Wigilia. Rozpakowywanie prezentów. Kupiłam sobie sama telefon, o którym zawsze marzyłam, za swoje pieniądze, ba, nawet sama go zapakowałam. Teoretycznie prezent od mamy, więc mówię żartobliwie, że się nie spodziewałam. Jej odpowiedź "Sądzę, że i tak nie powinnaś nic dostawać".
Świetne święta, znowu, następnych prawdopodobnie nie będzie, bo "nie chce się nikomu tyle gotować", szkoda, że wszystko ja przygotowałam sama.
Dostałam prezent w postaci vouchera na lot paralotnią z instruktorem. Koleżanka wpadła na taki pomysł, wiedząc, że mam lęk wysokości. I jeszcze udawała głupią: „Ty masz lęk wysokości? Kurczę, a ja cały czas myślałam, że masz przed pająkami”. No ale dobra, myślę, spróbuję, może być fajnie. No i nadszedł ten dzień. Ach, no i powiem Wam! Można było delektować się przepięknymi widokami, można było otworzyć zmysły na zupełnie nowe doznania, poczuć się jak sokół wędrowny, jaskółka albo dron. Można było... Tyle że tuż po tym, jak się rozpędziliśmy i straciłam grunt pod nogami, momentalnie się zesrałam. Ale nie, że coś tam popuściłam lekko, poszedł ogień jak ze smoka. No i wszystko co z tego pamiętam, to moje myśli, jak tu zwiać po wylądowaniu, bo czekała na mnie moja rodzina z kamerą i telefonami oraz koleżanka, by mnie wyściskać...
Nie zauważyli, na szczęście. Ale mama coś ostatnio przebąkuje, że teraz może czas na spadochron. Nigdy w życiu!
Sytuacja miała miejsce podczas zajęć laboratoryjnych z przedmiotu, powiedzmy, "chemio i fizykopodobnego". Byliśmy podzieleni na 2-osobowe grupy. Każda grupa wykonywała inne ćwiczenie, natomiast prowadzący chodził pomiędzy stanowiskami i nadzorował przebieg doświadczeń.
Obok mojego stanowiska dwóch kolegów przeprowadzało doświadczenie, które miało na celu sprawdzenie szybkości sedymentacji (opadania cząsteczek zawieszonych w cieczy) przy użyciu różnych substancji, mających przyspieszyć ten proces. Wyglądało to tak, że wlali 3 mieszanki do trzech naczyń i po jakimś czasie mięli sprawdzić grubość osadu, dlatego mogli posiedzieć chwilę bezczynnie i pogadać.
Miłą pogawędkę przerwał im prowadzący, który zapytał kontrolnie: "I jak tam chłopaki, opada wam?". Na co oni, z poważną miną, bo przecież sprawa sedymentacji to nie żarty, odparli zgodnie: "Tak, tak panie doktorze, opada". Doktor pokiwał głową, popatrzył na nich ze współczuciem i skwitował: "Oooo, to niedobrze, w tym wieku, ojjj, to bardzo niedobrze..." i odszedł do innej grupy, zostawiając chłopaków z porządnymi pokerface.
Najdziwniejsze wspomnienie z podstawówki?
Była to 2 albo 3 klasa. Połowa lekcji wtedy polegała na jakichś zabawach i pracy w grupach, coby to zintegrować małych ludzi i wyjaśnić niektóre tematy w przystępny im sposób. Tego dnia mieliśmy akurat przygotować szopkę bożonarodzeniową, która potem miała ozdobić naszą salę lekcyjną. Co ważne dla tego wyznania, pracowaliśmy wtedy na stojąco przy ławkach ustawionych na środku sali. Tak się złożyło, że ja i kilka innych osób skończyliśmy robić swoją część pracy i mieliśmy poczekać na dalsze instrukcje nauczyciela, który miał ich nam udzielić, kiedy reszta klasy skończy swoją część pracy. Niektórzy postanowili skorzystać z chwili wolnego czasu i wykorzystać go na rozmowę lub zabawę, a inni (w tym ja ) zająć się sprzątaniem resztek papieru i innych śmieci spod ławek.
No i tutaj zaczyna się właściwa część wyznania. Kiedy tak nurkowałem sobie pod ławką w poszukiwaniu resztek i śmieci, nagle poczułem jakąś dziwną chęć powąchania butów kolegów i koleżanek, którzy pochłonięci artystycznym transem stali przy ławkach, pod którymi ja się znajdowałem. Jako że (tak przynajmniej wtedy myślałem) i tak nikt mnie nie widzi, to czemu by tego nie zrobić. I tak oto 8-letni ja oddałem się wyżej wymienionej przyjemności, aż nauczyciel nie zapytał mnie co ja robię i nie kazał mi wyjść spod ławki, co zrobiłem lekko zdezorientowany i zawstydzony. Na szczęście zrobił to dyskretnie i nie zadawał zbędnych pytań, tylko zabronił mi praktykowania takich czynności na lekcji.
Po kilku latach dowiedziałem się o czymś takim jak fetysz stóp, wtedy uświadomiłem sobie fakt, że uczucie towarzyszące patrzeniu na tę część ciała u koleżanek to po prostu podniecenie. Wydarzenie z wyznania przypomniało mi się dzisiaj, kiedy wspominaliśmy z kolegami podstawówkę i dopiero teraz uświadomiłem sobie jak to musiało wyglądać z perspektywy nauczyciela. Ale jak to się mówi - było, minęło. Pozdrowienia dla anonimowych fetyszystów :)
Kojarzycie tę reklamę Desnoranu? Jest to reklama leku przeciw chrapaniu.
Mam 20 lat. Wczoraj byłam sama w mieszkaniu. W telewizji leciała owa reklama. Tak się wystraszyłam, że ktoś jest pod moim łóżkiem i chrapie, że posikałam się na nową pościel.
Krąży nade mną jakaś klątwa. Gdzie bym nie poszła w gości/ do restauracji/ na kebaba/ na wesele, zawsze trafi mi się włos w jedzeniu (oczywiście nie są to moje włosy). Mało jest rzeczy, które obrzydzają mnie tak jak to, a najgorzej jest wtedy, kiedy go przeoczę i muszę wyciągnąć z ust. Ludzie często się dziwą dlaczego rzadko jem na mieście, a w gościach wszystko dokładnie przegrzebuję.
Miarka się przebrała kiedy w ostatnim kebabie znalazłam ich aż 3, a przy kolacji wygrzebałam go ze słoika dżemu. Brzydzę się już jeść, jeśli nie przyrządzam czegoś sama. Co ciekawe, nigdy nie przydarzyło się to nikomu innemu w moim towarzystwie. Błagam wszystkie osoby które to czytają: związujcie swoje włosy, gdy gotujecie/przyrządzacie jedzenie, to jest naprawdę obrzydliwe.
Mój tata był przeciętnym mężczyzną. Kochającym, dbał o rodzinę, lubił się napić, ale raczej w kategorii picia przeciętnego Janusza.
Kiedy stracił pracę, z którą był mocno związany - coś mu odwaliło. Kiedy przeszedł okres dość częstego picia (które na szczęście kończyło się jego głupkowatością, a nie agresją) i okres załamania - wpadł w jakieś... hm... nazwałabym to natręctwo/mania. Zaczął ogarniać wszystkie gazetki z marketów, szukając okazji, żeby kupić coś parę groszy taniej. Nie ma w tym nic złego, ale to stało się jego hobby, pasją. Kiedy wracał z zakupów, wołał mnie i mamę i robił nam prezentację co kupił "po taniości" i ile zaoszczędził. Na początku z mamą się trochę śmiałyśmy z tego, no bo dobrze, że już nie przeżywa utraconej pracy. Potem przeszedł na obsesyjne mycie naczyń. Mama się ucieszyła, bo zyskała pomoc w ogarnianiu, bo wcześniej tata zawsze był niechętny do pomocy.
Z biegiem czasu sytuacja się pogarszała, wpadał w coraz większe natręctwa typu - garnki muszą tak leżeć, blaty muszą być w ten sposób wytarte, inna opcja nie wchodziła w grę.
Ostatnio jednak było przegięcie. Kiedy siedziałam w pokoju (co się rzadko zdarza, bo studiuję i mieszkam w innym mieście od 3 lat), tata przyszedł i prosił mnie, abym pozwoliła mu pościelić sobie łóżko. Odmówiłam, ponieważ nie zamierzam się rodzicami wysługiwać, potrafię sprzątać sama, ścielić, gotować itp. (zaznaczam, że jestem jedynaczką, ale rodzice nie kupowali mi góry zabawek, dostawałam kary, kazano mi się uczyć, jedynki w szkole były często moją winą i ja ponosiłam odpowiedzialność, nie nauczyciele). Tata zaczął mnie wręcz BŁAGAĆ o to, abym mu pozwoliła pościelić łózko, bo "to jest moja działka! lubię ci ścielić łóżeczko". Potem zupełnie jak kelner zabierał mi kubki, talerzyki do mycia, mimo że za każdym razem deklarowałam, że umyję sama jak skończę np. coś oglądać. O wyrzucaniu paprochów z mojego pokoju już nie wspomnę... Kiedy zauważyłam naczynia w zlewie, zaczęłam je myć, aby tata mógł odpocząć w salonie, ale usłyszał, że dotknęłam naczyń i przybiegł, praktycznie mi wyrywając te naczynia z dłoni, żebym tego nie robiła za niego.
Myślałam na początku, kiedy nie rozwinęło się to aż do takiego stopnia, że może cierpi na syndrom opuszczonego gniazda, że jedyna córka opuściła dom na studia i stał się nadopiekuńczy. Teraz widzę, że po prostu aby nie myśleć o problemach z przeszłości, z którymi definitywnie sobie nie poradził, znalazł sobie takie zajęcie. Rozmawiałam wielokrotnie z tatą i sugerowałam terapię, jednak on uważa, że ze wszystkim sobie świetnie poradził. Czy to się jakoś nazywa? Tata naprawdę w stosunku do mnie i do mamy zachowuje się jak służba.
Każdy chyba marzył kiedykolwiek o romansie z szefem. Czy to dla korzyści, awansu, podwyżki, czy dla samej przyjemności.
Mój szef jest przystojny, przed czterdziestką i coraz częściej wyobrażam sobie, jak rżnie mnie na biurku w swoim gabinecie.
Wszyscy wiedzą, że jest gejem.
A ja... Żonatym, hetero, facetem.
Kiedy miałam 5 lat, przez kilka dni cierpiałam na okropne bóle brzucha. Były tak silne, że nie mogłam normalnie funkcjonować. Moi rodzice zaniepokojeni zapakowali mnie do samochodu i pojechaliśmy do lekarza.
Na stołku u rodzinnego poczułam, że strasznie chce mi się kupę, więc pobiegłam prosto do łazienki.
Okazało się, że brzuch mnie bolał, bo zapominałam o wypróżnianiu się.
Często kłócę się z moją mamą o oceny, o zachowanie i w większości o jakieś pierdoły.
Po kłótni mam taki napad agresji, że czasami nie mogę się powstrzymać, by kogoś nie uderzyć czy rzucić jakąś rzeczą. Bywa też czasami tak, że chcę się zabić (ale to po takich mocnych kłótniach i jeszcze sprawach związanych ze szkołą i życiem towarzyskim). Chciałabym iść do psycholożki, ale się boję i stresuję. Byłabym wdzięczna za jakieś porady.
Dodaj anonimowe wyznanie