Kiedyś mąż jechał na na ryby, a ja zaspana postanowiłam go pożegnać i zrobiłam mu na drogę herbatę w termosie. Przy zalewaniu widziałam jakieś czarne farfocle w środku, ale pomyślałam, że to fusy, więc termos z herbatą spakowałam mężowi do torby.
Gdy mąż wrócił, opróżniłam termos i z przerażeniem odkryłam, czym były te farfocle... Znalazłam w środku martwego karalucha.
Nigdy mu się nie przyznałam.
Dodaj anonimowe wyznanie
Lepiej poszukaj, skąd ten karaluch przyszedł. Karaczany bynajmniej nie są samotnikami.
Może mają owadożerne zwierzątko i uciekła im jedna sztuka?
Optymistycznie zakładając - tak, jedna. Jednak karaczany nie są zróżnicowane pod względem inteligencji, więc pewnie cała gromadka biega po domu.
Gorąca herbata zabiła wszelkie drobnoustroje więc mąż mógł co najwyżej zwymiotować jakby go poczuł w ustach. Myślałem że wpadł ci sznurek od tamponu albo coś w tym stylu.
wiele termosów jest tak skonstruowanych, że coś na tyle dużego jak karaluch nawet nie wyleci.
Nikt:
Nic:
Egzemita: okres, tampony, gówno na majtkach, zboczona zakonnica, nierozdziewiczona stara panna, żeński internat...
Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. :D
To powiedzenie nie ma takiego znaczenia.
Nie dość, że popił sobie herbatki to jeszcze dostarczył do organizmu pełnowartościowe białko 😋
herbatka z karalucha xD
A co on robił w termosie ;((((
Aż mi się skojarzył tytuł pewnego filmu Burtona...
Shake, shake, shake, Senora,
Shake your body line
Shake, shake, shake, Senora,
Shake it all the time
Work, work, work, Senora!