczna hipokryzja i piętnowanie grubych dziewczyn.
A wy, moje grubiutkie, nie przejmujcie się kilogramami, biusty i tyłki w ruch ;)
PS A jak ktoś się gapi na Twój „bebech”, to pewnie sam chciałby dotknąć ;)
Przez pomyłkę fuknęłam sobie do nosa sprejem na gardło. Prawie mi wyżarło nos, ale pomogło jak nigdy!
Sytuacja z ostatnich wakacji.
Wracam do domu z weekendu w Chałupach, ok. godziny 12 w nocy w niedzielę. W tamtym czasie mieszkałam u babci przyjaciółki, która do wejścia do domu miała schodki w górę, z dwóch stron otoczone krzakami. Zawsze przed wejściem na te schody w nocy zapalałam sobie latarkę w telefonie, żeby upewnić się, że nie ma tam żadnej pajęczyny, bo pająków boję się najbardziej na świecie. No i zapalam latarkę i widzę ogromnego 5-centymetrowego pająka z wielką pajęczyną... Wpadłam w panikę. Starałam się nawet go stamtąd zrzucić, ale strach we mnie wygrał i nawet dwumetrowym patykiem bałam się go dotknąć. Nie chciałam za bardzo dzwonić po znajomych o takie „głupstwo”, więc weszłam do auta cała we łzach i czuję, że jedynym wyjściem będzie nocka w aucie na siedzeniu (całe szczęście miałam ze sobą śpiwór). Na drugi dzień rano wstałam i po pająku i jego pajęczynie nie było śladu... Ufff, co za ulga!
Tego samego dnia pracowałam do późna, wracam z pracy, a pająk znów tam jest! Stwierdziłam, że nie dam się i nie będę znowu spała w aucie. Zadzwoniłam po taksówkę i gdy facet przyjechał powiedziałam mu, że nie chcę, żeby mnie zawoził w żadne miejsce, tylko żeby zabił mi pająka. Zrobił swoje, dałam mu dwie dychy i odjechał. Powiedział, że 20 lat pracuje jako taksówkarz, ale takiej sytuacji jeszcze nigdy nie miał.... No cóż :)
Stworzyłem nieprawdziwe konto na znanym portalu społecznościowym, nie podając praktycznie żadnych informacji poza zmyślonym imieniem i nazwiskiem.
Zaprosiłem około 30-40 osób z danego miasta do znajomych. Warto dodać, że w tym mieście osoba o wybranym przeze mnie imieniu i nazwisku w ogóle nie istnieje.
Po pewnym czasie otrzymywałem propozycje do znajomych. Przez kilka tygodni liczba wyniosła około 200 znajomych. Bez żadnego wysiłku.
Po pewnym czasie zapomniałem o fejkkoncie i je olałem.
Ostatnio wszedłem i oto co zastałem: sporo zaczepek, zaproszeń itp. Kilka wiadomości co u mnie. I wiele życzeń urodzinowych. Od osób, których nie znam, dla osoby, która nie istnieje.
Wnioski wyciągnijcie sami :)
Poprosiliśmy teściową o pomoc w opiece nad dwuletnią córką. Ja musiałam jechać do pracy, a mąż miał pracować zdalnie, ale potrzebował skupienia. Od razu zaznaczę, że bardzo rzadko angażujemy do opieki naszych rodziców. Teściowa przyjechała, dostała kolację, następnego dnia rano dawałam córce śniadanie przed wyjściem, a mąż pokłócił się z matką o totalną bzdurę. No cóż, kłócą się czasem, trudno, przejdzie im. Miałam mało czasu, więc mój luby postanowił zrobić śniadanie dla naszej trójki, ale teściowa nawet go nie tknęła, bo się obraziła. Wyszłam do pracy, a mąż napisał mi, że mama nie chce ani rozmawiać, ani jeść. Próbował do niej dotrzeć, ale się nie udawało. Po pracy musiałam załatwić parę spraw i byłam w domu dopiero ok. 18. Zaproponowałam teściowej coś do jedzenia, ale odmówiła twierdząc, że już jadła, co było oczywiście nieprawdą. Mąż zapytał jej, czy jest w ogóle jakaś szansa, że porozmawiają, skoro oboje ochłonęli. NIE. Myślałam, że strajk głodowy dotyczy głównie dzieci, ale pomyliłam się. Uznałam, że skoro ona nie chce porozmawiać z synem, to ja też z nią rozmawiać nie będę. Trudno. Nie mówię, że mam idealnego męża, ale na pewno nie zasłużył na takie traktowanie. Nie zasłużył na ciągłe wpędzanie w poczucie winy czy na stałą krytykę, która niestety skutecznie obniżyła jego samoocenę. Kiedyś teściowa powiedziała mi, że chwalenie swoich dzieci nie jest dobre. Za to mówienie, jacy to są beznadziejni i z niczym sobie nie radzą (podczas kiedy mój mąż ma dobrą pracę, wykształcenie, dobrze zarabia i jest wspaniałym tatą, a ona od kilku lat nie może znaleźć sobie pracy i wciąż narzeka) jest już OK. Co innego bratanek, którego rozpieszcza i wychwala do granic możliwości.
Mąż coraz częściej mówi, że jego mama jest toksyczna i chce zerwać z nią kontakt. Odradzałam mu to, ale chyba przestanę to robić.
Mam kompleksy na punkcie mojego wzrostu. Jako 22-letni mężczyzna mierzę 168 cm wzrostu. Próbowałem się z tym pogodzić, ale nie potrafię. W dzisiejszych czasach odstawanie od normy jako mężczyzna to koszmar. Ludzie mówią, żeby umawiać się z niskimi kobietami, ale tak pisać mogą jedynie ci, którzy są wysocy. Niskie kobiety nie przepadają za niskimi facetami. Nawet komentarze na tej stronie potrafią to potwierdzać przy niektórych wpisach. Choć nie twierdzę, że wszystkie takie są. Na dodatek niskich kobiet jest w moim przedziale wiekowym mało. Znam dziewczyny z przedziału 170-180, a kobiet niższych wcale. W dzisiejszych czasach kobiety są wyższe. Mi osobiście wzrost partnerki nie przeszkadza, podobały mi się dziewczyny równe bądź wyższe, te niższe również, aczkolwiek takich koleżanek akurat nie mam.
Nie wiem co na to poradzić, jak przestać przejmować się wzrostem, próbowałem już kilka razy, ale to zawsze wraca. Gdy widzę ludzi w moim wieku wyższych o głowę, czuję się jak dziecko. Widzę, że dużo mężczyzn ma ten problem, tysiące takich wyznań w internecie w każdym języku mówi za siebie. To poważny problem w społeczeństwie.
Mam hobby, przyjaciół, ale na wzrost to nie pomaga, to magicznie nie sprawi, że kobiety czy ogólnie społeczeństwo zaakceptuje mnie w pełni. W dzisiejszych czasach wygląd jest wszystkim. Staram się o siebie dbać, ubierać się, ale nie wiem, czy coś to daje. Na siłownię też nie mam co liczyć, wyglądałbym karykaturalnie.
Dzieci też nie mam zamiaru mieć, nie chcę, by odziedziczyły mój wzrost.
Nie mam żalu do ludzi czy kobiet ogólnie, a jedynie do samego siebie – za to, że nie urosłem. Bogaci i ładni mają w życiu raj. Oczywiście jeśli nie zmarnują potencjału.
PS Zawsze współczuję wszystkim niskim, którzy piszą takie wpisy, niezależnie od płci – wiem, jakie to cierpienie.
Nie liczę na żadne rady, na to nie ma żadnej porady. Chciałem to tylko z siebie wyrzucić.
Znajomy był producentem wody ozonowanej. Nigdzie u niego nie widziałem jednak specjalistycznego sprzętu, więc zapytałem go, jak wygląda proces ozonowania. Ten zabrał mnie do magazynu wypełnionego baniakami, podniósł rękę w biskupim geście i powiedział „Niniejszym ja ciebie teraz ozonuję”. A ludzie kupowali to jak szaleni...
Moja rodzina jest na pozór idealna. Tata – dobry lekarz, mama – wspaniała nauczycielka. Mieszkamy w średniej wielkości mieście i nasze nazwisko całkiem się liczy, bo moi rodzice często biorą udział w akcjach charytatywnych i są organizatorami drobnych imprez.
Mam wrażenie, że tylko ja ich nienawidzę. Bo nikt inny nie wie, że na wsi oddalonej o 100 km zabił się brat mojej mamy.
Damian urodził się, gdy mama miała 17 lat. Wszystko było okej, ich kontakt był słaby i to ja złapałam z nim lepszy – potrafiłam gadać z Damianem godzinami! I to mi pierwszej wyznał tajemnicę – był gejem.
Damian pomagał babci i dziadkowi (swoim rodzicom) w prowadzeniu gospodarstwa rolnego. I pewnego razu dziadek przyłapał go w stodole z Mateuszem... Wybuchła wojna i chociaż rodzice Mateusza go zaakceptowali, chłopak zerwał z moim wujkiem. A wujka wyrzekli się wszyscy oprócz mnie – tak mi mówił, to były nasze ostatnie rozmowy. Wuja zamieszkał w jakimś schronisku, próbował żyć, ale nie potrafił. Stracił wszystko i nie mógł sobie z tym poradzić, a ja miałam tylko 15 lat, nic nie mogłam... Strasznie żałuję, że nie zrobiłam nic więcej. Że moje rozmowy z rodzicami nic nie dawały...
Pewnego weekendu zadzwoniła babcia i z jadem wysyczała, że ten bezbożnik się jeszcze zabił. Popełnił kolejny grzech, przyniósł wstyd.
A moi rodzice to wszystko popierają.
A ja? Jestem 17-letnią lesbijką.
Sytuacja miała miejsce wczoraj w jednym z większych polskich miast. Tuż po pracy poszedłem do spożywczego po coś do jedzenia. Jako że mi się trochę spieszyło, nie zmieniałem stroju, w którym pracowałem, co będzie najważniejsze w tej sprawie.
Przy stoisku z nabiałem podeszła do mnie urocza, na oko dwudziestokilkuletnia niewiasta. Zaczęła rozmowę, mówiąc, że pierwszy raz podchodzi do nieznajomego i bardzo się wstydzi, ale musiała to zrobić, bo jestem „nieziemsko przystojny”, a fakt, że posiadam ów uniform „nakręca” ją jeszcze bardziej. Całą pochlebną mi wiązankę skwitowała prostym zapytaniem o numer telefonu i spotkanie.
Było mi naprawdę miło. Tylko że ten uniform to sutanna, a ja wracałem z popołudniowej mszy.
Dla ciekawskich: nie, nie spotkałem się z nią; grzecznie zaprosiłem natomiast na Drogę Krzyżową, ale chyba zrezygnowała, bo jej nie widziałem. No cóż :D
Pracuję z dziećmi w różnym wieku.
Raz dziecko przedszkolne wyjątkowo się zmartwiło z powodu popełnionego przez siebie błędu. Powiedziałam, jak zwykle, że każdy robi błędy lub ma braki w wiedzy, także dorośli. To zupełnie normalne. I nawet jak już będzie bardzo stare, to dalej będzie się czasem myliło. Przedszkolak rozpogodził się i spostrzegł radośnie: „Pani też!”.
Kwestia nieperfekcyjności jest dla mnie bardzo trudna i usłyszenie takich słów z ust rozpromienionego i pełnego akceptacji dla mnie dziecka było dla mnie wyjątkowo cenne. Chciałabym usłyszeć podobne przesłanie z podobnym przekonaniem i podobnie bezbrzeżną akceptacją od kogoś dorosłego, a chyba zawsze wyczuwam w takich słowach jakiś odcień oceny.
Pracuję nad moim odbiorem słów i rzeczywistości, oczywiście.
Chciałam to napisać jako komentarz do wyznania o ośmiolatku, który znał ciekawostkę biologiczną, jakiej nie znała jego siostra z biol-chemu, ale pomyślałam, że przestrzeń tutaj może być bardziej odpowiednia.
Dodaj anonimowe wyznanie