W wieku 18 lat uciekłam z domu - bardzo odpowiedzialnie, prawda? Nawet nie zdałam matury. Dwa tygodnie po 18 urodzinach spakowałam manatki i uciekłam za granicę. Dlaczego? Nie mogłam znieść przemocy domowej, nieustannego bicia i picia. Nie raz prosiłam mamę, byśmy zostawiły tatę i uciekły. Nigdy nie chciała o tym nawet słyszeć.
Nie kontaktowałam się z rodziną przez dwa miesiące. Znalazłam pokój, pracę. W miarę normalne życie. Po jakimś czasie zadzwoniłam do mamy - rozmowa trwała może minutę i ojciec wyrwał mamie słuchawkę.
Po kilku latach postanowiłam przyjechać do Polski, odwiedzić znajomych i spotkać się z mamą. Poszłam również na cmentarz zapalić znicz na grobie dziadków. Szłam przez cmentarz, gdy coś przykuło moją uwagę. Nagrobek z moim imieniem i nazwiskiem. Podchodząc bliżej nie miałam wątpliwości - moi rodzice pochowali mnie za życia... Podobno starali się o uznanie mnie za osobę zmarłą ze względu na brak kontaktu od ponad 5 lat.
Jak się domyślacie, tego samego dnia byłam w drodze do domu. Nie chcę mieć już z moją rodziną nic wspólnego. Skoro dla nich umarłam, to okej.
Do dzisiaj czuję dreszcz na myśl, że stałam nad własnym grobem, na którym paliły się znicze.
Nikt nie wie, że kiedy moja mama zachorowała i potrzebne były pieniądze na leczenie, to sprzedawałem narkotyki, żeby zarobić na to wszystko.
Moja partnerka związawszy się ze mną przeprowadziła się do mnie, co oddaliło ją od rodziców i dalszej rodziny o jakieś 800 km. Z niektórymi członkami rodziny utrzymuje bliski kontakt, inni są wrogo nastawieni i przestali utrzymywać z nią jakikolwiek kontakt, bo najogólniej mówiąc "nie żyje po bożemu". Ja jestem jednym z dowodów na tę bezbożność. W każdym razie któregoś dnia dostała wiadomość na Facebooku od jednej z kuzynek. Prześledźmy wydarzenia chronologicznie...
Środa - "Cześć! Nasza Jessica będzie miała chrzest. Na jaki adres wysłać ci zaproszenie?"
Wtorek następnego tygodnia - awizo w skrzynce. Polecony!
Środa - polecony odebrany z poczty, w środku zaproszenie na chrzest. Z osobą towarzyszącą! Termin? A, w ten weekend, który właśnie był pomiędzy pytaniem o adres a odebraniem przesyłki.
Trudno mi uwierzyć, że oni ten chrzest tak z dnia na dzień zaplanowali. Jeszcze trudniej mi uwierzyć, że spodziewali się, że osoba, która mieszka 800 km od nich i pracuje 7 dni w tygodniu rzuci wszystko i zorganizuje sobie natychmiastowy wyjazd w drugi koniec Polski. A już najtrudniej mi uwierzyć, że sądzili, że zaproszenie dotrze przed imprezą.
Wniosek? Wymyślili idealny sposób, żeby niechcianej kuzynki nie oglądać, ale żeby reszta rodziny nie miała pretensji, że nie zaprosili.
Będzie obrzydliwie, ohydne i dziwnie. Ale was to nie rusza.
Zjadałam kupę, dużo, często i ze smakiem.
Do tego stopnia że nauczyłam się po jakim jedzeniu jest jaki smak odchodów. I pod to ustawiałam posiłki.
A wszystko zaczęło się jak miałam jakieś 10 lat. Dostałam owsików i któregoś razu się drapiąc wyjęłam jednego z tych pasożytów na palcu. Po chwili przyglądania się jemu, wsadziłam palec do buzi i go zjadłam. Tak śmiesznie strzelił między zębami, ledwo wyczuwalnie. Tak mnie to zaintrygowało, że wsadziłam palec w tyłek i rozpoczęłam wydobycie. I wtedy posmakowała mi własna kupa.
A gdy dostawałam owsików jeszcze kilka razy, zawsze odwlekałam ich leczenie.
I tak się teraz zastanawiam pisząc to wyznanie (chyba pierwszy raz w życiu) jak od tej kupy musiało mi z buzi zalatywać.
Kiedyś, ilekroć słyszałam o historiach kobiet, które były bite, poniżane i ogólnie doznawały szeroko pojmowanej przemocy ze strony partnera, a mimo wszystko nie decydowały się od niego odjeść, bardzo im się dziwiłam. Do czasu.
Na początku wszystko było jak w bajce. Poznaliśmy się na koncercie naszego ulubionego artysty. Byłam zauroczona już po kilku minutach rozmowy, co nigdy mi się nie zdarzyło. Zaczęliśmy się spotykać, spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Myślałam, że spotkałam miłość swojego życia. Był zabawny, inteligentny, czuły... Gdy razem zamieszkaliśmy, było jeszcze lepiej. Zdecydowaliśmy się na ślub. I wtedy się zaczęło... Po raz pierwszy uderzył mnie podczas miesiąca miodowego; za to, że „podrywałam kelnera”. Dostawałam za wszystko. Z czasem powody stawały się coraz bardziej absurdalne, a ciosy mocniejsze. Bił tak, by nie było widać śladów. Do tego wyzwiska, ciągłe powtarzanie, że jestem nic nie warta, brzydka, głupia... Zabrał mi karty płatnicze; musiałam prosić się o pieniądze nawet na podpaski. Sam kupował mi kosmetyki i ubrania, bo „muszę jakoś wyglądać”. Nikomu nic nie powiedziałam; było mi wstyd, bałam się... Sama nie wiem. Nie bił mnie jedynie wtedy, gdy byłam w ciąży, w którą zaszłam w wyniku wymuszonego współżycia. Zaledwie trzy dni po powrocie z córką ze szpitala złamał mi rękę i wybił dwa zęby. Wszystkim mówiłam, że spadłam ze schodów.
Kiedy się ocknęłam? Po siedmiu latach. Przywiozłam córkę z przedszkola, chwilę potem wrócił on. Miał podły nastrój, więc chciałam zejść mu z oczu i pójść z małą do jej pokoju. Powiedziała, że jest głodna i... wybuchł. Zaczął się drzeć, że jeśli będzie tyle żarła, to będzie gruba jak jej stara (nigdy nie ważyłam więcej niż 50 kg, przy wzroście 1,7 m; jedynie w ciąży przytyłam 8 kg), że nikt jej nie zechce i będzie musiał ją utrzymywać do końca życia... Zosia się rozpłakała, a jego rozwścieczyło to jeszcze bardziej. Ruszył w jej kierunku. W tym samym momencie coś we mnie pękło. Złapałam za nóż i zagroziłam, że jeśli ją dotknie, to go użyję. Na szczęście podziałało.
Wzięłam przerażoną córeczkę na ręce i wybiegłam z domu. Godzinę później siedziałam na kanapie w domu moich rodziców i wszystko im opowiadałam. Nigdy nie czułam takiej ulgi.
Od tamtego dnia minęło 7 lat. Wyprowadziłyśmy się z Zosią za granicę i budujemy swoje życie od nowa.
Jestem nauczycielką w gimnazjum. Jestem też niska i dzieciaki dosłownie nabijają się z tego. Ostatnio przed zajęciami ktoś napisał na samej górze tablicy "zmaż mnie, jeśli potrafisz".
Pewnie nie jestem jedyna, ale jeśli mam się umyć nago na publicznym basenie pełnym babć, to mi to w ogóle nie przeszkadza, ale jeśli miałabym zrobić to samo przy np. siostrze czy koleżance, to już nie bardzo. Przy zupełnie obcych osobach się nie wstydzę, a przy osobach, które znam, już totalnie nie dałabym rady.
W trakcie rozmowy uświadamiającej moja mama tak bardzo chciała pokazać mi, jak powinnam się zachowywać, że powiedziała mi, że sama jest dziewicą i nigdy nie uprawiała seksu, bo to nic fajnego i lepiej tego unikać.
Matka harowała w dwóch pracach, ojciec chlał. W końcu umarł i matka pracowała jeszcze więcej. Ja musiałam się opiekować o 5 lat młodszą siostrą. Prowadzałam ją do szkoły, jak była większa, to odrabiałam z nią lekcje. Odgrzewałam obiad, potem sama gotowałam. Nawet prałam, a w końcu przejęłam też prasowanie. Jak siostra była starsza, to odkurzała i tyle. Resztę robiłam nadal ja. Czemu się nie zbuntowałam? Nie wiem. Wydawało mi się, że tak już po prostu musi być, że moim obowiązkiem jest pomagać mamie.
Teraz mam 36 lat. Siostra ułożyła sobie życie. Ma męża, który nie jest przemocowcem ani alkoholikiem. Ma dobrze płatną pracę i dwoje zdrowych dzieci. Mają piękny dom.
Ja żyję jak nastolatka (czyli tak jak nigdy wcześniej). Miałam faceta, ale się rozstaliśmy. Nie umiem być w związku. Mieszkam w wynajętym mieszkaniu, mam kota, dużo roślin i książek. Nie mam dzieci. Mam znajomych, ale nie mam przyjaciół. Głębszych relacji też nie umiem nawiązywać. Nie jestem całkiem nieodpowiedzialna. Pracuję i płacę rachunki, ale nie odkładam pieniędzy. Wydaję na podróże. Ubieram się kolorowo. Niepoważnie – jak mówi mama. Mam fioletowe włosy (na szczęście charakter mojej pracy na to pozwala). Lubię dobrze zjeść na mieście. Teraz rzadko gotuję w domu. Lubię spacerować i słuchać audiobooków, ale nic poważnego i ciężkiego. Nic pasującego do mojego wieku. Same young adulty.
Z siostrą mam złe relacje. Mówi, że wychowałyśmy się w tym samym środowisku, a tylko ona wyszła jakoś na ludzi. Ja jestem niepoważna i przegrałam życie. Mam do niej żal, że nie docenia tego wszystkiego, co dla niej zrobiłam. Ona uważa, że robiłam to tylko po to, żeby teraz mieć pretekst do użalania się nad sobą.
Matka martwi się, że skończę samotna i nieszczęśliwa, że już dla mnie za późno na własną rodzinę.
Ja ogólnie lubię moje życie, ale czasem mam chwile zwątpienia i myślę sobie wtedy: a co jeśli mama i siostra mają rację?
Gdy się urodziłam, to moja mama wpadła na genialny pomysł by dać mi na imię Bazylia. Tata niestety nie miał dużo do gadania, bo głównym argumentem mamy było to, że to ona nosi dziecko przez 9 miesięcy, a później je rodzi, a on tylko daje nasienie. Więc się nie kłócił.
Na szczęście, w urzędzie okazało się, że nie ma takiego imienia i nie mogli takiego wpisać w papiery, więc wybrali inne. Ale do tej pory mama czasem do mówi Bazylia i raz jej się zdarzyło w miejscu publicznym.
Dodaj anonimowe wyznanie