#QBEEC
Wysyłaliśmy często zaproszenia dla rodziny Pauli (ja jestem z domu dziecka, nie mam żadnych krewnych) z propozycją, że zapłacimy za przelot. "Teściowie" jednak a to nie mieli czasu, a to krowa była w ciąży, a to święta były blisko (2 miesiące!) i za dużo przygotowań. Jakoś to przebolałem, ale wiedziałem, że Paulinie było przykro. Chciała nie tylko ich zobaczyć, ale również pokazać jak mieszkamy, jak wygląda teraz nasze życie. Sama nie bardzo mogła latać samolotem - dostawała wtedy duszności i (przyznam szczerze) było to na tyle poważne, że nie zgadzałem się na jej podróż.
Cztery miesiące temu wzięliśmy ślub. W USA. Jej rodzina nie przyjechała. Przeboleliśmy to - w końcu i tak dużo ważnych dla nas osób towarzyszyło temu. Trzy "miodowe" dni spędziliśmy w łóżku oglądając filmy, ale w końcu się wyłamaliśmy z tej bezproduktywności z ulgą: w końcu już od kilku lat żyliśmy jak małżeństwo. To był tylko papierek.
Jakiś czas po naszych zaślubinach, Paulina odebrała wyniki badań od lekarza. Okazało się, że trzeba zrobić jeszcze kilka innych. Dość szybko dowiedzieliśmy się, że ma raka płuc. Drobnokomórkowego, 5 lat przeżywa około 1% chorych. Czy może być bardziej jak w jakimś melodramacie czy innym tanim filmie? Może.
Gdy już trochę okrzepliśmy z tymi "nowinami" zostawiłem ją. Na dwa dni. To była szybka decyzja - telefon do kumpla z liceum, aby wszystko załatwił (bilety, dokumenty, informacje). Jazda na lotnisko, lot do Polski z przesiadką, podróż do Krakowa. Wziąłem ukochanego psa, którego Paula musiała zostawić w Polsce i wróciłem z nim. A teściowie? Prosili, bym o nią dbał. Tyle.
Nie będę wam opowiadał o terapii jaką przeszła moja żona, to zbędne. Ale wiedzieliśmy, że nie ma zbyt wielu szans. Staraliśmy się jak mogliśmy, by spędzić ten czasem razem: ja, Paula i pies Bruno. Pracę rzuciłem, pieniądze nie były problemem.
W końcu nastąpiła ostatnia faza - trafiła do szpitala. Chciałem, aby umarła. Wiecie czemu? Dlatego, że ją kochałem. Jeśli wiecie jak wygląda śmierć przy raku płuc, to pewnie rozumiecie.
I stało się.
Płakałem. Chyba bardziej ze szczęścia niż smutku. Brakowało mi jej. Cholernie. Ale wolałem, by nie żyła, niż wyła w nocy z bólu, dusiła się i dławiła krwią.
Ale to wyznanie nie ma być ani o mnie, ani o moim bólu w związku ze stratą Pauli. Ma mieć pozytywne zakończenie. "Teściowie" w końcu zobaczyli moją Paulinkę po raz pierwszy, po sześciu latach rozłąki. W trumnie :)
Moja mama zmarła na raka płuc. Nikt nie wie o tym że płakałam nie z żalu, a z ulgi. Że przestała cierpieć. Rozumiem Cię więc, autorze. Trzymaj się.
Przeżywałam to samo, mama zmarła gdy byłam u niej w szpitalu, była przytomna do końca. Patrzysz w oczy i widzisz źe ona teżchce umrzeć aby nie cierpieć i wiesz że możesz tylko czekać. ..
Mój tata miał raka żołądka z przerzutami na kości i wątrobę. Ostatni tydzień zycia to było coś strasznego. Cały czas jęczał z bólu, a nic już na ten ból nie pomagało. Ulga że już nie cierpi była. Ale żal, smutek, rozpacz też.
Mój tata nawet nie powiedzial, ze ma raka i niedługo umrze, chociaż wiedział. Zmarł rok temu, dzień przed moimi urodzinami. Tak cholernie tęsknię.
Mój dziadek też umarł na raka kości, nawet nam nie powiedział, a cierpiał strasznie. Dowiedzieliśmy się 3 miesiące przed śmiercią, kiedy lekarze do nas zadzwonili. Nie wiem jak można być ledwo żywym i udawać normalnego staruszka. Tyle pokory do bólu w życiu nie widziałam. Od tego czasu przysięgłam sobie, że nigdy nie będę narzekać, że jest mi niedobrze, że boli, że źle się czuje. Trzymajcie kciuki by się udało ;))
Przeraża mnie postawa rodziców... Jaki musieli mieć powód, że nawet wiedząc, że ich córka umiera na raka, nie odwiedzili jej?
Tym bardziej, że pieniądze nie były problemem..
Krowa znowu zaciążyła...
Dlatego ja popieram eutanazję w taich właśnie przypadkach gdy człowiek nie wyjdzie z choroby a musi leżeć i wyć z bólu i męczyć się w agonii. Wyraz wspolczucia autorze. Mój kuzyn chorował na białaczkę i w ostatnim tygodniu życia gdy męczył się i stracił przytomność jego ojciec nie wyraził zgody na reanimacje. Powiedział , że on wystarczająco się wycierpiał i żeby dali mu spokojnie umrzeć. Rodzice chłopca nie mogli już patrzeć na agonie syna. Także trochę Cię rozumiem. Trzymaj się.
Zgadzam się w 100%. Chory powinien mieć prawo wyboru. Nienawidzę tego, gdy politycy zaczynają kłamać, że eutanazja to zabijanie starych i niepotrzebnych ludzi.
Bo taka prawda. Wiesz co się robi na zachodzie? Jest dramat...
dokladnie, uporczywa terapia to okrucienstwo
Boże jakie to przykre. Zycie samo w sobie bywa ciężkie. Czemu dodatkowo ludzie robią z niego takie piekło swoim zachowaniem...
Strata bliskiej osoby boli ale patrzenie jak ona cierpi i ta bezradność jest straszna... Pozdrawiam trzymaj się Autorze
Dlatego jestem za ,,usypianiem" osób dla których nie ma już wiary. Biedula odchodzi w spokoju a nie w bólu i agonii.
Jednak mam wrażenie, że na rodziców Pauliny niesłusznie spadła krytyka. Nie zobaczyli córki nawet gdy umierała, dobrze.
Ale to ludzie starzy i zapewne po prostu się bali bo mogli nigdy nie lecieć samolotem lub mieli jakąś ukrytą traumę.
To smutne jak wszyscy mówicie, że są okropni gdy może oni także mieli problemy zdrowotne bądź traumę.
To się nazywa eutanazja
Zapomniałam tej nazwy. Dzięki za przypomnienie.
Wzruszylam się. :( Piękna, chociaż smutna historia.
Mój dziadek zmarł na raka płuc. Rozumiem Cię autorze. Ja, niestety, płakałam z żalu.
Wybacz, ale nie wierze. Nikt nie wpuscilby psa do USA bez szybszego zalatwiania formalnosci. Psu trzeba bylo wyrobic paszport, zaszczepic, odrobaczyc na tydzien przed podroza, nie wiem czy do USA nie potrzeba jakis dodatkowych rzeczy jeszcze.
Bajkopisarze nadal zapominają sprawdzać wszelkie życiowe sytuacje, żeby nie wtopić wiarygodności. Ale za to historia piękna...
Przecierz napisał ,że kumpel z liceum załatwiał dokumenty i iformacje 😕
Na prawdę myślisz, że tak trudno znaleźć weterynarza, który sfałszuje datę wystawienia paszportu, odrobaczenia i szczepienia...? Kiedy wyjeżdżałam na wakacje to wszystkie formalności zajęły mi 2h łącznie z dojściem do pierwszego lepszego gabinetu, a lekarz bez żadnego problemu i dodatkowej zapłaty wpisał taką datę żeby wszystko się zgadzało i żebyśmy mogli jeszcze tego samego dnia przekroczyć granicę.
Pies mógł już mieć wyrobione dokumenty, wtedy potrzebne są tylko szczepienia które mogą być zrobione minimum 48h przed lotem, a to było możliwe go jak autor napisał kolega mu pomógł a sam lot z USA do polski z przesiadkami trwa około 10 godzin wiec jeśli ktoś zabrał psa do weterynarza jego przewóz był możliwy i też wszystko zależy od psa np jeśli pies jest mniejszy tzn ma mniej niż 10 kg, może lecieć na pokładzie i wtedy jest mniej wymaganych badań/kwarantanny itd.
Pies jak pies. Mnie bardziej zastanawia jakie oni mieli ubezpieczenie zdrowotne, że przy takiej ciężkiej chorobie i na pewno kosztach z nią związanych, Autor mógł sobie rzucuć pracę bo "pieniądze nie były problemem".
Mnie zastanawia ile lat miał ten ukochany pies po sześciu latach rozłąki...
Jakoś mi się smutno zrobiło jak to przeczytałam.