Jakiś czas temu stałem w kolejce na stacji w celu nabycia biletu. Stoję tak już dłuższą chwilę, ludzie w kolejce się niecierpliwią, ja również pełen wątpliwości, czy zdążę na pociąg, spoglądam na zegarek. Czas płynął bardzo szybko, już tylko 5 minut do pociągu, a przy okienku wciąż ta sama osoba! Najwyraźniej pani nie mogła się zdecydować czym, o której i kiedy chce jechać. Dla osób, które śpieszyły się na pociąg istna katastrofa. Pani w kasie zapytała, czy ma być miejsce przy oknie. I wtedy się zaczęło! „A to zapłacę więcej przy oknie? A będzie mi wiało? A będzie to... tamto?” Patrzę na zegarek — pociąg odjechał. No cóż, mówi się trudno. Zaraz nadjedzie następny. Kobieta dalej zadaje pytania: „A może to? Nie, może jednak to, będzie wygodniej”. Wtem jakiś mężczyzna, już tak zdenerwowany na kolejne pytania kobiety, odpowiedział: „A może, k*rwa, z widokiem na morze?”. Wybuchnąłem śmiechem, a razem ze mną cała kolejka. Biedna kobiecina się speszyła i wyszła.
(Uprzedzając zarzuty, że mogłem zapytać, czy mnie przepuści. Tak, zapytałem panią w kolejce, czy mnie przepuści, ale odpowiedziała, że to zajmie jej tylko minutkę)
Nie wiem dlaczego, ale byłam kozłem ofiarnym dla własnej rodziny. Zawsze byłam wyśmiewana jako sierota, która nic nie potrafi. Gdy zaczęłam dorastać, wyśmiewano moją chudość, styl ubierania, włosy. Własna matka twierdziła, że mam beznadziejne nogi i mam zakładać spodnie. Moje poczucie własnej wartości nie istniało. Byłam beznadziejna, w szkole zawsze na końcu. Chłopak? Zapomnij, kto by mnie zechciał.
W wieku 19 lat musiałam opuścić dom rodzinny i ruszyć na podbój wielkiego miasta.
Byłam przerażona, jak sobie poradzę, dodatkowo rodzina we mnie podsycała ten lęk.
Poradziłam sobie. Mam pracę, którą lubię, jestem pewna siebie, mam własną rodzinę, mam dom. Poradziłam sobie z tym sama! Jestem szczupła, mam długie, zgrabne nogi, za którymi oglądają się i faceci, i babeczki.
Nie czuję satysfakcji. Mam w sobie dużo żalu. Za stracone lata, lata podstawówki, liceum, kiedy powinnam korzystać z życia, a byłam zahukaną szarą myszką w kącie. Stracone lata, nigdy ich nie odzyskam.
Mam 22 lata i co roku od 5 lat w każdą wigilię stoję przy oknie i liczę na to, że któreś z rodziców jednak przyjedzie chociaż na pół godziny albo zadzwoni.
Rodzice są po rozwodzie i oboje poukładali sobie życie. Przez cały rok jest okej, widujemy się nawet kilka razy w miesiącu, ale gdy przychodzą święta, oboje znikają, no bo przecież to czas dla rodziny...
Pamiętam, jak czasem jako dzieciak marudziłam na zmęczenie spowodowane przygotowaniami. Chętnie nie przespałabym nawet trzech nocy z rzędu, byleby usłyszeć od któregoś z nich „wesołych świąt”.
Rzucił mnie facet. Rzucił mnie przez SMS-a. To by jeszcze było do przełknięcia, zostałaby urażona duma i nadgryzione ego, ale to, co odstawiał przez około dwa miesiące, nadawałoby się do jakiejś łzawej telenoweli. Opiszę historię w skrócie.
Typ, o którym mowa, lat 45, pełniący poważną funkcję, osoba wręcz publiczna, uchodzący za wspaniałego człowieka, prezes znanej w pewnych kręgach fundacji.
W sierpniu dostałam od niego wiadomość, że od ponad miesiąca wie o wznowie swojego nowotworu i jedzie do Niemiec na zabieg usunięcia guza. Rzecz ludzka, zdarza się, wiedziałam o tym, że kiedyś chorował. W szpitalu, jak twierdził, miał przebywać 2-4 dni. Zrobiły się z tego dwa tygodnie. Gdy wrócił do kraju, od razu musiał położyć się do szpitala, ponieważ po zabiegach, które tam przeszedł, wysiadły mu nerki. Ponoć sprowadził do siebie przyrodnią siostrę, by się nim zajmowała w trakcie rekonwalescencji. Trwało to wszystko bardzo długo, ciągle pisał o tym, co mu robią w szpitalach, że guz nacieka bardzo, że chemia nie przynosi pożądanego efektu, że założyli mu stomię, że cierpi, że się boi, że opłacił sobie pogrzeb, że pozałatwiał wszystkie ważne sprawy.
W trakcie leczenia nie widzieliśmy się ani razu. Ja chciałam, on nie, ponieważ twierdził, że jest w złym stanie psychicznym i fizycznym i nie chce, bym go oglądała w takiej formie, że jeśli chcę zakończyć relację z nim, to on to zrozumie...
Cierpiałam, fizycznie i psychicznie. Schudłam, zdarzyło mi się przedawkować leki uspokajające, nasenne i antydepresyjne, cudem jakimś nie umarłam.
Obiecał, że po kontroli w Niemczech, gdzie jedzie z siostrą, wreszcie się zobaczymy.
Nie zobaczyliśmy się. Wrzucił na Instagram zdjęcia ze swoją byłą (a obecnie największą przyjaciółką) z koncertu w Berlinie. Wysłał mi tylko wiadomość, że zrobiono mu niespodziankę i w jego sytuacji to takie wspaniałe, i że wspaniałym uczuciem jest świadomość, że ma się przyjaciół... Zaczął jeździć do Berlina. Twierdził, że wcale się tam nie bawi, że wrzuca zdjęcia tylko po to, by znajomi tak myśleli.
Części znajomych opowiedział o tym, że poznał kogoś innego i nie za bardzo wie, jak mi to oznajmić. Części znajomych opowiadał o wznowie nowotworu. Jeszcze innym ludziom wciskał zupełnie bezsensowne kity. Jaka jest prawda, chyba nigdy się nie dowiem. Wysłał mi tylko wiadomość, że w obecnej sytuacji nie chce nikogo angażować w siebie emocjonalnie i bardziej bym cierpiała, będąc z nim.
Od kilku osób dowiedziałam się po fakcie, że to jego stary numer, rzucanie drugiej osoby „na nowotwór”. A wystarczyło powiedzieć, że już nie chce się ze mną spotykać. Na to nie miał odwagi.
Ostatnio mam wrażenie, że mój chłopak bardziej woli spędzać czas z moim kotem niż ze mną. Jak na to wpadłam?
1. Piątek, siedzimy sobie na kanapie, popijamy herbatkę. Nagle chłopak mówi: „No chodź tu do mnie, kotku”. Ja cała w skowronkach przybliżam się i... no właśnie. A. zabiera mi mojego kocura z kolan i przytula się do niego namiętnie.
2. Jakiś miesiąc temu podczas naszej kłótni (która zdarza się może raz na ruski rok), A. wykrzyknął: „Ale jak odejdę, to biorę kota ze sobą!”. Potem mnie przeprosił, ale to z kotem spędził większość wieczoru.
3. Pod choinkę dostałam od niego dwie różne mieszanki gorącej czekolady w saszetkach, które zawierają w sobie mleko. Nie toleruję laktozy, a chłopak wie o tym od dwóch lat. Co dostał kot? Wypasione siedzenie, które potem sprawdziłam i kosztowało prawie 80 zł (!), no i do tego chyba z 10 kg suchej karmy z wyższej półki... Ja za to kupiłam mu o wiele lepszy i bardziej osobisty prezent.
4. A teraz hit! Ostatnio A. wpadł do mnie w weekend przed świętami. Posiedzieliśmy chwilę, a po jego wyjściu zauważyłam, że... nie ma mojego kocura. Szukam wszędzie, dzwonię do chłopaka i pytam, czy widział go, jak do mnie przyszedł. Powiedział tylko, że mam niego czekać. Po paru minutach wraca do mieszkania z moim kotem. Twierdził, że chciał zmierzyć jego obwód, bo chce mu kupić strój na święta...
Tę ostatnią sytuację opowiedziałam rodzinie, znajomym, ale jeszcze nikt mi nie uwierzył. Powiem szczerze, że ja sama nie uwierzyłabym, gdyby ktoś mi powiedział, że czyjś chłopak potrafi mieć obsesję na punkcie kota! Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co się stanie, jak kot nagle odejdzie (a jest już dosyć stary).
Dwie pary butów mi się rozleciały w podobnym czasie; w lewym bucie z jednej pary odklejona podeszwa, w lewym bucie z drugiej pary puściły szwy. Wizyta w dwóch sklepach, obuwie zaniesione, wnioski przyjęte.
Mija odpowiednio 3 i 4 tygodnie, dostaję dwie odmowy. Uzasadnienie: obuwie używane niezgodnie z zastosowaniem (gra w piłkę nożną), a opis produktu mówi, iż jest to „obuwie rekreacyjne przeznaczone do użytkowania porą jesienną w warunkach suchych...”. Marketing z ulotki zacytowany perfekcyjnie.
W obu przypadkach napisałem odwołanie z moim uzasadnieniem — gra w piłkę wykluczona, ponieważ nie potrafię grać, nie umiem nawet kopnąć porządnie piłki. Ostatni raz w życiu kaleczyłem ten sport jakieś 15 lat temu w gimnazjum.
Oczywiście, jak można się było domyślić, sklep odwołanie odrzucił. Ale że aż taki bogaty nie jestem, żeby co 3 miesiące wymieniać sobie po dwie pary butów, to trzeba było coś z tym zrobić. Nagrałem więc filmik, jak „gram” w piłkę. Nawet kupiłem sobie na rynku takiego „UEFA” balona za 15 zł, coby mieć niezbędny rekwizyt. Do kolejnej odmowy dołączyłem płytkę z owym nagraniem. 48 sekund kompromitacji.
W jednym przypadku kasę oddali, w drugim dalej twardo się trzymają swego.
Kilka lat temu moja znajoma wyszła za mąż. Małżeństwo szczęśliwe, dziecko mają. Jej rodzina z jej mężem się nie dogaduje, więc na Boże Narodzenie ona wyjechała do swojej rodziny, a jej mąż miał wyjechać do swojej.
Jak to czasami w życiu bywa, musiała o dzień wcześniej wrócić do domu.
Po wejściu do domu zobaczyła męża uczestniczącego w gejowskiej orgii. Tak że ten...
Pracuję w organizacji pożytku publicznego, a dodatkowo wykorzystuję swoją wiedzę o szeroko pojętym finansowaniu i pozyskiwaniu funduszy i wspieram różnego rodzaju instytucje w poszukiwaniu finansów do realizacji projektów. Wciąż piszę jakieś projekty, przeglądam konkursy, składam oferty, często po nocach, gdy dzieci śpią i nie marudzą.
Ostatnio pro bono pomagam lokalnemu schronisku dla zwierząt zdobyć trochę funduszy na modernizację w nadchodzącym roku. Składałam wniosek elektronicznie, nad ranem. Wszystko ładnie przeszło, a ja zasnęłam na laptopie. Dopiero rano, gdy drukowałam całość, spostrzegam, że jako załącznik dodałam plik z innego projektu, przygotowanego dla PCPR-u, więc zamiast uzasadnić, dlaczego pieskom potrzebne są nowe budy, uzasadniłam, dlaczego potrzebne im jest dofinansowanie karnetów na basen i vouchery do kina.
Po nowym roku czeka mnie złożenie korekty. Może chociaż jakiś urzędnik uśmieje się, czytając wniosek. W fundacji chyba do popełnienia takiego bubla się nie przyznam ;)
Rzecz działa się gdzieś między 5 a 6 klasą podstawówki. Tak jak i w sumie teraz, tak i wtedy były to czasy, kiedy po pytaniu: „Czy mogę do toalety?” odpowiedź padała zwykle taka sama bądź zbliżona, czyli: „Przecież przed chwilą była przerwa”.
Zazwyczaj przed wyjściem do szkoły starałem się wydobyć z siebie wszystko w domu, ale czasem jak się zachciało w trakcie lekcji, to starałem się trzymać do końca, ponieważ fakt, iż byłem nieco wstydliwy, utrudniał mi zapytanie, czy mogę wyjść. Oczywiście nauczyciele puszczali, ale cóż... Trzymałem się twardo swojego wstydu. A na przerwach jak na złość potrzeby skorzystania z WC nie było.
Pech jednak chciał, że raz mi się zachciało. I to porządnie. Dwójeczkę.
Sądziłem, iż wytrzymam, choć minęło dopiero może z 10 minut lekcji. Wierciłem się nieco, ale starałem się też nie zwracać zbytnio na siebie uwagi. Niestety jak się okazało, zwieracze dały za wygraną i cieplutki, nieco miękki klocuszek wpadł z impetem prosto w moje majtasy. Jasne spodnie tego dnia również nie dawały mi powodu do uśmiechu, bo z tych nerwów spociłem się na tyle, żeby starczyło, aby na tyłku ukształtowała się wielka mokra plama. Skupienie na lekcji szybko uleciało, gdyż grzana kupa między moim tyłkiem a krzesłem zaczęła, krótko mówiąc, brzydko pachnieć. „Zapach” ten ulotnił się i grupka uczniów w klasie zaczęła coś wyczuwać i rozglądać się wokół. No to ja razem z nimi, aby podejrzenia od siebie odwrócić.
Kolejną niespodzianką było to, iż po jakichś 20 minutach trwania lekcji mieliśmy gdzieś wyjść, jak się potem okazało, na jakiś spacer do lasu czy coś takiego. Pani kazała ustawić się w dwójki i stanąć przy drzwiach. No to ja wstaję, bluzę naciągam na tyłek jak tylko się da i ruszam w szereg. Byłem blisko drzwi, chyba w trzeciej parze. Fetor kupy znów dał się we znaki. Śledztwo i szukanie winnego zostało kontynuowane. Padła nawet teoria, że to może tak walić przez dziurkę od klucza.
Mimo wszystko dzielnie i szczelnie ściskałem swoje pośladki, czego na szczęście nie było widać przez nieco wiszące spodnie, na których plama tak trochę uschła i przetrzymywałem lekko stwardniały już wytwór moich jelit. Pot na czole spływał mi do oczu, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Owa wcześniej wspomniana grupka doszukiwała się źródła. Ja oczywiście dalej z nimi; żartowaliśmy, śmialiśmy się itp., ale w myślach dziękowałem Bogu, że jakimś cudem nie wyczuli tego ode mnie.
Po spacerze wróciliśmy do szkoły po plecaki i to był koniec dnia szkolnego. Dnia, w którym zostawiłem po sobie smród i mokre od potu krzesło.
I ŻODYN DO TEJ PORY NIE WIE, ŻECH TO BYŁ JO. ŻODYN!
Jestem lekarzem od 10 lat. Dziś przyszedł do mnie pacjent ze swoimi kolejnymi wynikami z laboratorium. Kiedy po zapoznaniu się z jego objawami i wynikami badań przedstawiłem mu moją diagnozę, on ją stanowczo zakwestionował i zażądał kolejnej opinii. Dlaczego? Ano dlatego, że oglądał ostatnio serial medyczny i tam widział osobę z identycznymi objawami, ale nie miała tego, co on. Po czym wstał i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Dodaj anonimowe wyznanie