#Sdmqd

Kiedyś odwożąc kolegę z pracy, widziałem, jak jakaś dziewczyna w leginsach jechała na rowerze, no taka z tyłu 9/10. I choć zazwyczaj nie zachowuję się w ten sposób, to wtedy krzyknąłem: „Ulalaaa, niezła d**a!”. Gdy ją mijałem, to jednak okazała się z przodu 2/10, więc mówię: „Fujjj, jednak paskudna...”, na co kolega odparł: „To moja siostra jechała...”. Chciałem się zapaść pod ziemię.

#CIC6I

Po 3 latach związku mój chłopak mi się oświadczył i zamieszkaliśmy razem. Jestem bardzo szczęśliwa, pamiętam, jak jeszcze niedawno bardzo się wstydził w moim towarzystwie, a ja marzyłam o tym, by się w końcu otworzył. I dziś mówimy sobie wszytko, jestem z nim tak blisko jak nigdy dotąd.

Euforia euforią, miłość miłością, ale nie mogę przeboleć jednej rzeczy. On za każdym razem, gdy idzie za potrzebą... zostawia otwarte drzwi. Zawsze.
Zwróciłam mu uwagę, a on stwierdził, że "jesteśmy jak dwie połówki pomarańczy, otworzył się przede mną jak te otwarte drzwi i nie ma zamiaru ich zamykać".

No cóż, przyszło mi poślubić zasranego romantyka.

#58H4M

Gdy miałem kilkanaście lat, to spory problem stanowiło dla mnie zagadywanie do dziewczyn. Byłem bardzo nieśmiały i nigdy nie wiedziałem jak zacząć rozmowę. Zamiast z rówieśniczkami, większość mojego czasu spędzałem więc z moim najlepszym przyjacielem – kudłatym, nieco grubawym, psem Alcestem. Jak na okrągłego kundelka, psina miała sporo energii i wymagała codziennych spacerów w parku.

Mieliśmy takie jedno nasze ulubione miejsce, gdzie spuszczałem Alcesta ze smyczy, a on ganiał za wiewiórkami, tarzał się w liściach i latał z wywalonym ozorem. Podczas jednego z takich wyjść podeszła do mnie bardzo ładna dziewczyna. Powiedziała, że już któryś raz mnie tam widziała i ciekawa była kim jestem. Gadka zaczęła się kleić. Mimo to w środku powtarzałem sobie „Nie zrób niczego głupiego, nie zrób niczego głupiego...”. Gadaliśmy sobie jakieś dziesięć minut. To chyba najdłuższy czas rozmowy z przedstawicielką płci pięknej, jaki odbyłem od wielu lat…

I wtedy zjawił się Alcest wytarzany w gównie z kawałkiem papieru toaletowego przyklejonym do ogona. Przyjaźnie otarł się o nogę mojej uroczej rozmówczyni. Niezręczność tej sytuacji sparaliżowała mnie niczym czar petryfikacji rzucony przez potężnego maga. Zanim niewiasta zdążyła zareagować, Alcest uznał, że w sumie to dobry moment na amory i rzucił się do ordynarnego posuwania jej łydki.
Po chwili byłem już sam ze śmierdzącym, ale bardzo zadowolonym z siebie Alcestem. Dziewczyna momentalnie rozpłynęła się, a wraz nią moje szanse na podryw.

#NpbdY

Moja mama nigdy nie wierzyła mi, kiedy byłam chora w czasach podstawówki. Z tego powodu raz poszłam do szkoły z zatruciem pokarmowym i zarzygałam pół korytarza, raz z tak mocnym bólem ucha, że nie mogłam na niczym się skupić, a raz z gorączką, przez którą później miałam halucynacje. Dopiero po tych incydentach zaczęła mi wierzyć, kiedy źle się czułam.

#l0rN0

Kilka lat temu, w gimnazjum, na technice robiliśmy maskotki z materiału. Kolega, który zrobił sowę, zapytał grzecznie na polskim:
- Czy chce pani zobaczyć moją sowę?

Polonistka, żeby niewinnie wybrnąć z sytuacji i żeby zachować ładny język polonistyczny odpowiedziała:

- Nie chcę oglądać twojego ptaka.
Cała klasa nie mogła powstrzymać się od śmiechu :)

#PNXpd

Gdy tylko zaczyna sypać śnieg, a ja poczuję odpowiednią atmosferę, to zawsze puszczam sobie muzykę z gry Mafia 2. Ten tytuł już od dzieciństwa kojarzy mi się z zimą (kto grał, ten wie), więc ja będąc na dworze i chodząc po mieście, słucham muzyki z lat 50. Ktoś też tak ma czy tylko ja?

#TYFs6

Nie jestem pewna, czy rozumiem o co chodzi z miłością.

Nie chcę pisać tutaj epopei, postaram się więc nakreślić sytuacje zwięźle i w miarę możliwości - przejrzyście.

Mam 26 lat i nie jestem pewna, czy moja rodzina i partner to osoby, które kocham nad życie, czy też osoby, o które bardzo się troszczę, którym mocno współczuję, za których jestem w moim odczuciu odpowiedzialna i tym samym - przywiązana jak pies.

Wychowałam się w szanowanej rodzinie pełnej wykształconych ludzi znanych z dobrego serca i serdeczności. Byłam złotym dzieckiem, grzecznym, kochanym, zdolnym i pracowitym. Zawsze dbałam o to, żeby wszyscy byli szczęśliwi i dumni.

W wieku 22 lat wylądowałam na oddziale zdrowia psychicznego (z depresją, myślami samobójczymi, nerwicą, zaburzeniami odżywiania), po tym jak przez kilka dni z rzędu nie mogłam wstać z łóżka, na którym zwyczajnie wegetowałam.

Terapia była niesamowicie trudna, ale też bardzo wyzwalająca. Pokazała mi jak rezygnuję z siebie dla innych, że jestem wiecznie zestresowana tym, że ktoś kogo kocham, zostawi mnie bo nie zrobię czegoś, czego ta osoba chcę. Zaczęłam sobie uświadamiać, że jestem takim złotym dzieckiem na skutek szantażu emocjonalnego. Doszło do tego, że nie byłam w stanie zerwać z chłopakiem, przez którego prawie się pocięłam, bo ciągle mówił o tym, jak to sobie zrobi krzywdę. I jak moja rodzina go dopingowała, że no taki on biedny, taki biedny, a tak mnie kocha. Zobaczyłam, jak wiecznie usprawiedliwiałam toksyczne zachowania najbliższych, ze względu na ich własne trudne, życiowe doświadczenia.

Ale ciągle bardzo kocham moich najbliższych. Wiele rzeczy między nami się zmieniło, udało mi się wyegzekwować niektóre granice. Wyprowadziłam się do Szwecji, i to odcięcie dobrze na mnie wpłynęło.

Tylko, że ciągle mają nade mną władzę. Nie umiem rozegrać wielu spraw, tak abym czuła się z tym dobrze. Raz spróbowałam, słowa, które wówczas padły do dziś sprawiają, że drętwieję, a do oczu napływają mi łzy. Ta osoba dokładnie wiedziała, gdzie uderzyć. A ja? Nie wyobrażam sobie skrzywdzić w taki sposób nikogo, zwłaszcza kogoś tak bliskiego.

Moi partnerzy byli najpierw manipulującymi dupkami, od czasów terapii wybierałam dużo lepiej. Ale zawsze były to osoby po przejściach (o czym same nie raz nie wiedziały, wychodziło to w czasie rozmów).

Nie wiem czy do końca rozumiem jak działa miłość. Martwię się o nich, troszczę, gdy nie odbierają/nie odpisują, oblewa mnie zimny pot bo albo ta osoba jest na mnie zła i daje mi to odczuć, a może leży nieprzytomna, a ja nie mogę jej pomóc. Okazuje się, że ktoś nie słyszał telefonu i tyle, wszystko jest ok.
Chcę żeby byli szczęśliwi, staram się pomagać i wspierać na każdym polu. Pocieszam, motywuję, doceniam.

Kocham? Tak.

Czy tak powinna wyglądać zdrowa miłość?
Nie wiem.

#2Xl2p

Będąc w ostatniej klasie gimnazjum, wyjechałam ze szkolną wycieczką nad jezioro. Ubaw od rana do wieczora, pływanie rowerkami wodnymi, kąpanie się etc. Kiedy większość uczestników zażywała kąpieli słonecznych, stwierdziłam z kumpelą, że bierzemy rower wodny, płyniemy na środeczek jeziorka i skaczemy!

Kiedy już wyskoczyłam do wody, to poczułam potworny ból brzucha... "Albo się zesram w wodzie, albo utopię z bólu" - pomyślałam. Tak... Zesrałam się do jeziora.

Najgorsze jest to, że ta kupa dryfowała na powierzchni skąpana światłem słońca. Kiedy koleżanka to zobaczyła, wkręciłam jej, że to pewnie facet, który w tym samym czasie pływał kajakiem po jeziorze.

Wieść o pływającej kupie rozniosła się bardzo szybko i wszyscy obwiniali tego biednego pana, wyzywając go od oblechów. Żodyn nie wie, że to ja... Żodyn.

#Aj96a

Telefon z rana ciągle pipczał, więc go wyciszyłam. Później odczytałam dziesiątki wiadomości od kolesia, z którym widziałam się wczoraj wieczorem. Pierwsza z nich to "hej piękna", a ostatnia to "Odbierz ten pieprzony telefon, szmato!". Jak widać, właśnie wygrałam kupon przedłużający moje singlowanie.
Dodaj anonimowe wyznanie