Mam 16 lat. Większość ojców moich kolegów to alkoholicy. Mój jest pracoholikiem. Potrafi z jednej pracy 12-godzinnej, ciężkiej fizycznie, iść rano układać kostkę. Ma swoją firmę. Haruje cały czas na nas. Na moich braci, na nasz dom, na mamę. Ale nienawidzę go. Przez całe życie się go bałem. Zawsze jak byłem mały, darł się na mnie, jak coś zrobiłem źle, wytargał za ucho. Jak miałem z 10 lat, zaczął mnie bić po twarzy. Raz za to, że się nie uczyłem, potrafił mnie tak uderzyć, że lała mi się krew z nosa. A jak to nie poskutkowało, pojechał ze mną do lasu. Wyciągnął pałę policyjną i powiedział, że za każde kłamstwo dostanę od niego tą pałą. Na szczęście nie kłamałem.
Jak miałem 14 lat, wróciłem pijany do domu, on spał. Mama mnie widziała, jak wróciłem pijany, i mu powiedziała. Na następny dzień mama pojechała do pracy, ojciec był w domu. Rano wparował mi do pokoju, budząc mnie. Po chwili wrócił, położył się na mnie i zaczął mi dawać liść po liściu. Od tego czasu boję się go cały czas. Cały czas haruje, wykańcza siebie i nas, jak wraca do domu, to wszystko musi być na tip-top, bo znowu się zacznie na mnie drzeć i się go będę bał.
Mam młodszego brata, ma 3 lata, nie chcę, żeby on się bał ojca tak jak ja. Starszy się ojcu stawia, ma 21. Patrząc, jak on się stawia, ja czuję się jak jakiś frajer. Myślę, że jestem pi*da i nic nie potrafię ojcu wypomnieć, bo znowu od niego dostanę.
Chłopak, z którym się kiedyś spotykałam, okazał się po roku kompletnie inną osobą. Na początku było dobrze, a później gdy nie miałam siły sprzątać czy zrobić obiadu (chorowałam na silną depresję), zaczęły się wyzwiska, które mu wybaczałam za każdym razem, gdy przepraszał.
W końcu nadszedł dzień, gdzie stwierdziłam, że mam tego dosyć i nie wytrzymam tego dłużej. Powiedziałam, że chcę to zakończyć, wtedy zaczęło się szarpanie mnie, podduszanie, łapanie za szczękę, nie dawał mi spokoju przez kilka miesięcy. Sprawa skończyła się polubownie, nie mam z nim kontaktu, moi przyjaciele, którzy wyzywali go na każdym kroku, dalej się z nim przyjaźnią, a ja urwałam kontakt też z nimi.
Poznałam mężczyznę swojego życia, z którym planujemy dziecko, żyjemy w dwójkę w spokoju, widując się ze znajomymi co jakiś czas. Wiem, że mnie nie skrzywdzi, troszczy się o mnie jak nikt nigdy, kocha i wspiera. Jestem dumna z tego, że wyszłam z toksycznego związku i mam nadzieję, że uda się to każdemu, kto w nim tkwi.
Gdy miałam 7 lat, byłam bystra jak na swój wiek i — jak się okazało — bardzo przedsiębiorcza.
Tego lata wraz z rodzicami pojechaliśmy samochodem na wakacje do Hiszpanii. Podczas pobytu w pewnym malowniczym miasteczku udałam się za potrzebą do publicznej toalety. Skorzystanie z niej wymagało uiszczenia opłaty klozetowej u bardzo miłej starszej pani, która zawodowo trudniła się tą profesją. Jako że od dziecka miałam żyłkę do biznesu, mój bystry umysł podsunął mi pewien pomysł na założenie własnej działalności gospodarczej. Byłam bowiem pulchnym dzieckiem i miałam sporo słodyczowych wydatków.
Po powrocie do domu zabrałam się od razu za rozkręcanie mojego własnego biznesu. Ustawiłam stołek pod drzwiami do toalety, zabarykadowałam drzwi do łazienki i zaczęłam pobierać opłaty od domowników. Ustaliłam cennik – 20 groszy za siku do 2 minut. Przekroczenie tego czasu oznaczało grubszą sprawę, a to oznaczało opłatę w wysokości złotówki.
Tak właśnie zostałam babcią klozetową w wieku siedmiu lat. Mój biznes trwał 30 minut i zarobiłam 1,20 zł, a potem rodzinka się wkurzyła i zniszczyli mój biznes.
Dziś, zawiedziona wcześniejszym splajtowaniem biznesu, nie pracuję już w danej branży. Szkoda.
Niedawno w wypadku zginął mój kolega, dalszy, bo dalszy, ale kolega. Jechał na rowerze, jeszcze nie wiadomo, czy to była wina jego, czy może samochodu, który w niego uderzył. Życia mu już nic nie zwróci, ale ja zacząłem bardziej uważnie przyglądać się temu, co robią rowerzyści – i jestem przerażony. To, że co druga osoba na rowerze nie ma żadnych, ale to żadnych zalecanych do jazdy rzeczy jak odblaski czy kask, to norma. Za to prawie każda ma słuchawki na uszach! Czerwone światło dla rowerzystów to tylko wskazówka, nie obowiązek, przejeżdżanie kiedy wam się podoba, a nie kiedy jest zielone, czy to na drodze, czy przez przejście dla pieszych. Oczywiście przy przejściu dla pieszych nie dość, że na czerwonym, to jeszcze nie zsiadając z roweru. Dodatkowo oczywiście zmieniają sobie drogę na chodnik jak im wygodnie, tu czerwone, a tam zielone na przejściu? No to myk i jedziemy chodnikiem, później znowu wjeżdżają na drogę.
Reasumując, jestem przerażony tym, co widzę ze strony rowerzystów, praktycznie tych jeżdżących poprawnie nie ma, każdy ma swoje własne przepisy i czuje się bezkarny. A z czego to wynika? Wydaje mi się, że rowerzyści ponoszą za małe konsekwencje swoich działań, rzadko dostają mandat za czerwone światło, bo jak ich złapie patrol pieszy? Nie muszą płacić OC na rower i generalnie uważają, że jak prawo dopuszcza ich na drodze, to mogą robić wszystko i to wszyscy mają na nich uważać. Jak już tak uważacie, to chociaż załóżcie kask i odblaski!
Cały dom jest na mojej głowie. Dlaczego? Bo przecież „tylko” chodzę do szkoły. Jestem jedynaczką, codziennie mam średnio siedem lekcji, dwa razy w tygodniu zajęcia dodatkowe. Ojciec pracuje w fabryce, od poniedziałku do soboty jest w robocie od 8 do 18. Mama jest pielęgniarką, w tygodniu ma zazwyczaj 3 dniówki, 2 nocki i 2 dni wolne. Mam więc najmniej roboty, prawda? A gówno prawda, niestety rodzice doszli do takiego wniosku i nie da się im przetłumaczyć.
Co muszą robić rodzice po pracy? Tylko spakować się na drugi dzień, bo ubrania muszę prać i prasować ja. Co do szkoły muszę ja? Zadania domowe, uczyć się do testów, do kartkówek z matmy, które są codziennie, przygotować się do zajęć dodatkowych, czasem przygotować jakiś projekt, nad którym praca zajmuje kilka dni.
Wszystko w domu robię ja, jedynie mama, gdy nie ma dniówki, robi obiad, w inne dni to również jest na mojej głowie. Codziennie dostaję listę zadań na kolejny dzień. Zakupy, mycie okien, łazienki, sprzątanie, pranie i inne pierdoły, wszystko robi się u nas dużo częściej niż w innych domach. Ojcu muszę nawet robić drugie śniadanie do pracy, bo przecież i tak wstaję wcześniej niż on. Owszem, wstaję o 5.30, bo wyprowadzanie psa również jest na mojej głowie i inaczej bym się nie wyrobiła do szkoły.
Pomagam w domu, odkąd pamiętam, zaczęło się od wspólnego mycia naczyń, obowiązków przybywało wraz z wiekiem i to było w porządku, ale od pewnego czasu wszystko jest na mojej głowie, bo jestem wystarczająco dorosła. To mnie przerasta. Jeśli nie wyrobię się z robotą do wieczora, to za karę nie mogę wychodzić z domu, zabierają mi telefon, kieszonkowe i nie dają pieniędzy na szkolne wyjścia. Bo skoro się nie wyrobiłam, to marnuję czas na jakieś głupoty. Dopiero gdy skończę z domem, mogę zająć się szkołą. Gdy było jakieś większe zadanie domowe albo test, nieraz było tak, że spałam 3-4 godziny lub wcale. Do tego rodzice kręcą nosem nawet na trójki, jak dostanę 1, to mam karę. Jak kiedyś miałam 3 na świadectwie, dostałam zakaz wychodzenia na całe wakacje (chyba że zakupy i inne obowiązki). No ale kiedy ja mam się uczyć?
Z przyjaciółmi zdążę spotkać się tylko w weekend, o ile nie mam żadnej dużej pracy domowej, zdarza się to mniej więcej raz w miesiącu. Gdy proszę rodziców o pomoc, słyszę, że muszą odpocząć po pracy, a ja przecież w szkole nie mogłam się zmęczyć. Czasem wybucha awantura, bo jestem leniem.
Mój dzień wygląda tak: pobudka, szkoła, powrót o 16, obowiązki, nauka, sen. Jeśli mam szczęście i nie wypadnie mi żadne mycie okien czy coś, to nawet zdążę sobie z godzinkę odpocząć i potem porządnie się wyspać. Jeśli nie, to nie dosypiam.
Moje liceum ma duże wymagania. Za rok będę w klasie maturalnej, rodzice oczywiście wymagają ode mnie pójścia na studia, ale ja z takim trybem życia nie dam rady się uczyć.
Mam 16 lat i rodziców za granicą (mamę i ojczyma). Często jest tak, że nie odbierają telefonów lub nie odpisują na moje wiadomości. Przeważnie dlatego, że dzień wcześniej pili (lub tego samego dnia). Gdy w końcu uda mi się dodzwonić, to słyszę napitą mamę. Nie wiem, jak sobie z tym radzić. Uczucie, że twoi rodzice mają cię głęboko, strasznie boli.
Mieszkam z dziadkami, oni bardzo dobrze wiedzą, co wyprawia ich córka (moja mama), ale niestety też nic nie mogą zrobić.
Działo się to wczoraj w jednym z zakładów produkcyjnych na obrzeżach Warszawy. Na halę produkcyjną wszedł mechanik utrzymania ruchu, a że akurat urządzenia nie pracowały, pytam go, po co przyszedł. Akurat nic tutaj nie pracuje — mówi — to pójdę zrobić dwójkę. I poszedł między reaktory...
Muszę przyznać, że mnie zatkało.
Rozejrzałem się po hali, kto mógłby mi pomóc w tej niecodziennej sytuacji. Nikogo nie było, więc dyskretnie poszedłem za mechanikiem.
I co się okazało?
Korzystając z przerwy w produkcji, postanowił zrobić... roczny przegląd techniczny reaktora numer dwa!
Czy moja rodzina wywiera na mnie zbyt dużą presję? Dajcie znać, bo mnie wydaje się, że tak, ale potrzebuję obiektywnej opinii.
Od zawsze robiłam wszystko, żeby rodzice byli ze mnie dumni. Od dziecka uczyłam się zawsze dobrze. Ale kiedy groziła mi 4, zamiast 5 na koniec roku? To był już powód do rozmowy taty z nauczycielem, żebym mogła ją poprawić. Później poszłam na studia. Prawnicze, choć zupełnie mnie nie interesowały. Zrobiłam to, jednak bardziej dla rodziców niż dla siebie, żeby mogli być ze mnie dumni. Skończyło się to tak, że w pewnym momencie kompletnie nie miałam już motywacji do nauki i starań, przez co skończyłam je z opóźnieniem. W tym momencie szukam pracy po tym, jak skończyła mi się umowa na zastępstwo. Do tej pory pracowałam głównie w zawodach administracyjnych lub związanych z marketingiem. Jest to jednak, zdaniem mojego ojca, zbyt mało. Raz powiedział coś w stylu, że moje studia „poszły na zmarnowanie”. Próbował bez konsultacji ze mną wkręcić mnie na stanowisko, na które zupełnie nie mam kwalifikacji. Ponieważ prawdopodobnie wyjdzie mi z inną pracą, postanowiłam odmówić. Gdybym sobie nie poradziła i zawiodła oczekiwania (a szef ostrzegał, że praca będzie wymagająca), wiem, że byłoby to traktowane jako moja kolejna porażka. A jednak ryzyko porażki lub niezadowolenia ze mnie, przy zerowej wiedzy w temacie, byłoby dość wysokie.
Tak samo jak to, że nie znam biegle języka obcego, jest wielkim zaniedbaniem – choć mówię na poziomie komunikatywnym. Nie chcę przekwalifikowywać się w kierunku, który ojciec mi wskazuje? To też błąd. Wymyśliłam sobie inny, ale wiem, że będzie nim rozczarowany.
A co jest w tym wszystkim najbardziej dołujące? Że druga żona mojego ojca nie ma żadnych studiów, a ciągle wytyka mi błędy. Względem niej i jej dorosłych dzieci nie ma żadnych oczekiwań. Za to dla mnie są dość duże.
Nie wspomnę już o początkowych oczekiwaniach, że pójdę na studia za granicą, będę biegle znała dwa języki, a jeśli wyjdę za mąż, to za kogoś dzianego. Jakie było rozczarowanie mojej matki, kiedy rozstałam się ze studentem stomatologii... To nie to samo, co mój następny chłopak, który mimo studiów inżynierskich przyjeżdżał do mnie tanim samochodem.
Planuję się dalej kształcić, ale dla siebie samej. Trudno, najwyżej wszyscy będą mną rozczarowani. W sumie to się już przyzwyczaiłam. Tylko nie wiem czasami, co jest ważniejsze. Duma z moich potencjalnych osiągnięć, czy moje dobro? Bo czasem wydaje mi się, że moi rodzice zwyczajnie nie czują, że ich córka nie jest wcale tak wyjątkowa, jakby tego chcieli. A przecież jest tyle inteligentnych, ogarniętych osób bez studiów, które świetnie sobie radzą. Pewnie by temu nie zaprzeczyli. Ale mnie już ta zasada niestety nie dotyczy. Myślę, że choćbym teoretycznie dostała Nagrodę Nobla, i tak byłoby to za mało.
Mam męża, dorastające dzieci, dom, spokojną pracę, ułożone, stateczne życie bez większych stresów i zakochałam się w znacznie młodszym mężczyźnie. Wiem, że ta relacja najprawdopodobniej sprowadzi tylko kłopoty, ale nie potrafię jej zakończyć, chociaż wielokrotnie próbowałam. Nie radzę sobie z tym.
Zawsze gdy załatwiam swoją potrzebę, bardzo się boję, że ugryzie mnie jakiś wąż, szczur lub inne zwierzę, które wyjdzie z kanalizacji. Wyobrażam sobie, że wchodzi mi do tyłka i umieram.
Dodaj anonimowe wyznanie