#Pa5rW
Stwierdziła, że „to nie jest prawdziwa praca, tylko zabawa”. Po chwili dodała, że szkoda, że nie jestem strażakiem, bo teraz nie wie, co powiedzieć dzieciom w przedszkolu.
#LDC1F
Problem dotyczy całej rodziny, wszyscy zawsze pierdzieliśmy, że aż cud, iż jeszcze żyjemy. Nie jadamy nie wiadomo jak ciężkostrawnych rzeczy, nie jesteśmy też grubasami, którzy obżerają się chipsami, więc jeśli takie było wasze wyobrażenie o nas, to przepraszam za jego zrujnowanie.
Moja dziewczyna rozumie to i żartuje z tego, ale mi za każdym razem robi się wstyd, bo widzę, jak bardzo próbuje się nie skrzywić, gdy poczuje woń. Gdy jesteśmy z dala od siebie, bo mieszkamy nieco oddaleni, to jest łatwiej, ale wciąż słychać, gdy rozmawiamy ze sobą za pomocą komunikatorów głosowych. Jakbym został youtuberem, to wiadomo, z czego bym słynął :/
#2O0uH
#zrO6l
Jakiś czas temu złapałem bestię na gorącym uczynku, jak wydrapywała swoje szpony na drogiej kanapie w salonie. Postanowiłem kota ukarać i bezceremonialnie wyrzuciłem go za drzwi domu, myśląc sobie, że taka reprymenda będzie dla niego wyraźnym znakiem, że nie zamierzam akceptować takiego zachowania.
Od tego czasu sierściuch przebrzydły drapie kanapę za każdym razem, gdy ma ochotę wyjść na dwór...
#tvGDs
Swego czasu miałam mocne problemy z trądzikiem – próbowałam wszelkich sposobów, żeby się go pozbyć. Naprawdę wszelkich...
Wyczytałam gdzieś, że poranny mocz ma właściwości lecznicze. I tak oto przez cały miesiąc z samego rana przemywałam twarz swoimi ciepłymi siuśkami.
PS Efekt średni.
#DiR2g
Problem w tym, że przy wzroście prawie 170 cm ważyłam 49 kg. Nigdy nie uważałam się za osobę, która waży za dużo. Nie czułam się również dobrze w krótkich spódniczkach, które ledwo zakrywają majtki, i bluzkach z dekoltem do pasa. Ubierałam się ładnie, zawsze schludnie, ale i stosownie do okoliczności. Zawsze o siebie dbałam, higiena to u mnie podstawa.
Gdy w końcu z nim zerwałam, miesiąc później znalazł sobie nową dziewczynę. 150 cm, 80 kg, chłodzącą w tłustych włosach i zwykłych, sportowych ubraniach... I w zasadzie nic w tym złego, oprócz faktu, że próbował wmówić mi, że jestem gruba i zanim się od niego uwolniłam, wpadłam w straszne kompleksy.
#MrbaN
Mam 17 lat i jestem przeciętną uczennicą (średnia koło 4.0). Mam 5 rodzeństwa, 6 w drodze. Moja matka nie pracuje: teoretycznie zajmuje się domem, praktycznie obowiązek opieki nad młodszym rodzeństwem spada na mnie i na moją 2 lata młodszą siostrę. Mój ojciec pracuje na czarno. Sytuację w domu dotąd określiłabym jako normalną. Brak patologii, przeciętna duża rodzina. Jeśli chodzi o pieniądze, to nigdy nam się nie przelewało, ubrania zwykle dostawałam z drugiej ręki (od rodziny lub znajomych matki), nowe były od święta (w ramach prezentu od dziadków) - ot, norma w biedniejszych rodzinach. Nie narzekałam.
Miałam marzenia. Nie jestem zdolna, ale braku determinacji nikt nie może mi zarzucić. Chciałam iść na studia, wybrałam nawet jakie (nie elitarne, więc matury nie musiałabym pisać za wysoko). Chciałam, aby moje przyszłe życie wyglądało lepiej niż to teraz. Abym nie była uzależniona od programów społecznych. Chciałam móc pozwolić sobie na przyjemności, na wakacje, choćby te w Polsce. Nie wiedziałam, jak powiedzieć o tym rodzicom, bo bałam się, że nie będę mogła z powodu sytuacji materialnej naszej rodziny, no i przecież kolejne rodzeństwo w drodze... Ale wolałam uprzedzić już teraz, aby zrobić jakiś plan który pozwoliłby mi uzbierać jakąś kwotę do czasu ukończenia liceum. Ostatnio wspomniałam o tym matce.
Najpierw była awantura, że jak to, że nie mogę iść na studia. Że ktoś musi w domu jej przy dzieciach pomóc, że moi bracia są za mali, a moja siostra chodzić będzie wtedy jeszcze do szkoły! Że powinnam znaleźć faceta (nie męża, pierwszego lepszego faceta!!) i rodzić dzieci, bo przecież niedługo 800+ na pierwsze dziecko, to bardziej się opłaca niż pójście do pracy. Po co tracić czas na naukę, lepiej dzieci robić!!
Coś we mnie wtedy pękło. Całe życie godziłam się na warunki jakie są, pomimo że mogło być lepiej - wystarczyłoby, żeby matka poszła do pracy, ale po co, skoro można na dzieciach oszczędzać. Ja musiałam chodzić w ubraniach po kimś, ale ona kosmetyczek czy nowych ciuchów sobie nie odmawiała. Wygarnęłam jej co uważam o naszej sytuacji, zapytałam co zrobi, jak jej dzieci staną się pełnoletnie i skończy się 800+.
Spoliczkowała mnie. Zaśmiała się w twarz i powiedziała, że jest coś takiego jak alimenty i że chyba nie myślałam, że utrzymuje nas (dzieci) z dobroci serca. Na końcu zaśmiała się i powiedziała, żebym poszła sobie na te studia, przynajmniej jak znajdę dobrą pracę, to alimenty będą wyższe.
Jestem zrozpaczona. W jednej chwili mój świat się rozpadł. Nigdy nie miałam super stosunków z rodzicami, ale żeby aż tak?! Jak ona mogła powiedzieć mi, swojej córce, że utrzymuje mnie dla przyszłych alimentów?!
Nie wiem co robić. Czuję, jakby moje życie się skończyło, zanim jeszcze się zaczęło...
#E0KJ2
Razem z koleżankami z bloku bawiłyśmy się pod oknami i balkonami sąsiadów. Koleżanka zauważyła, że na jednym z balkonów na parterze leżą stare monety, które są zdecydowanie lżejsze od tych prawdziwych i w zasadzie bezwartościowe, ale za to kształtem przypominają 1-2 zł. Brałyśmy je na raty w dosyć sporych ilościach.
Używałyśmy tych monet do maszyn na kulki. Chodzi o te maszyny, do których wkłada się monetę, przekręca i wypada kulka z jakąś zabaweczką lub gumą.
Zdobyłyśmy w ten sposób mnóstwo fantów i robiłybyśmy to znacznie dłużej, gdyby nie kartka zawieszona na automacie z informacją, że za wrzucanie fałszywych monet kary będą ponosić rodzice.
#F1eGA
Było tak aż do sprawdzianu z przyrody pod koniec 5 klasy. Materiału było naprawdę dużo, i jak na ten etap edukacji był dość ciężki - musieliśmy mi.n nauczyć się wszystkich, najważniejszych kości człowieka i potrafić wskazać, gdzie się znajdują. Pamiętam, jak przed zaśnięciem pokazywałam na sobie, gdzie mam jaką kość ;) W końcu nadszedł dzień sprawdzianu, i okazało się, że znajdują się na nim rzeczy, których nauczycielka nie podała w zagadnieniach - pomimo tygodnia intensywnej nauki, dostałam 3. Oczywiście byłam zrozpaczona, że przeznaczyłam tyle czasu na naukę czegoś, czego ostatecznie nawet nie było na sprawdzianie. Moja mama natomiast w końcu zrozumiała, że zakuwanie nie ma większego sensu. Nadal jednak zależało jej, żebym miała dobre oceny, więc wpadła na pewien pomysł.
Mój dużo starszy brat znalazł kontakt do nauczycielki, która sprzedawała uczniom gotowe sprawdziany (większość nauczycieli nie układała ich sama, tylko korzystała z tych stworzonych przez wydawnictwa - ja dokładnie pamiętałam, z jakich wydawnictw korzystali moi nauczyciele, bo na sprawdzianach były zawarte ich logo). Aż do końca szkoły podstawowej kupowałyśmy „gotowce”, a ja po prostu uczyłam się na pamięć odpowiedzi - dzięki temu w końcu miałam czas wolny, i równie dobre oceny jak wcześniej.
Czy było to uczciwe? Oczywiście, że nie, ale byłam dzieckiem i takie rozwiązanie było dla mnie wybawieniem - w końcu nie musiałam zakuwać całymi dniami. Z perspektywy czasu stwierdzam, że kosztem swojego dzieciństwa nie warto poświęcać całego swojego czasu na naukę. W dorosłym życiu nikt nigdy mnie nie zapytał, czy w szkole podstawowej byłam wzorowa :)