#22WRt
Wracałem w nocy około trzeciej. Obok drogi szedł jakieś gość w marynarce czy czymś podobnym, nie mam pojęcia. W ręce jakaś walizka lub torba jak do laptopa, tylko że większa. Nie wyglądał na menela czy pijanego, a wręcz był zadbany. Postanowiłem się zatrzymać i go zgarnąć. Pierwsze słowa: pytanie, gdzie idzie, czy chce podjechać kawałek ze mną, podziękowania i gość na pokładzie. Facet jechał do miasta 40 km dalej, niż ja mogłem go zabrać (szok, bo na piechotę?). Rozmowa była przyjemna, więc podróż szybko minęła. Dojeżdżamy na miejsce i mówię, że niestety tylko tu mogę go dostarczyć. Zatrzymałem się i nagle słyszę komendę, że mam jechać dalej. I nie, to nie przesada, powiedział to jak do psa. Ja oczywiście z lekkim uśmiechem mówię, że nie, tu nasza podróż się kończy. Wtedy on wyciągnął nóż i kazał mi jechać dalej. Zrobiło mi się gorąco. Ale rozkazu posłuchałem i ruszyłem. Myślałem, że mi serce rozwali, a przed oczami mi się zaczęło rozmazywać. Może reakcja się wydawać przesadna, bo na filmach widuje się ciągle takie rzeczy, ale to nie film! Gość obok mnie trzymał mi kilka sekund temu nóż przy szyi! I ciągle go ma.
Noga na gazie wręcz odbijała się, jakby miała padaczkę. Przejechaliśmy około 5 km. Najdłuższe minuty mojego życia, ale tyle wystarczyło, aby w miarę ochłonąć. Zacząłem myśleć, co zrobić, aby zrobić cokolwiek sensownego. Mam! S.O.S.! Naprawdę w tamtej chwili myślałem, że to świetny pomysł. Tak więc jechałem bardzo wolno. I gdy tylko coś się zbliżało, to leciutko hamulcem mrugałem ludziom z tyłu (dla niewiedzących, jak lekko naciśnie się hamulec, to samochód nie zwalnia, ale już zapala się światło z tyłu) te nieszczęsne S.O.S. Ale wiadomo, jakie są realia, takie coś działa tylko na filmach. Więc w trakcie tego zacząłem myśleć co dalej. I mam! Zacząłem przyspieszać. Miałem już około 120 na liczniku. Wtedy powiedział, aby zwolnić. Długi zakręt, przeciążenie dość wysokie, ręka na dźwigni zmiany biegów – wyjście. I w tym momencie cała akcja trwała maks. sekundę. Prawą ręką odpiąłem pas typa, a lewą nogą z całej siły wdepnąłem pedał hamulca. Samochód zatrzymał się prawie w miejscu. Facet, za przeproszeniem, pie*dolnął głową w pulpit aż miło. Liczyłem, że przez ten szok da mi szansę na wyjęcie kluczyków i ucieczkę. Ale efekt był jeszcze lepszy, bo on zemdlał (chyba). Wyciągnąłem typa wraz z torbą do rowu i odjechałem jak najszybciej.
Facet raczej żyje, bo więcej o nim nie słyszałem.
I dobrze zrobiłeś, brawa za przytomność umysłu
Szacun za odwagę i pomysłowość. Dla mnie to historia o tym jak dobrym ludziom odbiera się szansę na czynienie dobra, bo pewnie już więcej żadnego autostopowicza nie wziąłeś.
XD pamiętam to, przeżyłem, następnego dnia dotarłem do celu