Mój chłopak ostatnio pracował nad wypracowaniem do swojego miejsca pracy, bo bierze udział w kursie. Pisał to około 6 godzin. Poprawiał literówki i błędy ortograficzne, dbał o interpunkcję, wszystko miało wyglądać idealnie, niemalże jak na szóstkę na lekcji języka polskiego. No i taki dokument wysłał mailowo.
W mailu zwrotnym dostał unieważnienie wypracowania, gdyż „został wygenerowany w czacie GPT”.
Nie dowierzałam i nie rozumieliśmy, na jakiej podstawie doszli do takiego wniosku.
Chłopak na szczęście zrobił zrzut ekranu z daty utworzenia dokumentu, daty ostatniego edytowania i wysłał z podkreśleniem daty wysyłki dokumentu. Uznali ten dokument.
Na następny dzień w pracy dowiedział się, że ich kierownik każdy dokument wrzuca do programu, który rzekomo weryfikuje, czy coś zostało napisane przez człowieka, czy wygenerowane w AI i nie da sobie wyjaśnić, że takie programy tylko rozpoznają, czy są błędy w pisowni, czy ich nie ma.
Ja i mąż jesteśmy wysocy. Plus minus dwa metry – on plus, ja minus. Nasza córka też wyrosła wyjątkowo i zdarzyło jej się raz po powrocie ze szkoły powiedzieć przez łzy: „Dlaczego musieliście być moimi rodzicami, gdyby nie wy, to nie byłabym taka wielka i dzieci by się ze mnie nie śmiały, nie chcę już być waszą córką”.
Zawsze byłam pulchną kluchą, a ze sportem nie było mi po drodze. Pewnego dnia, gdy byłam jeszcze w podstawówce, na lekcjach WF-u biegaliśmy na czas, a że salę mieliśmy małą, to wszystko odbywało się na szkolnym boisku. Pech chciał, że było w ten dzień okropnie gorąco, więc asfaltowe boisko prawie topiło podeszwy tenisówek.
Każdy miał przebiec dwa okrążenia na czas.
Gdy byłam w połowie pierwszego okrążenia, miałam już zadyszkę, a pot lał się strugami po mojej tłuściutkiej buźce. Wpadłam wtedy na szatański pomysł zakończenia tej mordęgi. Ledwo łapiąc oddech, przebiegłam jeszcze trochę, by być wystarczająco oddalona od nauczyciela, tak by nic nie podpadło, po czym teatralnie „zemdlałam” na trawnik obok boiska. Gdy z udawaną dezorientacją otwarłam oczy, widziałam tylko jak cała klasa, z przerażonym nauczycielem na przedzie, biegnie w moją stronę. Nauczyciel pewnie sądził, że to przez upał, na szczęście nie wezwał pogotowia ani rodziców i jakimś cudem wszystko uszło mi na sucho. Biegu oczywiście nie musiałam kończyć.
Ot, takie wyznanie leniwej, niespełnionej aktorzynki :).
Mieszkam za granicą. Jak tylko wracam do Polski i użyję jakiegoś obcego słowa, to zawsze słyszę: „O, już języka ojczystego zapomniałaś?!”. Kiedy ktoś mieszkający w Polsce nagminnie wplata w rozmowę obce słowa, nikt nie ma problemu.
Czasem wolę siedzieć tylko z najbliższą rodziną, bo oni nie robią z tego problemu.
Pewnego dnia siedmioletnia ja szłam sobie do domu. Po drodze zaczepiła mnie, znana mi bardzo dobrze, starsza pani i po prostu dała mi 2 zł „na coś dobrego”. Tego dnia stała w wiosce budka z lodami, więc postanowiłam tam zrobić zakupy. Jedząc sobie wesoło swój smakołyk... rozpłakałam się. Po prostu w mojej głowie pojawiła się myśl, że mogłam kupić cukierki albo czipsy. Lodem nie podzielę się z mamą i bratem. Jestem głupia, bo kupiłam tylko dla siebie...
Siedziałam tak i ryczałam, aż w końcu poszłam do domu. Kiedy wytłumaczyłam mamie, czemu jestem zasmarkana, zaśmiała się i poszła kupić ciastka dla wszystkich.
Za czasów szkolnych byłam raczej drobnej postury i na lekcjach WF-u koszmarnie radziłam sobie w grach zespołowych, tj. siatkówka, koszykówka, piłka ręczna to był dla mnie koszmar. Niestety lekcje wychowania fizycznego w gimnazjum przez 90% roku szkolnego wyglądały identycznie: sprawdzenie listy obecności, krótka rozgrzewka, wybieranie składów (mnie zawsze wybierano na końcu) i gra w siatkówkę lub rzadziej w koszykówkę. Na domiar złego miałam nauczycielkę, która mnie po prostu nie lubiła i nigdy przenigdy niczego nie nauczyła. Po wielu lekcjach informowała mnie przy całej klasie, że za fatalną grę wstawia mi minusa. Tak się złożyło, że w mojej klasie były dziewczyny z dość dużą siłą w rękach i takie serwowanie podczas gry w siatkówkę przychodziło im z łatwością, ale zazwyczaj były gorzej wygimnastykowane ode mnie, były mniej zwinne, bo akurat w ćwiczeniach gimnastycznych byłam świetna. Z brzuszków zazwyczaj miałam szóstkę. To nie miało większego znaczenia, jeśli nauczycielka oceniała nas przez pryzmat tego, jak gramy w siatkówkę. Mój tata kiedyś trenował, więc jak któregoś dnia opowiedziałam mu o sytuacji w szkole, natychmiast wsiadł w samochód, przywiózł piłkę i uczył mnie. Nauczył mnie więcej w godzinę niż ta kobieta przez prawie pół roku.
Pewnego dnia nauczycielka zapowiedziała, że dziś będziemy skakać przez płotki. Ucieszyłam się, bo wiedziałam, że to coś, w czym czuję się dobrze. Poradziłam sobie świetnie, ładnie skakałam, podczas gdy siatkarki przewracały co drugi płotek. Na koniec lekcji wuefistka powiedziała, że płotki zbierają te dziewczyny, które najgorzej sobie poradziły. Spojrzała na mnie i powiedziała „No, na co czekasz?”. Poczułam się, jakbym dostała w twarz.
Może dziwnie to zabrzmi, ale tamta sytuacja zraziła mnie do uprawiania sportu. Dopiero w liceum trafiłam na świetną kobietę, która w kwestii prowadzenia lekcji była mistrzem kreatywności – były tańce, gry, gimnastyka, ćwiczenia na kręgosłup, aerobik, bieganie, skoki, każda lekcja wyglądała inaczej. Z miejsca dziękuję tej pani, bo to dzięki niej uwierzyłam, że ruszać może się każdy i sport to tak obszerna dziedzina, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
Na myśl o nagiej dziewczynie zaczynam kichać.
Do tej pory nie wiem dlaczego...
W razie pytań – jestem chłopakiem.
Dzisiaj przyszedł do mnie ojciec, zapytać się co to za grę znalazłem, że od jakiegoś czasu prawie codziennie pożyczam jego okulary VR. Powiedziałem, że niestety nie pamiętam, bo musiałem ją odinstalować, ponieważ okazało się, że grzebała mi w telefonie. Chwilę ponarzekał I sobie poszedł.
Cóż... nie mogłem mu się przecież przyznać, że oglądam na nich porno.
Zobaczyłem pająka wspinającego się po moim kolanie, więc odruchowo „klepnąłem” go dłonią. Zapomniałem o moim złamanym palcu...
„Wibracje i Hałasy” – tak nazywał się mój najdziwniej brzmiący przedmiot na studiach. Historia ta związana jest ściśle z koleżanką, Karoliną, która przyszła na laborkę z tego przedmiotu po mocno zakrapianej imprezie.
Dziewczyna nie czuła się najlepiej i na dodatek nie pachniała ładnie, na zajęciach stawiła się prosto po melanżu, bo były to zajęcia obowiązkowe. Tematem zajęć był wpływ wibracji na organizm ludzki, osoba wytypowana musiała usiąść na krześle, które mocno wibrowało i przepisać tekst z tablicy, prowadzący miał „podkręcać” wibracje, a pismo miało stawać się coraz mniej wyraźne. Prowadzący „wyniuchał” koleżankę Karolinę i postanowił dać jej nauczkę. Po wywołaniu i krótkiej dyskusji Karolina usiadła na krześle. Dzielnie poddała się pierwszej turze wibracji i przepisała tekst, następnie zbladła, zzieleniała, a na koniec zwymiotowała na buty prowadzącego.
Podsumowując: Karolina nie zaliczyła tej laborki, musiała odrabiać ją z inną grupą, ponownie zasiadła na wibrującym krześle, po raz drugi już nie zwymiotowała. Na kolejnych zajęciach jej twarz miała już barwę buraka. Przedmiot zaliczyła na 4, ale prowadzącego unikała do końca studiów.
Skąd wiem o barwie jej twarzy? Nie mogło mnie to ominąć i drugi raz poszłam na te same zajęcia razem z Karoliną, co jeszcze bardziej ją zawstydziło – jestem złym człowiekiem.
Dodaj anonimowe wyznanie