#sEcSZ
Przeszukuje mój pokój na okoliczność tabletek odchudzających i próbuje wmuszać jedzenie na siłę, zwłaszcza słodycze. Mam już dość, nic do niej nie dociera, żadne argumenty, bo przecież ona wie lepiej.
Sama jest otyła. Do tego stopnia, że wysiadają jej stawy i nie ma siły wejść po schodach, a tłuszcz ją oblewa. Jej wymówką jest przybranie na wadze po ciąży. Okej, ja wszystko rozumiem, ale mój najmłodszy brat ma już 15 lat. Od tego czasu miała mnóstwo czasu na schudnięcie, proponowałam jej diety, sport. Ale nie, ona upiera się, że jest dobrze, że prawdziwe kobiety mają krągłości, że i tak niedługo umrze (ma niecałe 50 lat). A potem narzeka, że nie ma w co się ubrać, że mąż ogląda się za innymi, że poci się w lato.
Do niedawna byłam podobna. Może nie otyła, ale zawsze ze sporą nadwagą. Najpierw pulchne dziecko, bo to takie słodkie. Potem pulchna nastolatka i moja matka szczycąca się, że jej córka ma największe cycki w klasie. Przy tej wadze nawet jako chłopak bym miała spore cycki. W wieku 14 lat nosiłam rozmiar 44-46 w sklepach z zawyżoną rozmiarówką. Ona cieszyła się, że może mnie ubierać w "dorosłe" ciuchy. Żarłam za trzy dorosłe osoby ku zadowoleniu jej i babci.
Około dwa lata później nastąpiły zmiany. Zaczęłam mieć problemy z oddychaniem, z ruchem, z cerą. Moje własne ciało mnie obrzydzało. Zorientowałam się, że jeśli dalej będę prowadzić siedzący tryb życia i tyle pochłaniać, niedługo utonę we własnym tłuszczu. Na tle rówieśniczek wyglądałam okropnie. Nie ćwiczyłam na wuefie, bo nie potrafiłam przebiec nawet pół boiska. Jednak nadal uparcie powtarzałam sobie, że jest dobrze, że przecież mamie się podobam. Tak jakby. Bo jej ulubionym wyzwiskiem w moją stronę było "ty głupia, gruba krowo". Ze względów zdrowotnych postanowiłam zmienić dietę i więcej się ruszać. Lato było doskonałą okazją, jeździłam na rowerze, pływałam, wychodziłam na spacery z psem. Trzy obfite posiłki zamieniłam na 5 mniejszych, składających się z chudego mięsa i warzyw, zamiast smażonych kotletów i makaronu. Przestałam reagować radością na podsuwane mi tłuste i kaloryczne przekąski. Udało mi się schudnąć, mimo że nie było to moją główną intencją. Ale nadal nosiłam rozmiar 42-44, przy zaledwie 160 cm wzrostu.
Ale matce się to nie spodobało. Zaczęła mnie sprawdzać, czy jem tyle, ile powinnam. Nadal jadłam dużo, ale zdrowo.
Teraz też nie jestem najszczuplejsza. Mam kilka kilo nadwagi, zwłaszcza w okolicach brzucha i ud, które chciałabym zrzucić. Wreszcie nie mam zadyszki po przejściu 50 m. Nie brzydzę się spojrzeć w lustro. A moja matka jest wiecznie niezadowolona, bo to nie do pomyślenia, żeby nie jeść ziemniaków ze smalcem, których swoją drogą po prostu nie lubię. Ale nadal wyzywa mnie od tłustych ku*ew, kiedy zrobię coś, co jej się nie podoba.
#debll
W domu czekała na mnie współlokatorka, bo się umówiłyśmy, że pójdziemy razem do kina. Ponieważ spóźnił się autobus, zaczęłam wydzwaniać na nasz stacjonarny, ale nie odbierała (koleżanka nie miała komórki, więc stacjonarny był moim jedynym kontaktem). Postanowiłam więc spróbować nowinki i wysłać jej SMS, że jestem blisko.
Gdy dotarłam do domu, zastałam współlokatorkę bladą jak ściana. Okazało się, że SMS w stacjonarnym działa w ten sposób, że telefon dzwoni i maszyna odczytuje treść SMS-a. Tak więc koleżanka, która była sama w domu, wyszła spod prysznica, odebrała telefon i... usłyszała w słuchawce metaliczny głos jak z horroru, mówiący: „Jestem blisko”...
Powiedziała mi później, że nigdy wcześniej tak się nie bała ;)
#AKuay
Profesor W. uczył nas, klasę biol-chem, matematyki. Dostał nas w zasadzie przypadkiem, prawie zawsze uczył wcześniej rozszerzenia. I od pierwszej lekcji pokazał nam co umie. Tłumaczył idealnie, wymagał sporo, trzymał porządek i dbał o chwilę śmiechu. Co więcej, profesor W. naprawdę umiał matematykę (ukończył wydział matematyki stosowanej, nie nauczycielskiej). Do lekcji był zawsze przygotowany, czekał na nas w sali, żeby nie tracić czasu, a przerwa zawsze była przeznaczone na tłumaczenie "opóźnionym".
To jakim jest człowiekiem profesor pokazał dopiero po I klasie. Był już wówczas w wieku emerytalno-rentowym i odnowiła mu się zadawniona choroba. Ale doprowadził moją klasę i jeszcze jedną po niej do matury. Nie opłacało mu się to - dając korepetycje zarobiłby o wiele więcej w łatwiejszy sposób. Ale nas nie zostawił. Żeby lepiej przygotować swoich uczniów, umówił się z nami na jedną dodatkową godzinę w tygodniu. Nam pasowała w dniu, kiedy profesor nie miał zajęć. I zaakceptował to! Przez cały rok tłukł się autobusem na tę jedną lekcje, w czasie kiedy mógł jeszcze leżeć w łóżku. Ostatecznie średnia klasy z podstawy wynosiła coś koło 90% :D
Profesor W. lubił się rozgadać, miał swoje czasem irytujące zwyczaje, jak dyktowanie zadań na sprawdzianie i ciągle powtarzał te same przysłowia, które po miesiącu wszyscy znali na pamięć. Ale był to najlepszy nauczyciel jakiego miałem, godny miana profesora i każdemu takiego życzę :)
#4TBNB
Nie czuję z tego powodu żadnych kompleksów, bo zawsze byłem "tym dużym", jednak mnie to nieco zaniepokoiło. Moja dziewczyna od kiedy razem mieszkamy dużo gotuje i co chwilę piecze jakieś ciasto lub coś podobnego i najczęściej to ja zjadam większość, bo "ona nie da rady" i "się zmarnuje".
Odnoszę wrażenie, że ona celowo mnie tuczy i podoba jej się moje ciało w obecnym kształcie.
#0TgWo
Mam również problem z czułością i dotykiem. Od 9 roku życia zaczęłam odczuwać niechęć do przytulania moich rodziców. Po prostu nie potrafię zrozumieć, jak to może być komfortowe.
Jeżeli macie podobny problem lub byliście u psychologa i wiecie jak na to zaradzić, proszę o odpowiedź.
#0IEAL
Któregoś wieczora, kiedy odwiózł mnie do akademika i odprowadził pod budynek, powiedział mi: „Żona uważa, że za często u nas bywasz”, postawił moją torbę i poszedł. Stałam wtedy jak wryta i nie wiedziałam co robić. Wtedy chyba też zaczęły się moje problemy z okaleczaniem się. Ale jak tylko przyszła na świat ich córka, były telefony o pomoc, bo oprócz dziecka były też dwa psy, a brat jako internista pracował na dobowych dyżurach. Zawsze kiedy zadzwonił, byłam gotowa wszystko rzucić i jechać pomóc. Nawet z jego żoną się dogadywałam, zwłaszcza podczas pandemii, kiedy musiała zostać z nami w domu rodzinnym. Jednak od dłuższego czasu sytuacja między nami robi się coraz gorsza.
Kiedy przyjeżdżam im pomóc, muszę spać na brudnej kanapie pełnej jakichś okruchów czy innych resztek jedzenia, przy otwartym koszu na śmieci czy nieposprzątanym stole. Kuchnia jest połączona z salonem. Zanim mogę pójść spać, muszę posprzątać kanapę i stół, jeśli nie chcę w tym spać. Często też zanim się umyję, muszę posprzątać po dzieciach w wannie. Zanim to wszystko zrobię, jest już po północy. Około godziny piątej nad ranem zapalają światło nad moją głową i odpalają telewizor naprzeciwko kanapy oraz radio u dzieci w pokoju, „żeby dzieci się rozbudziły”. Dodatkowo mają bardzo hałasujący młynek do kawy i ekspres. Rozumiem, że trzeba się wyszykować do pracy i dzieci do przedszkola, jednak to wszystko nie jest do tego potrzebne. Pomijając traktowanie mnie jak trędowatą, kiedy u nich jestem – „Córeczko, pamiętaj, żeby tych lodów nie jeść, bo już ciocia je łyżeczką jadła”. Obrzydza go jedzenie tych samych lodów co ja, ale już całowanie żony, która daje sobie wylizać usta psu go nie obrzydza.
Przez ostatni tydzień byli w domu rodziców na urlopie (wciąż mieszkam z rodzicami) i nie mogłam nawet poprosić o sprzątnięcie po sobie po śniadaniu – wybuchał złością. Wychodziłam na tę kłótliwą i czepialską. A kiedy poprosiłam, żeby zamykali drzwi, jak wychodzą na podwórko (bo mi cały czas się o to suszy głowę), byłam chamska.
#U4iTh
Nigdy nie podejrzewałabym, że mój anglista także ubóstwia Tolkiena i bez problemu rozszyfruje ściągawkę...
#rgJTa
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ot, zabawna historia z dzieciństwa, gdyby nie to, że przez naszą grę ksiądz nie zauważył faktu, że ministrant wywrócił jedną z kościelnych świec prosto pod jego krzesło... W ten sposób ksiądz skończył z oparzeniami na nogach.
Ale przynajmniej wygrał, bo ja skupiłem się już na jego płonącej sutannie.
#PrErK
Otóż pan we wcześniejszych latach uczył w jednym z lepszych liceum w dużym mieście. Pewnego roku do pierwszej klasy przyszły siostry bliźniaczki z bogatego domu, które pozwalały sobie na wszystko, jednocześnie każdy z nauczycieli im się podporządkowywał oprócz niego. Kiedy w pierwszej klasie przyszło do wystawiania ocen, ogłosił im, że mogą mieć poprawkę w sierpniu z jego przedmiotu. Ponoć dziewczyny zamiast się zmotywować, zaczęły grozić nauczycielowi, nie było im w głowie by poprawić oceny. Kiedy on nie reagował na groźby, postanowiły przejść do ostatniej deski ratunku, postanowiły ogłosić całemu światu, że ów nauczyciel je zgwałcił. Nauczyciel został z miejsca bez argumentów zawieszony, a ostatecznie zwolniony dyscyplinarnie, z zakazem wykonywania zawodu. Obyło się bez wyroku, ale to wystarczyło, aby odwróciła się od niego żona, córka, przez co został sam, wylądował na ulicy, bez środków do życia.
Wtedy coś mnie ruszyło, a że mam znajomą w opiece społecznej, po opowiedzeniu historii, już 3 miesiące później pan mógł się cieszyć z mieszkania komunalnego, w słabych warunkach, ale chociaż z dachem nad głową. Piszę o tym dlatego, że minęło od tego czasu dwa lata, a pan obecnie pracuje w bibliotece, a z tego co wiem jest bardzo przykładnym i dobrym pracownikiem. Nigdy nie przypuszczałbym, że jeden telefon może zrobić tak wiele, tak bardzo pomóc. To jest największe osiągnięcie mojego życia.