Śniło mi się, że nagle Anonimowe zakpiło z nas wszystkich i przy każdym wyznaniu umieścili dokładne dane osobowe autora.
Obudziłam się naprawdę przerażona.
Jeszcze 5 lat temu sport był moim całym życiem. Siatkówka, lekkoatletyka. Odnosiłam pierwsze sukcesy. Poświęciłam temu 11 lat. I nagle poważny uraz kręgosłupa i połamane żebra. I decyzja lekarza: koniec ze sportem. Długa i ciężka rehabilitacja, dzięki której mogę funkcjonować normalnie. Jednak do sportu już nigdy nie wróciłam, bo każdy nawet najmniejszy trening kończy się kontuzją.
Minęło 5 lat, a ja dalej czuję się, jakby ktoś zabrał mi najważniejszą część życia.
Jestem niezależny, pracuję, ubieram się w normalne, czyste ubrania, dbam o higienę, myję zęby. Nie jestem chamem ani popychadłem, jestem miły, potrafię rozbawić, potrafię zainteresować, pogadać o byle czym, mam przeróżne zainteresowania. Nie mam żadnego schorzenia ani choroby fizycznej, nie mam żadnej choroby psychicznej
ani nie jestem zboczony. Mimo to wszystkie moje relacje są kruche jak szkło.
Nie chodzi mi o miłosne relacje. Czy to kobieta, czy mężczyzna – możemy gadać, śmiać się, dyskutować, wypić piwo, ale to wszystko nie znaczy nic.
Mam wrażenie, jakby wszyscy podświadomie uznawali mnie za złego i odrzucali.
Ludzie nie odzywają się pierwsi, przedkładają błahe relacje z byle jaką pierwszą osobą ponad mnie. Mogą mi się zwierzać z bóg wie czego, mogę pomagać im w wielu rzeczach, ale to nic nie znaczy. Minie trochę czasu i nikt nie napisze „co tam?”, nikt nie chce się spotkać, nikt nie podeśle nawet głupiego mema, nikt nie przejdzie choć centymetr w stronę głębszej znajomości. Nikogo nie obchodzę.
Tak wyglądają relacje międzyludzkie dorosłych.
Czasami czuję się, jakbym był jedyną osobą na świecie.
Dzisiaj doznałem szoku życia, przeładowania informacyjnego i mózgopląsu.
Moja dziewczyna wyjeżdża za granicę do pracy na rok, rodzice się rozwodzą, koleżanka miała wypadek, brat będzie ojcem, a ja dostałem mandat za przekroczenie prędkości.
Byłam raz na zajęciach ze sztuk walki. Cofnęło mi się nieco wymiocin. Nie miałam co z tym zrobić, bo ucieczka do łazienki nie wchodziła w grę. Połknęłam...
Ale wstyd :/
20 lat temu, gdy chodziłem do podstawówki, zazdrościłem innym (pam-pam-pam) kolorowych długopisów!!! Tak, tych jakże super kolorowych, jakich ja i mój kolega nie mieliśmy. Starzy po prostu nam ich nie kupowali, bo twierdzili, że są niepotrzebne. Tylko ja i mój przyjaciel z dzieciństwa ich nie mieliśmy.
Kumpel wpadł na pomysł, że skoro na korytarzu ktoś zostawił piórnik, to można było się „poczęstować” – tak też zrobiliśmy. Jakie to było cudowne uczucie! Ja też mam! Cóż, nie skończyło się to na jednym piórniku. Codziennie jakiś plecak był przez nas plądrowany... Mało tego, plan był inny, hyc za plecak i do kibla... Potem jak gdyby nigdy nic odkładaliśmy niezauważeni. Kiedy dreszczyk emocji był coraz większy, bo coraz więcej dzieci płakało z powodu „zguby”, wzięliśmy plecak i o zgrozo wsadzaliśmy go do sedesu, spuszczając wodę (jak wiadomo, całość namokła wraz z podręcznikami), oczywiście po przekopaniu zawartości. Z wielkim szokiem stwierdziliśmy, że nie został pochłonięty przez toaletę.
Udając, że wszystko OK, zostawialiśmy te biedne plecaki, a nasze piórniki pękały w szwach od łupów. Starzy jak pytali, to wzajemnie mówiliśmy, że pożyczone czy też dostaliśmy w prezencie – nie wiem, czemu łykali, ale działało.
Po tych dziwnych incydentach w szkole zaczęli szukać sprawców zniszczonych plecaków oraz założyli monitoring. Upiekło się, ale wstyd pozostał.
Teraz jako dorosły człowiek palę się na myśl, że np. kasjerka naliczyła za mało w sklepie i wracam dopłacić, a co dopiero kradzież... Chyba ręce by mi odpadły :(
Ciepłe wrześniowe popołudnie, pakuję mojego małego do wózka i lecę na spacer. Park jak zawsze obfituje w osoby powyżej pięćdziesiątego piątego roku życia, którym najzwyczajniej nudzi się w życiu do tego stopnia, że muszą gdzieś wyjść i napsuć komuś krwi, bo w domu nie ma komu.
Po około 2 czy 3 h chodzenia i pchania wózka siadłam na ławce, na której już stacjonowały dwie babinki. Kątem ucha mogłam usłyszeć kilka historii z życia parafii, życia obu pań, jak i mojego własnego.
„Ty patrz, Halinko, ile to teraz nastoletnich gówniar chodzi albo w ciąży, albo z wózkiem. W naszych czasach jakby taka się pokazała z brzuchem czy nie daj Boże z dzieckiem, to wszyscy by gadali. Toż to wstyd, w tym wieku?”
Wiedziałam, że dwie larwy piją do mnie, swoim żabim wzrokiem co chwila spoglądały to na mnie, to na syna. W pewnym momencie jedna odwróciła się w moim kierunku i zaczęła swój monolog, druga przytakiwała i wtrącała co moment swoje trzy grosze.
„Niełatwo tak dziecko wychowywać co? Gdzie macie tatusia, sami tak spacerujecie? Ja to tu często cię dziecko widuję z wózkiem, a tatusia to ani razu z wami nie było. Uczysz się jeszcze, czy szkoła już poszła na bok, jak dziecko przyszło na świat?”
Siedziałam tam i słuchałam, jak jedna biadoliła przez drugą. W pewnym momencie, gdy dały mi dojść do głosu, odpowiedziałam tylko, że mam 27 lat i nie przepadam za tego typu opiniami. Nie musiałam się zbyt długo tłumaczyć, bo sytuację uratował mój mąż. Podjechał zziajany i mówi, że zapomniałam telefonu, a dwa razy dzwoniła pani ordynator, że jak najszybciej muszę podjechać do szpitala, bo moja pacjentka „czuje, że to już” i rodzić beze mnie nie chce!
Zanim pędem poleciałam do auta, obie geriatryczki serdecznie mnie przeprosiły :)
Jestem w klasie maturalnej na profilu biol-chem. Ostatnio na biologii omawialiśmy układ rozrodczy człowieka. Od nauczycielki usłyszeliśmy, że jeśli kobieta uprawiała seks i okres spóźnił jej się nawet o jeden dzień, to znaczy, że ta kobieta była w ciąży, ale poroniła.
Nie wiem już, czy w cokolwiek wierzyć tej kobiecie.
Wczoraj w bloku obok mojego był mały pożar. Jako że do wejścia prowadzą schody, chodnik i jeszcze jedne schody, a ulica jest jednokierunkowa, to nie było gdzie indziej postawić wozu strażackiego, jak właśnie na ulicy.
Wóz sobie stoi, koguty migają, strażak na podnośniku wchodzi na balkon i nagle podjeżdża jakiś Janusz dużym BMW i trąbi na wóz... No ja qrwa nie wierzę. Facet wychodzi z auta i zaczyna drzeć się na strażaków, żeby zjechali na bok (no, ciekawe gdzie), bo on nie ma jak przejechać.
Ch^j z tym, że przez balkon widać ogień, ch^j z tym, że dziecko jest w mieszkaniu... ON MUSI PRZEJECHAĆ.
Na szczęście policja dała mu mandat i typ odjechał :))
Mój młodszy brat (wtedy ok. 6-7 lat) często rozrabiał, biedna babcia nie mogła go nigdy poskromić i zamykała go w łazience. Chłopak pukał wtedy do drzwi i obiecywał, że już będzie grzeczny. Babcia była nieugięta, mówiła, że ma karę tyle i tyle czasu i koniec kropka.
Po takich kilku karach mój rezolutny braciszek zaczął chować pod wanną zabawki i smakołyki... Już żadna kara nie była mu straszna :D Babcia myślała, że chłopak dzielnie znosi kary, a ten bawił się w najlepsze. Ja jako dobra siostra nigdy go nie wydałam :)
Brat już nie rozrabia, ale pomysłowość mu została :)
Dodaj anonimowe wyznanie