#5J1Ry

Niedawno dołączyłem do klubu średniego wieku. Cieszę się dobrym zdrowiem, uprawiam różne sporty, jestem zadbany i wiele też potrafię zrobić. Jednak z każdym kolejnym rokiem jest mi coraz trudniej zaakceptować to, że coraz mniej mogę liczyć na dotyk drugiej osoby. Czuję się przez to samotny, będąc w związku. Niestety rozmowy nic nie przynoszą, a mi już brakuje sił na kolejne próby inicjacji i słuchanie odmowy.
Mam przez to stany depresyjne, które napędzają spiralę, gdzie czuję się jak ktoś gorszy i przez to czasami brakuje mi chęci do życia.

#BgkBN

Mam problemy psychiczne i walczę już z tym od kilku lat. Albo chociaż próbuję. Byłam już w szpitalach, faszerowali mnie już różnymi lekami. Ostatnio jest trochę lepiej, ale i tak nie jest dobrze.

Wszystko zaczęło się w podstawówce. No jak to małe dzieci nie do końca wiedziały, że mogą aż tak zaszkodzić. Ale ja też byłam mała i bardzo to przeżyłam. Nigdy tego nie pokazałam, udawałam takiego typowego klasowego klauna. Ale tylko w dzień. W nocy zaczęłam się ciąć. Prawie nie spałam.

Obwiniałam się, że to moja wina. Zaczęły się myśli S. Potem próby. Do tego doszła śmierć ojca. Nie chodziłam już do szkoły, nie mogłam się zmusić. Ale wtedy oglądałam zdjęcia ludzi z (dawnej) klasy i oni mieli przyjaciół, a przede wszystkim normalne życie. Moje opierało się na szpitalach. Po lekach były też skutki uboczne, które nie pomagały. Teraz wiem, że nie było warto ukrywać, że te ich żarty bolą. Że zaczęłam się ciąć. No ale mam za swoje. Nie mam do nich pretensji. Ale wiem, że dużo osób też tak ma, że zaczynają się problemy w szkole itp. Proszę, patrzcie na to, co robicie, mówicie. Wy, wasze dzieci czy rodzeństwo. Bo z takich powodów niektórzy mają namieszane w życiu.

#6kCnb

Mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Czasem nawet to nie jest prawdą.

Moja matka od zawsze była osobą despotyczną. Musiało być tak, jak sobie wymarzyła, nie uznawała żadnego sprzeciwu. Z ojcem dobrała się idealnie, bo ten z kolei chciał przede wszystkim świętego spokoju. Chociaż zarabiał kilkukrotnie więcej, to ona zarządzała finansami domowymi. Możecie więc sobie wyobrazić, jak trudne było dla mnie dorastanie, gdy chce się mieć choć tę odrobinę wolności. Mnie to najczęściej nie było dane, więc wyprowadziłam się tak szybko, jak to było możliwe.

Cofnijmy się w czasie o rok. Chłopak mi się oświadcza, ja cała w skowronkach przyjmuję oświadczyny. Datę ślubu ustalamy na połowę sierpnia, szybko rezerwujemy kościół i salę weselną, powiadamiamy rodziny. Wszystko pięknie, ładnie, każdy się cieszy i życzy szczęścia.

Luty tego roku. Matka dzwoni i mówi, że sorry, nie będziemy z ojcem na twoim ślubie, bo znalazłam taki fajny wyjazd do Włoch właśnie w tym terminie, sama rozumiesz. Nie, nie rozumiałam. Zrobiłam jej największą awanturę w życiu, wypomniałam jej wszystko, czym się nie przejęła – uważa, że dobrze robi i prawdopodobnie z takim przeświadczeniem umrze. Byłam jednocześnie wściekła i przeraźliwie smutna. Jestem ich jedynym dzieckiem, tak potraktowanym w jeden z najważniejszych dni życia. Przepłakałam kilka dni.

Faktycznie na ślubie się nie pojawili. Brak ich błogosławieństwa, pusta ławka w kościele, ojciec nie wzniósł toastu. Ludzie się pytali, dlaczego ich nie ma – mówiłam prawdę, nie jestem ich niańką. Z jednej strony bardzo się cieszyłam, że zaczynam nowy etap życia z ukochaną osobą u boku, z drugiej poziom zażenowania postępowaniem rodziców był bardzo wysoki.

Wrócili tydzień po ślubie. Matka zaprosiła nas na obiad, wciąż sądząc, że nic się nie stało. Mąż zaproponował, że pójdzie sam, powie, co sądzimy o tym zachowaniu i wyjdzie – w moim przypadku istniało zbyt duże prawdopodobieństwo, że się rozpłaczę, czego chciałam uniknąć. Tak zrobił, matka tylko go ochrzaniła, że tyle jedzenia przygotowała, ojciec poprosił go na stronę i przeprosił za zachowanie żony. Mąż powiedział mu, że teraz już za późno, nie wspierał swojej córki, gdy to było najbardziej potrzebne, niemal nie uczestniczył w jej życiu, i nawet nie jest pewien, czy powinien się mianować ojcem.

Kontaktów z nimi zupełnie nie utrzymujemy. Czasem widuję mojego ojca, gdy idę na cmentarz (regularnie kładę kwiaty i znicz na grobie babci, a jego matki), ale nigdy nie podchodzę. Dla mnie nie są już rodziną.

#PN6pn

Jako dziecko miałam nadwagę, przez co byłam wyśmiewana w szkole. Dorośli z najbliższego otoczenia cały czas powtarzali mi pewne magiczne słowa o treści: „Nie jedz, to schudniesz”. Głupiutkie dziecko wzięło to bardzo dosłownie i w wakacje przestało jeść. W ciągu dnia jadłam jedno malutkie jabłko, takie niedojrzałe, prosto z drzewa, oraz miniaturowy kawałeczek chleba, gdzieś tak 3x3 cm. A i tak miałam wyrzuty sumienia, bo nawet jak jadłam tak małe ilości, mama albo tata przyczepiali się do mnie o to i mówili: „Jesteś taka gruba, nie jedz!”. Byłam coraz słabsza, ledwie trzymałam się na nogach, miałam mroczki przed oczami, ale nadal usiłowałam nie jeść. I byłam zła, że mój organizm tak reaguje, bo myślałam, że inni potrafią nie jeść miesiącami i nic im nie jest, tylko ja taka beznadziejna i słaba i bez jedzenia nie mogę żyć. 

Za przykład miałam stawianą ciotkę, która regularnie przyjeżdżała do nas na kilka dni i przez ten czas jadła tyle co nic albo zupełnie nic. Matka, zamiast ją potępić, mówiła do mnie, że powinnam z niej brać przykład! Że ona nic nie je i dlatego jest taka ładna i zgrabna. To było 25 lat temu, to nie były czasy internetu, gdzie porady na temat odchudzania można było znaleźć wszędzie. Miałam w głowie tylko to, co mówili mi dorośli i może to, co wyczytałam w gazetach, jakieś herbatki na odchudzanie od doktora xxx czy jakieś programy telewizyjne z ćwiczeniami lub też metamorfozy sylwetek, gdzie nawet nie było dokładnie opisane, jaką dietę zastosowała dana osoba, tylko coś typu: „Mniej jadłam i ćwiczyłam” okraszone zdjęciami „przed” i „po”. Wycinałam te artykuły z gazetek i zbierałam do segregatora, tak jak zbierało się wtedy te kolorowe karteczki na wymianę. Oczywiście moje całe kieszonkowe szło na te śmieszne herbatki i inne specyfiki, rodzice jeszcze to popierali! Piłam środki przeczyszczające, nie jedząc prawie nic. Efekt był taki, że doprowadziłam się do dużej niedowagi, anemii, braku okresu i rozwaliłam sobie układ pokarmowy. Do tego stopnia, że potem już bez herbatek nie przyjmował pokarmu, wszystko lądowało w kibelku, a ja chodziłam z ciągłymi mdłościami i zwijałam się z bólu, jednak nic nikomu nie mówiłam, bo nie chciałam okazać słabości. Przecież miałam nie jeść! Jak ciotka, jak te panie z gazetek, jak sąsiadka, która chwaliła się do mamy, że je tylko jabłka, pije cytrynę i chudnie.

Zaczęło się w wakacje i trwało przez cały rok szkolny, zawaliłam naukę, bo chudnięcie było dla mnie ważniejsze. W końcu wylądowałam w szpitalu z takimi bólami, że nie mogłam funkcjonować. Okazało się, że mam wrzody żołądka i dwunastnicy i jeszcze trochę, a doprowadzę do ich pęknięcia. Spędziłam w szpitalu dużo czasu, żeby doprowadzić się do porządku. 

Co najlepsze, moi rodzice nie mieli sobie nic do zarzucenia – uważali, że to nie ich wina, tylko moja.

#01v5F

W zeszły weekend poznałem na imprezie pracowniczej pewną dziewczynę, która dopiero co dostała etat w naszej firmie. Melanż nas trochę poniósł i wylądowaliśmy w łóżku, ale wcale tego nie żałuję. Może i stało się to za szybko, jednak tamtego wieczoru pierwszy raz w życiu poczułem się zakochany. Od tamtej pory myślę o niej codziennie i czuję, że serce bije mi szybciej niż zwykle, gdy tylko ją zobaczę. Mógłby to być początek pięknej miłości, lecz tak się nie stanie. Dlaczego? Bo ona za miesiąc wychodzi za mąż, a ja nie mam ani odwagi, ani argumentów, by ją powstrzymać, by odwrócić jej poukładane życie do góry nogami. Wciąż snuję w myślach scenę, kiedy to krzyczę w ostatnim momencie: „NIE!”, a ona odbiega sprzed ołtarza w moje ramiona – ale takie scenariusze zdarzają się chyba tylko w filmach…

Powinienem zaryzykować i zagrać księcia? Czy zejść na ziemię?

#GCLf3

Kilka lat temu zmarł mój dziadek. Nigdy nie miałam z nim dobrego kontaktu, wręcz go nie lubiłam. Przez większość życia był alkoholikiem, robił awantury i zdarzało mu się podnieść rękę na babcię. Na koniec życia przestał pić, ale to nie zmieniło mojego stosunku do niego, więc gdy umarł, to nie było mi smutno, nawet się ucieszyłam, że babcia w końcu odetchnie.

Kilka dni po jego śmierci miałam sen. Dziadek stał naprzeciwko mnie, nagle wyciągnął dłonie, złapał mnie za piersi i jakby chciał mnie pocałować, ale zamiast tego wcisnął mi do ust ugotowane na twardo jajko. Po tym się obudziłam. To było tak chore i nienormalne, że do tej pory czuję zażenowanie na samą myśl o tym. Nie wiem, co byłoby gorsze, że to wytwór mojego umysłu, czy jakaś wiadomość zza grobu. I nawet teraz jest mi wstyd o tym pisać.
Dodaj anonimowe wyznanie