#ZqLwi

To będzie typowa historia udowadniająca, że lenistwo to ojciec prostych i skutecznych rozwiązań. Otóż, od zawsze mieszkałam z starszą o 5 lat siostrą w jednym pokoju. Oczywiście pojawił się odwieczny problem kto wieczorem zgasi światło. Na początku miałyśmy regułę, że gasi ta co ostatnia się położy, ale pewnego dnia(a raczej wieczoru) jak miałam tak z pięć latek, zawołałam mamę, żeby mnie pocałowała na dobranoc. 

Kiedy mama wychodziła powiedziałam: A zgasisz przy okazji światło? Mama zgasiła, wyszła, a ja szepnęłam w konspiracji do siostry: to się nazywa automatyczne gaszenie. Od tego momentu siostra zawsze mówiła: Nie chce mi się gasić. Zgasisz automatem?

#Nfobk

Przez 10 lat walczyłem z łupieżem. Najpierw różnymi szamponami, miksturami, olejami, potem kilka lat przy pomocy dermatologów. W końcu wybrałem się do pana znachora, specjalisty od medycyny tradycyjnej. Zapytał czy często się drapię, powiedziałem, że tak. A on na to, "to przestań". Okazało się, że to wystarczyło. Oczywiście uzasadnił swoją poradę po tym jak zacząłem się śmiać.

Okazało się, że drapanie to częste zachowanie kompulsywne. Ludzie drapią się, wprowadzając bakterie i inne syfy pod naskórek. Tworzą się rany, stany zapalne, grzybice i inne, które swędzą i wtedy drapię się jeszcze bardziej. Po miesiącu świadomego powstrzymywania się od drapania oraz stosowaniu szamponu bez chemii, łupież zniknął. Dermatolodzy naciągnęli mnie na niezłą kasę, więc czasem dobrze wysłuchać alternatywnych pomysłów.

#exeMq

Takie wyznanie trochę o depresji. Piszę, bo może ktoś tu ma podobnie i zrozumie.

Mam za sobą ponadprzeciętną ilość doświadczeń życiowych. Zawsze lubiłam próbować nowych rzeczy, mieszkałam w wielu miejscach, studiowałam różne dziedziny, w ramach zainteresowań przetrzepałam większość tego, co dostępne.
Miałam plany, cele.

Ale to się skończyło.

Mam dwubiegun, czyli całe życie męczą mnie nawracające depresje (tak, leczę).

W tej chwili nie interesuje mnie NIC. I obawiam się, że to już nie po prostu depresja, tylko wyczerpanie złoża. Wszystko jest nudne, wszystko należy do jakiejś kategorii, którą znam, jeśli nie znam nawet wybiórczo danego przedmiotu (dla przykładu ćwiczyłam kilka rodzajów sztuk walk, ale nie znam np. taekwondo, ale należy ono do kategorii, którą znam i wiem, jak to byłoby mieć znowu treningi, tylko robić coś innego). Wiem, do ilu rzeczy nie mam predyspozycji. Wiem, w czym widzę potencjał, ale z doświadczenia nie nadaję się do danej dziedziny.

Z powodu zdrowia fizycznego musiałam przerwać studia kilka razy. Ostatecznie jestem z niczym, ale już NIC mnie nie pociąga. A coś musi, jeśli mam kontynuować tę męczarnię zwaną życiem. Po co? Żeby pracować i być samodzielnym.

To uczucie, kiedy mam podjąć kolejną aktywność, ale wiem już, do jakiego poziomu mogę dojść, gdzie utknę, co będzie problemem, za co mogę znienawidzić daną rzecz, jakie jest miejsce tej rzeczy w świecie, czy jest potrzebna, czy raczej nabędziesz kolejną „ciekawą cechę”. Mam już dość „ciekawych cech”. Nie mam marzeń, bo większość zrealizowałam albo nie jestem w stanie ich zrealizować, albo nie warto.

Chciałabym już przestać uczestniczyć w tym świecie, ale bardzo ciężko przełamać instynkt, który nakazuje żyć mimo wszystko.

#3PIdR

Mam raczej dosyć nietypowy problem.
I pewnie wielu z was na początku pomyśli sobie, że taki problem to nie problem, dramatyzuję i typ podobne, ale to zaczyna być naprawdę uciążliwe.

Mam hiperrealistyczne sny. I brzmi to dziwnie, bo to tylko sny, ale ja nie odróżniam tego co działo się w śnie od rzeczywistości.
Przykład? Byłem święcie przekonany, że moja ciocia nie żyje, przecież pamiętam, jak ją opłakiwałem, byłem na jej pogrzebie.
Pamiętam jak dziś wisielca na drzewie nad rzeką, w co był ubrany, jak miotało go na wietrze. Co prawda ktoś rzeczywiście kiedyś się tam powiesił, ale nie mogę tego pamiętać, bo było to 60 lat temu.

Pamiętam dokładnie sylwestra, na którym całowałem się z koleżanką i później nie odzywaliśmy się do siebie 3 miesiące. Sęk w tym, że wspominając z kolegami sylwestra okazało się, że w ogóle jej tam nie było. A nie odzywaliśmy się do siebie, bo po prostu raczej rzadko rozmawiamy. I wiem, że to sny, przynajmniej w większości, bo zazwyczaj są to sny, z których się budzę, po czym kładę się od razu spać. Praktycznie nigdy nie pamiętam tych snów po kolejnym przebudzeniu. Działa to też w drugą stronę. Długo miałem paranoję po tym, jak Kinga (imię zmienione), z którą przez jakiś czas byłem w związku, powiedziała mi, że to wszystko nie miało miejsca, ubzdurałem sobie i jestem chory psychicznie. Byłem taki skołowany, że dopiero po paru dniach przypomniałem sobie, że przecież są zdjęcia z tego wesela, mam rozmowy z nią, jej różne zdjęcia zapisane gdzieś w rolce aparatu czy snapa.

Raz kłóciłem się z mamą, że przecież sąsiad żyje, widziałem go w tamtym tygodniu w sklepie, raz nawet mnie podwoził do miasta, żebym nie musiał stać na przystanku.
Doszło do tego, że zacząłem zapisywać każdy sen jaki miałem. Problem tylko w tym, że nie każdy sen wbrew pozorom się pamięta. A w moich snach nie ma żadnych nadnaturalnych zdarzeń. Próbowałem nawet robić reality check (czytanie w śnie podobno nie działa, tak jak sprawdzanie godziny - tak w dużym skrócie), ale średnio mi to wychodzi. Boje się, że w końcu zwariuję.

#hrdLT

Rzecz miała miejsce w 2006 roku, gdy miałem 15 lat i leżałem w szpitalu z powodu arytmii serca. Na oddziale były różne dzieci, od najmniejszych, po 17 lat. Wkurzał mnie pewien przemądrzały chłopiec, który miał ok. 6 lat, wtrącał się w rozmowy starszych, popisywał się, opowiadał różne rzeczy itp.

Pewnego razu podszedł do mnie i powiedział, że ma mieć USG i się trochę boi, bo nie wie co to znaczy. Ja zrobiłem przerażoną minę i powiedziałem mu, że to coś strasznego, a USG to skrót od Usuwanie Starego Gówna i włożą mu wielką rurę, która będzie mu czyścić wnętrzności z resztek kupy, która mu gdzieś zalega i jest to długie, bolesne i bez znieczulenia. Chłopiec się bardzo wystraszył i siedział cicho. Myślał ciągle o tym USG, a my mieliśmy spokój.

Pamiętam, że potem z płaczem podbiegł do pielęgniarki i krzyczał "Ja nie chcę USG! Ja nie chcę USG!". Na szczęście ja nie miałem żadnych konsekwencji z powodu straszenia młodszego.

#ZpBv2

Niedawno byłam z dwoma koleżankami w klubie. Chociaż wszystkie wystroiłyśmy się w fajne ciuchy i zrobiłyśmy sobie precyzyjny makijaż, to jednak one zdecydowanie wyróżniały się w tłumie. Nie musiały długo czekać, aż w naszym pobliżu pojawił się najpierw jeden, potem drugi facet. Każdy chciał z nimi zatańczyć, wypić drinka. A. i K. były tym bardzo ucieszone, ja mniej, bo z racji tego, że non stop ktoś je brał na parkiet i zagadywał, mi przypadł zaszczyt grzania ławy, pilnowania napojów i torebek. Po paru godzinach poczułam na sobie czyjś wzrok - fajny mężczyzna, na oko niewiele starszy ode mnie, siedział przy barze z piwem w ręku. 

Po chwili wstał, podszedł do mnie i zapytał, czy może się dosiąść. Byłam w siódmym niebie. Miałam ochotę krzyknąć do dziewczyn "patrzcie, nie jestem aż takim pasztetem, ktoś jednak chce ze mną pogadać!". Przedstawił się jako Krzysiek i zaproponował, żebyśmy wspólnie napili się wódki. Uśmiechnęłam się nieśmiało i powiedziałam, że wolę nie pić czystej i czy nie weźmiemy sobie czegoś łagodniejszego. Na co Krzysiek odpowiedział - "wtedy będę za trzeźwy, ta operacja wymaga większego kalibru".

Cóż, jak sobie o tym pomyślę, to sama nabieram ochoty na coś mocniejszego...

#LIDGL

O odpowiedzialności słów kilka.
Mieszkam w akademiku, w którym jest pozwolenie na posiadanie zwierząt. Swojego kota mam, nie z własnego wyboru, ale dbam o niego na ile studencka kieszeń pozwala. I pilnuję.

Dwa lata temu gruchnęła wieść, że rzeczywiście zezwolenie na zwierzaki jest oficjalne (wcześniej różnie bywało - nie zawsze dostawało się zgodę) i rozpoczęła się moda na słodkie, puchate kotki. I zaczęły się cyrki, bo kotki wcale takie puchate i słodkie nie były. Była historia o zdziczałym i niedożywionym zwierzątku w jednym z pokoi. Było o psie z problemami, zostawianym na całe dnie samemu lub podrzucanym sąsiadom. Koty zgubione na kilka godzin na innych piętrach to nic nowego. Hitem są jednak koty wypadające z 5 piętra. Szczęście w nieszczęściu w ilości niewielkiej. Jednak spadając na bruk pod akademikiem konają kilka godzin mimo natychmiastowego dowiezienia do weterynarza.

Dlaczego ludzie zostawiają otwarte okna i koty bez opieki ze świadomością, że nad sobą mają gołębie gniazda, na które zwierzęta instynktownie chcą polować? Nie wiem. Władze akademika nic nie zrobią, bo wypadków jest za mało.

A ponoć student to dorosły człowiek.

#ZpODe

Moja mama umarła, kiedy miałam trzy lata. Nie pamiętam jej, bo większość mojego wczesnego dzieciństwa spędziła w szpitalu. Z opowiadań taty wiem, że załamał się po jej śmierci, leczył się na depresję, nie był w stanie nawet mną się zajmować. Bardzo wspierała go (wtedy jeszcze) koleżanka z pracy. Zabierała mnie do siebie, gotowała, sprzątała, a przede wszystkim dużo z nim rozmawiała i pocieszała. Teraz tata mówi, że dzięki niej pokonał kryzys i doszło do niego, że ma małą córkę i ma dla kogo żyć (wiem, że może dziwnie to brzmi, ale tata był wtedy załamany i nie myślał racjonalnie).

Owa kobieta jest teraz moją mamą. Pobrali się dwa lata po śmierci mojej biologicznej matki. Wprowadziła się do naszego domu razem z rok młodszą ode mnie córką. Dzięki nim miałam wspaniałe dzieciństwo. Nie dość, że zyskałam siostrę do wspólnych zabaw, to jeszcze otrzymałam prawdziwą matczyną miłość, której nigdy tak naprawdę nie znałam. Moja nowa mama nigdy na mnie nie krzyknęła, zawsze była gotowa do pomocy czy rozmowy i nigdy nie faworyzowała swojej biologicznej córki. Jako dziecko czułam, że nigdy nie było inaczej i że moja rodzina w tym wydaniu jest ze mną od moich narodzin.

Niestety, jest jedno "ale", a mianowicie dziadkowie ze strony biologicznej mamy. Od początku nie akceptowali nowego związku mojego taty. Robili awantury, że mama umarła przez niego, że związał się za wcześnie, że moja macocha leci tylko na kasę, że jest k...ą i nie miała gdzie mieszkać z dzieciakiem (jej mąż zginął tragicznie). Zawsze kiedy do nich przychodziłam wyzywali ją od szmat, dziwek, padały epitety, których znaczenie znali chyba tylko oni, ale na pewno nie były pochlebne; wyzwiska na ulicy czy spluwanie pod nogi były normą.

W końcu wykrzyczałam, że nie życzę sobie, żeby tak o niej mówili, bo nie poczuwali się do opieki nade mną, kiedy byłam mała, a ona mnie wychowała i jest moją prawdziwą mamą. Babcia udała omdlenie, zostałam potem siłą wyrzucona z domu dziadków, wydziedziczona i mam dożywotni zakaz przychodzenia do nich. Są teraz na tyle bezczelni, że wyrzucają znicze i kwiaty, które stawiamy z tatą na grobie mamy (nie złapaliśmy ich nigdy za rękę, ale na grób przychodzimy tylko my i oni, a wcześniej to się nie zdarzało).

Nigdy nie zrozumiem, jak można żyć z taką nienawiścią. Jednak nigdy nie zapomnę o mojej biologicznej mamie i jeśli dziadkowie będą chcieli odnowić ze mną kontakt, nie odmówię.
Dodaj anonimowe wyznanie