Od czterech dni mam prawo jazdy. Zdobycie go kosztowało mnie wiele nerwów i wyrzeczeń. Nie jestem fatalnym kierowcą, ale zdaję sobie sprawę, że muszę się jeszcze wiele nauczyć. Od razu po otrzymaniu dokumentu wsiadłam za kółko i nakleiłam sobie na szybę zielony listek. Ze względu na to, że moje prawko jest bardzo świeże, staram się nie szarżować. Na autostradzie jadę 90-100 km/h i stosuję się do ograniczeń prędkości. To frustrujące, kiedy inni kierowcy mają gdzieś to, że w terenie zabudowanym jadę równo 50 km/h.
Dziś pojechałam z narzeczonym do jego rodziny. W terenie zabudowanym jadę z prędkością, jaką nakazuje prawodawca i nagle na zderzaku pojawia mi się inny samochód. Jedzie w odległości 1,5 m ode mnie. Mało tego, miga światłami, żebym przyspieszyła albo mu zjechała. A ja już cała w nerwach. Nie zjadę, bo nie mam gdzie, ani nie przyspieszę, bo nie po to zdawałam egzamin, żeby prawem jazdy cieszyć się niecały tydzień. Poza tym łamanie przepisów nie jest w moim stylu. Rozumiem, że ktoś jest lepszym kierowcą niż ja albo że gdzieś mu się śpieszy, ale czy tak ciężko jest uszanować to, że ktoś jedzie zgodnie z przepisami? Mało tego, ten ktoś ma zielony listek na szybie, więc to chyba oczywiste, że jest początkujący.
Przeraża mnie również to, że temu kierowcy najwyraźniej brakowało wyobraźni. Co by było, gdybym musiała nagle hamować? To była wieś, na drodze w każdej chwili mógł pojawić się człowiek albo zwierzę. Dodam jeszcze, że pasażerka jadącego za mną samochodu robiła mi zdjęcia. Po co? Żeby wrzucić na fejsa post „spóźnię się na imprezę, bo ktoś zamula na drodze”?
Gdybym faktycznie była zawalidrogą, to mogłabym zrozumieć takie zachowanie, ale jechałam tak, jak powinnam.
Proszę, jadąc, nie wymuszajcie na innych łamania prawa i nie stresujcie ich.
Ta chwila w życiu, kiedy po raz kolejny zdajesz sobie sprawę, że nie chcesz mieć już nic wspólnego ze swoimi dziećmi, żoną, najbliższymi... Odchodzisz od nich na zawsze.
Coś strasznego, nie życzę nikomu.
W imieniu wszystkich pracowników sklepów odzieżowych dziękuję klientom inteligentnym inaczej za wszystkie środkowe palce ustawione na naszych manekinach.
Byłbym lepszym selekcjonerem niż Jan Urban.
Wstydzę się tego, co poniżej napiszę, ale nie do końca żałuję.
Moi rodzice mieli dużo pieniędzy, nie są milionerami, ale wystarcza na wszystko + odłożyć niezłą sumkę można. Natomiast jako rodzice byli do dupy – mimo że hajs mieli, to jakoś nie bardzo chcieli się z nami dzielić. Na wycieczki szkolne dostawałam najmniej ze wszystkich dzieci, nawet te najuboższe miały więcej. Jeśli nie kupiłam wcześniej bułki albo chleba, to w domu był, ale taki 3-dniowy, ojciec mówił, że można odgrzać i zjeść. Kiedyś robił zakupy, ale zaczął robić wielkie zakupy, których nie byliśmy w stanie zjeść, więc, zamiast kupować mniej, obraził się i w ogóle przestał kupować. Matka z kolei miała w dupie dom, umie tylko narzekać jak jej ciężko i wydawać hajs. Potrafiła mi powiedzieć, że nie mamy pieniędzy i nie mogę zjeść w maku, ale w tym samym momencie płaciła tysiące za swoje ubrania, niewarte tej ceny.
Strasznie dziwne uczucie, kiedy wszyscy ci zazdroszczą, bo widzą ładny duży dom i zadbanych rodziców jeżdżących ładnym samochodem, ale tak naprawdę nie było czego zazdrościć.
W liceum powiedziałam sobie, że mam kurna dość i niech płacą za to, jacy są. Zaczęłam brać najpierw po 5-10 zł, ale później już wyciągałam z torebki stówkę albo dwie. Nie jest mi głupio, że to robiłam, bo matka jak mi dała 10 zł, to jej zdaniem na cały tydzień albo dwa powinno wystarczyć, a sama wydawała 350 zł na bluzkę. Efektem tego wychowania jest to, że teraz muszę się leczyć na głowę, bo narobili mi daddy issues i mummy issues i jestem nieco niepełnosprawna emocjonalnie.
Życzę wszystkim, którzy musieli się zmagać z fałszywie doskonałym obrazem domu, aby nie zrobili tego swoim dzieciom. Ja po to chodzę na terapię.
Czasami, kiedy mam okres i biorę prysznic, patrząc, jak krew znika w odpływie wyobrażam sobie, że wróciłam właśnie z długiej, zaciętej bitwy i zmywam z siebie krew moich wrogów.
Kiedy miałam 10-11 lat, byłam molestowana i gwałcona przez chłopaka, który się wkupił w naszą rodzinę. Nikt mi w to nie uwierzył, bo przecież jestem tylko głupią gówniarą, mało tego, dostałam od matki za kłamstwo, powiedziała, że mam nie zmyślać, bo przez moją głupotę będzie miał problemy. Od tamtej pory zamknęłam się w sobie i zaczęłam uciekać z domu. Już nigdy więcej o tym nie wspomniałam. Oczywiście dziś udaję, że nigdy nic się nie stało i ze wszystkimi dobrze żyję, chociaż gdzieś tam w środku cholernie boli...
Od niedawna do jednego kawalera z rodziny przyjeżdża dziewczyna, która, jak się okazało, też była kiedyś zgwałcona. I co na to moja rodzina? „Ojej, kochana jak ty musiałaś strasznie cierpieć, to gnój jeden, powinni mu jaja urwać” i różne tam takie... Każdy ją przytula, żeby nie była samotna, każdy jej współczuje itp. Ja też lubię tę dziewczynę i absolutnie nic do niej nie mam, ale boli mnie fakt, że mi nikt nie uwierzył, nikt mi nie pomógł, nikt mnie nie przytulił, płakałam gdzieś samotnie w kącie i nikt nie widział mojego bólu... Dziś jak widzę, że ktoś tę dziewczynę przytula i jej współczuje, to stoję obok jak gdyby nigdy nic, a moje serce rozpada się na milion kawałków.
Mam 13 lat. Jestem przeciętną nastolatką, nieróżniącą się od innych. Jednak jestem w klasie, czasami poza, wyśmiewana z jednego powodu – nie wstydzę się moich rodziców przy znajomych. Wręcz przeciwnie. Zawsze idąc z koleżankami, gdy zobaczę mamę lub tatę, odchodzę od grupy, aby się z nimi przywitać, nie wstydzę się powiedzieć, że mają po 50 lat, nie wstydzę się tego, że są, że ich kocham, nie wstydzę się im pomagać. A mimo to niektórzy nazywają mnie „dzieciątkiem”. Pamiętam sytuację, gdy jadąc z mamą na rowerze, spotkałam grupę znajomych. Zatrzymałam się na chwilkę, a potem z mamą pojechałyśmy. Następnego dnia w szkole osoby, które tam były, stwierdziły, że jestem taka niedorozwinięta, że nie potrafię sama jeździć na rowerze.
Czy zrobiłam coś złego?
Ostatnio moja córka wróciła ze szkoły w okropnym humorze. Nie chciała nic jeść. W końcu powiedziała, że jest zbyt gruba i musi się odchudzić. Dopytałem, skąd te pomysły i okazało się, że takie „instrukcje” dostała w szkole. Chciałem wyjaśnić, które to dziecko takie mądre, żeby sobie z nim i jego rodzicami pogadać, ale okazało się, że młoda usłyszała to od swojej wychowawczyni. Najlepsze, że małej przy jej wieku i wzroście brakuje 3 kg do prawidłowej średniej wagi.
Zastanawialiście się kiedyś, jak czuł się Marlon Brando, kręcąc słynną scenę z proszeniem o przysługę? Przeżyłem wczoraj coś podobnego.
Od początku: 10 lat temu robiłem magisterkę, zaprzyjaźniłem się tam z pewną dziewczyną, nazwijmy ją Natalia. Przez długi czas trzymaliśmy się razem, znaliśmy swoje tajemnice, wydawało się, że jesteśmy bratnimi duszami. W pewnym momencie poczułem do niej coś więcej, przez długi czas bałem się powiedzieć, żeby nie zniszczyć naszej przyjaźni. Ona prawdopodobnie się domyślała, czasem niby przypadkiem rzuciła jakimś dwuznacznym tekstem, często mówiła, że chciałaby być z kimś takim jak ja. Kiedy w końcu zdobyłem się na odwagę, wyśmiała mnie. To bym jeszcze przebolał, ale najgorsze dopiero miało nadejść. Natalia okrutnie zabawiła się moimi uczuciami, rozpowiedziała wszystkim o tej sytuacji, próbowała zniszczyć mi życie wymyślonymi przez siebie historiami. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale sprawa otarła się o policję, a ja przez długi czas nie mogłem się psychicznie pozbierać. Ostatecznie wyszedłem na prostą, ożeniłem się, założyłem dobrze prosperującą firmę.
Na początku tego roku przejęliśmy podupadającego konkurenta, a ponieważ wiele stanowisk się dublowało, konieczne były zwolnienia. Jedną z osób przeznaczonych „do odstrzału” okazała się Natalia, oczywiście została o tym powiadomiona odpowiednio wcześnie. Wczoraj wieczorem napisała do mnie długą wiadomość, gdzie przeprosiła za tamte oskarżenia i próbowała mnie przekonać, żebym jednak zmienił zdanie. Pisała, że przez te 10 lat wiele się u niej zmieniło na gorsze, straciła rodziców, wpadła w długi, na dodatek jakiś fagas zostawił ją samą z dzieckiem. Najśmieszniejsze, że na studiach popierała Korwina i uważała, że samotne matki to zakała społeczeństwa, a jak ktoś jest biedny, to widocznie „wolny rynek tak chciał”. Prosiła mnie, żebym przez wzgląd na stare czasy przemyślał swoją decyzję.
W odpowiedzi dostała ode mnie tylko screena tamtej sceny z „Ojca chrzestnego”. A ponieważ nie mam córki ani tym bardziej ślubu córki, dziś z przyjemnością podpisałem jej wypowiedzenie. Pracowała na zleceniu, więc został jej tydzień (taki był zapis w umowie). Karma to jednak piękna rzecz. Natalia mogłaby być na miejscu mojej żony albo chociaż odmówić w cywilizowany sposób. Ale wybrała inaczej. Wiem, w komentarzach pewnie mnie zlinczujecie, jednak nie czuję się ani trochę winny.
Dodaj anonimowe wyznanie