Mam prawie pięćdziesiąt lat i gdy dowiedziałam się, że mój mąż, z którym jestem już ponad ćwierć wieku, mnie zdradził, a właściwie zdradzał, bo był to romans trwający ponad dwa lata, to mu wybaczyłam. Przyszedł do mnie i wyznał prawdę i poprosił, byśmy zaczęli od nowa, a ja po namyśle wybaczyłam. Nasze dzieci, moi rodzice i teściowa uważają, że dobrze zrobiłam i nie rozbijam rodziny. Oczywiście tyle lat razem, a to był błąd, za który nie mogę skreślić męża.
Teraz niby wszystko jest dobrze, aż wręcz cukierkowo.
I to mnie wkurza.
Prawda jest taka, że wybaczyłam w teorii, bo mam nienawiść w sercu do męża za to, co mi zrobił, a nie rozwodzę się, bo sama bym sobie nie poradziła finansowo.
Mąż zarabia dużo, ja najniższą, dom oraz samochody są na niego i do tego kilkadziesiąt lat temu namówił mnie na intercyzę, bo ma firmę i nie chce, bym odpowiadała za jego hipotetyczne długi.
Dodaj anonimowe wyznanie
Może trzeba było wziąć rozwód. Sąd by orzekł jego winę i musiałby ci były mąż płacić alimenty
Kurcze, faktycznie ciężka sytuacja. Gdyby nie ta cała otoczka, to powiedziałabym, że powinnaś go rzucić, bo tłumienie w sercu nienawiści i życie na co dzień z człowiekiem, do którego się ją czuje, musi być torturą i na pewno nie jest zdrowe. Jednak rozumiem twoje obawy finansowe. Mimo wszystko przemyśl to dokładnie. Chyba musisz po prostu poustawiać sobie priorytety, bo uważam, że jeśli masz stałą pracę, to nawet z najniższą krajową dałabyś radę, choć oczywiście twój standard życia znacząco by się obniżył. Pytanie brzmi czy jesteś na to gotowa, czy jednak twój obecny standard życia jest dla ciebie tak ważny, że w imię utrzymania go jesteś gotowa dalej tkwić w tej niezdrowej dla ciebie sytuacji. I nie piszę tego jako krytyki, bo to decyzja, którą po prostu musisz podjąć sama, w zgodzie ze sobą.
Sierra, a jaką zdrową propozycję życia proponujesz dla pięćdziesięciolatki z minimalną krajową, która młodsza nie będzie, dodatkowo powoli, ale jednak, zbliża się do emerytury, kiedy jej przychód jeszcze zmaleje prawdopodobnie?
Alimenty fajnie, jak się uda. Ale za minimalną nie ma szans wynająć mieszkania dla siebie i odkładać poduszkę finansową oraz dbać o profilaktykę zdrowia, a już jak się ma choroby przewlekłe do leczenia to... Znam osobę, która na emeryturze pracowała razem z mężem po 12 h dziennie za najniższą, żeby leki ogarnąć, a sama nie mieszkała, bez uzależnień, w bardzo niskim standardzie ekonomicznym.
Jakie są koszty zostania, w których problemem jest świadomość braku dostatecznej rekompensty dawnej krzywdy lub niepogodzenie się z tą krzywdą, a jakie koszty prób ogarnięcia życia na nowo? I jakie są społeczne koszty takiej decyzji, bo to nie tylko kwestia finansów i tej jednej relacji, ale kwestia całej sieci relacji.
Nie można też założyć, że sam rozwód i proces usamodzielnienia nie pogorszą stanu zdrowia i możliwości zarobkowych czasowo lub stale. Łatwo radzić i oceniać z zewnątrz. Wiem, że uznajesz, że dwcyzja jest złożona.
Oczywiście, każda sytuacja i szkoda przeżywana na skutel tragicznego małżeństwa jest inna. Tu wybór jest zdecydowanie między jedną a drugą niezdrową sytuacją (zostać lub odejść i żyć na granicy przetrwania), chyba że ewentualnie w tym przypadku byłyby gwarantowane alimenty zabezpieczające autorkę finansowo w sposób wystarczający nie tyle do utrzymania standardu życia, co do zachowania podstawowego zdrowia.
Typowy facet
Jako singielka nie weszłabym w taką relację, ale też nie wyszłabym z niej, gdybym już w niej była.
Niezależność przy braku możliwości uzysania bezpieczeństwa finansowego jest mocno przereklamowana. Tak czy inaczej niemal każdy, kto nie jest na szczycie (i wielu z tych, którzy są, musi iść na jakieś ustępstwa, xzy to wobec szefa, czy wobec klientów, opiekunów etc.
Jaknpoza ukrywaną złością i nieprzebaczeniem nie jest źle, to w gruncie rzeczy nie jest to aż tak zła sytuacja na tle wszelkich możliwości.
Zemścij się, rozbij niby przypadkiem jego samochody, zniszcz jego firmę.
Świetna rada, nie ma co. No brawo!
Można żyć obok siebie, ale to nie jest życie.