Córka toksycznej matki to ciężki kawał chleba. Wiem, bo sama nią jestem i mimo iż dostrzegam, jak bardzo niewłaściwie jest zachowanie matki, nie oznacza wcale, że potrafię sobie z tym poradzić.
Ciągłe pretensje, bo ubieram się nie tak, jak by chciała (ubieram się normalnie leginsy + T-shirt albo szerokie dżinsy + bluza), ale jej zdaniem nie jest to dostatecznie kobiece. Kiedy dla odmiany faktycznie się pomaluję i ubiorę w sukienkę, ma do mnie pretensje, że wyglądam – i tu cytat – „jak wywłoka”. Z tą kobietą nie da się normalnie funkcjonować, bo cokolwiek bym nie zrobiła, ona zawsze znajdzie sposób, by obrócić to w awanturę. A potem oczywiście robi z siebie ofiarę i prowadzi narrację, jakbym to ja wszczynała kłótnie i prowokowała ją do takiego zachowania, kiedy ja jedyne co chcę, to przeżyć swoje życie jako ja, a nie jej idealna kopia.
Nie jestem nią, ale z jakiegoś powodu ona nie potrafi tego zrozumieć. Bo przecież ona nie taką córkę sobie wymarzyła. Tylko że ja jestem prawdziwym człowiekiem, który ma swoje własne cele i marzenia, a nie jej klonem. To, że ona zmarnowała młodość w religijnej rodzinie, gdzie nie wolno jej było prawie nic i robiła za matkę, nie oznacza, że ma prawo rujnować moją młodość.
Nie jestem wpadką. Nie jestem czymś, co się wydarzyło przez przypadek. Jestem adoptowana. Gdybym nie była, moja matka miałaby jakieś wyjaśnienie. Zmuszona do wychowywania młodszej siostry, mogłaby nie chcieć dzieci. ALE NA LITOŚĆ BOSKĄ, proces adopcji nie jest łatwy. Więc jeśli nie chciała dziecka, trzeba było mnie nie adoptować i nie traktować jak najgorszego śmiecia. To była jej świadoma decyzja.
A zachowuje się jak gówniara, robiąca aferę, bo nie dostała tej zabawki, którą chciała.
Będąc małą dziewczynką, jako jedyna odważna zdecydowałam się zaśpiewać Świętemu Mikołajowi piosenkę na roratach w kościele.
Dostałam mikrofon i zaczęłam:
„Pada śnieg, pada śnieg,
wali granatami,
a Mikołaj narąbany leży pod saniami”.
Publiczność w śmiech, ksiądz zmierzył mnie wzrokiem, a Mikołaj zaniemówił.
PS Cóż, nie do końca wiedziałam, co oznacza słowo „narąbany”.
Jestem 41-letnim mężczyzną, mam świetną pracę – robię to, co lubię, zarabiając jednocześnie bardzo dobrze. Mam rodzinę. Żona jest piękną kobietą, jednak po ślubie strasznie się od siebie odsunęliśmy. Później zaszła w ciążę i urodziła się E., ale nasze małżeństwo i tak wisiało na włosku. Na imprezy wychodziliśmy sami, nie spędzaliśmy razem wolnego czasu – żadne z nas nie czuło takiej potrzeby. Mieliśmy własne pieniądze, a jedyne co nas łączyło to dziecko.
Znajomy zmienił mieszkanie i urządził parapetówkę. Zaprosił mnie z rodziną, ale oczywiście moja żona jak zwykle powiedziała, żebym szedł sam – tak też zrobiłem.
Wchodząc do mieszkania kumpla, zobaczyłem dziewczynę anioła. Piękne blond włosy, prześliczna twarz, figura, o której marzy niejedna kobieta. Spędziliśmy ze sobą noc, ale na rozmowie. Przysięgam na wszystko, nigdy z nikim tak dobrze mi się nie rozmawiało. Była piękna i inteligentna, pracowała, miała własną, dobrze prosperującą firmę (odziedziczoną po rodzicach) i studiowała zaocznie – a miała tylko 20 lat, wtedy jeszcze nawet nieukończone. Wymieniłem się z nią numerami i tak pożegnaliśmy się, bez żadnych podtekstów, żadnych flirtów – jak przyjaciele, którzy znają się od lat.
Następnego dnia od razu do niej zadzwoniłem, chciałem móc ją zobaczyć i rozmawiać o wszystkim i o niczym. Tak zacząłem się z nią spotykać. Wiedziała, że mam żonę, ona w międzyczasie miała chłopaka. Mimo to spotykaliśmy się codzienne. SMS na dzień dobry, na dobranoc, ciągłe informowanie gdzie jesteśmy, co robimy.
Co mogę powiedzieć – ja, poważny człowiek z własną firmą, żoną, dzieckiem, zakochałem się w 20-letniej dziewczynie, która zabiera 90% moich myśli każdego dnia.
Po 3 latach znajomości zebrałem się na odwagę i pocałowałem ją. Wiedziałem, że chcę z nią spędzić resztę życia. Moje małżeństwo praktycznie nie istniało, powiedziałem mojej żonie, że chcę rozwodu. I teraz zaczyna się historia właściwa.
Moja żona kategorycznie odmawiała mi rozwodu. Groziła, że jeśli się z nią rozstanę, to nigdy więcej nie zobaczę naszej córki, że nie odda mi domu (sam chciałem, żeby w nim została), że puści mnie z torbami i nie będę miał niczego, a jak nie będę miał niczego, to moja blond k**** już mnie nie będzie chciała. Sprawa rozwodowa ciągnęła się 2 lata, dowiedziałem się, że przez całe małżeństwo znęcałem się nad nią psychicznie i fizycznie, jestem w ogóle złem, a moja córka nie jest moją córką, tylko mojego kuzyna. Rodzina mnie nienawidzi, bo wziąłem rozwód, a to nie po bożemu, i spotykam się z małolatą, która naciąga mnie na kasę, jestem zwyrodnialcem, bo odebrałem żonie dom, który sam zaprojektowałem i zbudowałem.
I wiecie co? Dopiero teraz czuję szczęście. Mimo że cała rodzina ma mnie za potwora, warto było.
Nie lubię sprzątać, wyjątkiem jest mój pokój (ale też nie zawsze się do tego garnę).
Ale za to jak jestem u kogoś, kto ma bałagan? Za każdym razem wyobrażam sobie, że sprzątam u tej osoby, ładnie układam wszystko, co ma na szafkach, chowam ciuchy do szaf z krzesła, sprzątam biurko (w szczególności jak jest dużo na nim nawystawiane, np. książki, papiery itp.). Często nawet wyobrażam sobie, jak przemeblowałabym czyjś pokój, gdybym w nim mieszkała.
PS Od dzieciństwa uwielbiam grać w Simsy, a dwa lata temu chciałam iść na studia z architektury. Może to ma jakiś związek? ;)
Jak mówi moja sąsiadka, która ma bliźnięta – do mniej więcej 3-4 roku życia dzieciaka rodzic ma przesrane. Potem robi się lżej, bo dziecko potrafi coraz lepiej komunikować własne potrzeby. Sąsiadka mówi, że pierwszego roku życia swoich dzieci nie pamięta. Wyparła.
Nie miałam serca powiedzieć jej, że ja pamiętam. Ich pies przychodził do nas, żeby odpocząć.
Od tak dawna nie byłem z nikim w łóżku, że zaczynałem już chodzić po ścianach. Pewnie, że mogłem poradzić sobie manualnie, ale ja miałem większe ambicje. No, dobra – wcale takie duże nie były. Po prostu polazłem do pierwszej lepszej dyskoteki w mieście z zamiarem poderwania pierwszej lepszej chętnej laski na parkiecie.
Minęły cztery miesiące. Od kilku dni dziewczyna, którą poznałem na tamtej imprezie, jest moją oficjalną narzeczoną. Znam jej rodziców, ona zna moich, chodzimy na długie spacery, przytulamy się, rozmawiamy do późnej nocy, jest cudownie! Mamy ze sobą tyle wspólnego! Jest tylko jeden problem – mój doskonały plan udał się, ale nie do końca tak, jakbym sobie tego życzył. Wiecie czemu? Ano temu, że moja wybranka pochodzi z bardzo konserwatywnej, religijnej rodziny. Zostałem poinformowany, że seks dopiero po ślubie…
Mam prawie 30 lat i jestem kompletnie samotna. Nie chcę czytać tekstów typu „wyjdź do ludzi” itp. Opowiem moją historię i przeczytaj, zanim ocenisz.
Jako dziecko byłam może dość nieśmiała. Mimo wszystko zawsze miałam wokół sobie jakieś koleżanki lub kolegów. W szkole nie narzekałam na brak znajomych. Jednak z czasem zaczęły się spotkania, urodziny i inne dziecięce zabawy. Rodzice rzadko pozwalali mi gdziekolwiek wyjść. Znajomi mieli przez to ze sobą coraz bliższe więzi, tematy do rozmów. Ja ze względu na brak spotkań po szkole powoli traciłam więź z innymi dziećmi. W pewnym momencie nie miałam o czym rozmawiać ze znajomymi. Już zaczęłam się czuć odrzucona przez innych. Kolejnym etapem życiowym było gimnazjum. Znalazłam nowe koleżanki, wydawało się, że wszystko będzie dobrze. Oczywiście to byłoby zbyt piękne. Okres dojrzewania ostro daje w dupę. Nie pomagał mi fakt, że moja mama ciągle mnie traktowała jak dziecko, przez co brak pozwolenia na jakiekolwiek kosmetyki był najmniejszym problemem. Ogólnie ma ona „babciny styl” i takie ubrania tylko mi pozwalała nosić, ale też nie pozwalała mi się golić. Niestety mam ciemne i grube owłosienie na ciele, więc od razu zostało to wychwycone przez rówieśników. Od razu przylgnęła do mnie latka yeti i tak już pozostało do końca gimnazjum.
Pójście na imprezę (zdarzyło się dostać kilka zaproszeń, zanim ludzie zaczęli się ze mnie śmiać)? W życiu! Masz być w domu najpóźniej o 19 i ani minuty później! Etapu szkoły średniej nie ma co wspominać. Zamknęłam się w sobie i przeżyłam te kilka lat w samotności. Minęły studia, trochę lat pracy. Znalazło się kilku znajomych po drodze. Jednak nie potrafię utrzymać dłuższej znajomości z nikim. Ze względu na wieczny brak znajomych nie wiem, o czym rozmawiać z ludźmi. Co z nimi mogę robić, o czym rozmawiać. Po krótkiej znajomości ludzie odpuszczają, a ja nie potrafię nikogo zatrzymać dłużej przy sobie. Czuję się cholernie samotna, a rodzice tylko się czepiają, że w wieku prawie 30 lat jestem sama. A ja nie umiem nawet rozmawiać z ludźmi.
Dopiero po 21 latach życia dowiedziałem się, że jestem daltonistą. Nadal nie wiem, jak to możliwe.
Niedawno w szkole dowiedziałam się, że homoseksualizm jest chorobą leczoną w specjalnych placówkach i jest spowodowanym pedofilią i innymi patologiami w rodzinie... Oczywiście puściłam to mimo uszu, nauczycielka straciła nieco w moich oczach, ale to nie to mną wstrząsnęło. Chciałam to obgadać z koleżankami, ale gdy tylko podważyłam słowa nauczycielki, one rzuciły się na mnie, wręcz krzycząc o tym, że homoseksualizm to choroba, że się to leczy! Gdy zapytałam się ich, skąd one takie informacje wzięły, one na to: „Było słuchać na lekcji! Przecież pani mówiła! Ona chyba wie lepiej!”.
Kiedy byłam mała, z mamą i tatą wszystko było w porządku, normalna rodzina. Miałam 8 lat, kiedy urodził się mój brat. No i tak sobie żyliśmy we czwórkę, aż do pewnego momentu.
Miałam około 13-14 lat, jak coraz częściej zaczął nas odwiedzać mój wujek (mąż kuzynki mojego ojca i jednocześnie jego najlepszy przyjaciel). Wujek i jego dzieci były z nami bardzo blisko. Mój tata zaczął coraz więcej pić, a wujek mu w tym pomagał, przynosił wódkę, namawiał. Często zapraszała go też mama. Tata pijany chodził spać, a mama z wujkiem flirtowali, cmokali, wychodzili gdzieś w nocy... wiem, bo nie spałam. I tak alkoholizm mojego taty się powiększał, a mama z wujkiem coraz mniej się kryli... Kiedy mój tata był już na dnie, mama płakała, że nie ma oparcia, że tata woli alkohol od rodziny, że tylko wujek ją wspiera. Mama robiła mi wodę z mózgu, kilka razy się z nią kłóciłam o to, co robi, ta powtarzała, że nic się nie dzieje, a żaden romans nie istnieje. Nienawidziłam ich ja i córka wujka, moja rok młodsza kuzynka.
Mama rozwiodła się z tatą, zostawiając go z chorobą i problemami w pracy. Zamieszkaliśmy na tym samym osiedlu kilka bloków dalej, a mama już bez krępacji bujała się z wujkiem.
Teraz mam 21 lat, mój tata od trzech lat nie pije, bardzo ogarnął swoje życie, ma narzeczoną i zaplanowany ślub oraz kolejne dziecko. To niesamowite, jak jestem z niego dumna po tym, co robiła mu moja matka z wujkiem.
A mama? Mama wiecznie szuka w nim problemu, twierdzi, że jest złym ojcem albo wypomina nam i mu jakieś sytuacje z przeszłości. Może jest zazdrosna, bo z wujkiem już nie jest tak super.
Dodaj anonimowe wyznanie