Dzisiaj w moim korpo poruszenie, od rana awaria całego systemu, nic się nie da zrobić, a deadline'y cisną mocno. Dział techniczny postawiony na nogi, walczy, żeby ogarnąć ten burdel. Ja (obsługa klienta) staram się, jak mogę, ale klientów przybywa. Przychodzi jakaś szycha z dużym zamówieniem, a ja nie mam jak go obsłużyć, bo inny dział ma opóźnienia. Patrzę przez ramię – manager pokazuje mi, żebym grał na czas, no to ja zaproponowałem klientowi kawę. Zgodził się, próbuję zagaić, żeby przełamać ciszę, ale gość mnie ignoruje i w ciszy popija naszą zajebistą arabicę. Ja czekam na babki z innego działu, słyszę tylko, jak manager wydziera mordę, żeby się pośpieszyły. W końcu jest produkt, pakuję cztery BigMaki i dwa McFlurry w torbę, dorzucam dwie puszki coli i podaję klientowi. Bałem się, że pójdzie na skargę do szefa, ale na szczęście darmowa kawa chyba go uspokoiła i wyszedł bez słowa. Chwilę potem technicy ogarnęli tę awarię dystrybutora do coli i wszystko wróciło do normy.
Uff, co za dzień, nienawidzę pracy w korpo.
Dodaj anonimowe wyznanie