#pbBF1

Jest mi trudno o tym pisać, jednak widząc tyle ciężkich wyznań, zdecydowałam się napisać swoje.

Była noc. Czekałam na narzeczonego, który miał mnie odebrać po powrocie od rodziców z przystanku kolejowego. Zawsze czułam się bezpiecznie i nie sądziłam, że może kiedykolwiek spotkać mnie coś złego. A jednak bardzo się myliłam...

Razem ze mną na przystanku stał mężczyzna, który nie wydawał się być groźny. Zapytał o godzinę, zagadywał, nie miałam ochoty z nim jednak rozmawiać, więc przeprosiłam i wyjęłam telefon, by zadzwonić do chłopaka. Wtedy poczułam mocny cios w głowę. Zamroczyło mnie i upadłam na ziemię. Mężczyzna siadł na mnie i zaczął zrywać ubrania, szarpałam się, krzyczałam, ale to go nie powstrzymało... Wtedy ktoś podbiegł i odciągnął go ode mnie. Podniosłam się z ziemi i zobaczyłam, że był to mój narzeczony. Widziałam jak rzucił się na niego. On, który nigdy muchy nie skrzywdził, bił teraz w szale bez opamiętania.

W pewnym momencie tamten mężczyzna przestał się bronić, a nawet ruszać. Podbiegłam do chłopaka, który klęczał nad nim, dysząc z wściekłości i nienawiści, sam nie rozumiejąc co właśnie się stało. Po chwili odwrócił na mnie wzrok, z jego oczu zniknął gniew, a zobaczyłam łzy. Przytulił mnie mocno i siedzieliśmy tak chwilę płacząc oboje. Gdy trochę się uspokoiliśmy, narzeczony wezwał policję i karetkę, którą trafiłam do szpitala. On pojechał na przesłuchanie. To był najgorszy dzień w moim życiu, a nie miałam go obok siebie. To jak się wtedy czułam, mogą zrozumieć tylko inne ofiary...

Pomimo tego, że nie byłam winna, czułam obrzydzenie do samej siebie, wstręt i poniżenie. Dzień później dowiedzieliśmy się, że w wyniku pobicia napastnik zmarł. Pierwsze co poczułam to olbrzymią satysfakcję, że ten odpad społeczny nikomu już nie wyrządzi krzywdy i nie będę musiała go więcej oglądać, a tej konfrontacji bardzo się bałam. Jednak po chwili dotarło do mnie co to oznacza.

Obecnie zamiast kończyć pracę magisterską, narzeczony odsiaduje wyrok. Zawsze był dobrym człowiekiem, ambitnym, pomocnym i bezkonfliktowym. Boli mnie to, że mimo wszystko został skazany. Są w życiu sytuacje, w których każdy z nas widząc wyrządzaną krzywdę najbliższym zdolny byłby do rzeczy, o które się nie podejrzewał. Tamten mężczyzna zniszczył nam życie i szczęśliwą przyszłość. Krzywdy psychiczne jakie mi wyrządził skutkują regularnymi wizytami u psychologa. Cieszę się, że nigdzie nie chodzi już po ziemi.

Mam nadzieję, że nigdy Was nie spotka nic takiego...

#X0bPv

Znaczenie przysłów i złotych myśli poznaje się dopiero na własnej skórze.
„Z rodziną najlepiej na zdjęciu”.

Marzec ubiegłego roku – dowiaduję się, że będę matką. Wpadka. No nic, kochamy się z narzeczonym, więc damy radę. Lepiej, żeby stało się to później, bo studia w toku, my nie mamy nic, ale trudno, dziecko już jest.
Kolejne miesiące to praca po 15 godzin dziennie, by odłożyć cokolwiek. Poszukiwania mieszkania, bo w wynajmowanym pokoju będzie średnio.
Lipiec – przyszywana teściowa (żona ojca mego lubego) rzuca propozycję – wynajmijmy coś razem, wszystkim będzie łatwiej. Kobieta do rany przyłóż, więc czemu nie?
Przeprowadzka w sierpniu. Radość i ciepełko domowego ogniska. Niestety pół miesiąca później ląduję w szpitalu. Przełom nadciśnieniowy. Ciąża okazuje się poważnie powikłana. Mój stan zdrowia podobnie radosny, a chore serce nie pomaga. Półtora miesiąca w szpitalu i walki, by podtrzymać ciążę. Mnie dopada nawrót depresji. Narzeczony podłamuje się. Dalej pracuje po 15 godzin. Tryb życia – praca, szpital, 4 godziny snu. Jakoś za ewentualną rehabilitację córeczki trzeba będzie zapłacić. Jeśli ona w ogóle będzie żyć.
Wrzesień – ląduję na OIOM-ie. Odlatuję. Czuję, że to już koniec. Serce dziecka ledwo pracuje. Decyzja o cesarce zapada w 5 minut. 20 minut później mała jest na świecie. Żywa. I tak zaczyna się nowy rozdział. W domu śpię kilka godzin, resztę dnia spędzam przy inkubatorze. Cudem znajduję czas na moich lekarzy, jedzenie i załatwianie spraw formalnych.

I tu zaczyna się zabawa. Teściowa ma pretensje, które wyraża bardzo ekspresyjnie, typu czemu sprzątamy całe mieszkanie tylko dwa razy w tygodniu, i tonę innych. Tłumaczymy sytuację i że my w tym mieszkaniu obecnie tylko śpimy. Prosimy o zrozumienie. Jak o ścianę. Półprzytomna, po trzech godzinach snu, sprzątam salon, w którym nie było mnie od miesiąca. Atmosferę da się kroić nożem. Próbujemy porozmawiać. Jedyne rozwiązanie jak dla niej, to nasza wyprowadzka (z mieszkania wspólnie wynajmowanego). Szukamy, tylko średnio mamy kiedy. Rodzin z dziećmi za bardzo nikt nie chce. Czas nagli, bo mała ma wyjść za 2 tygodnie. Delikatnie sugerujemy, że może to oni powinni poszukać czegoś, bo my naprawdę nie mamy kiedy i jak. Z finansami też stoimy gorzej. I dokładnie tutaj dowiaduję się, jaką jestem suczą. Przecież ona pomogła nam, zgodziła się z nami zamieszkać (płaciliśmy tyle samo). Poza tym nie ma sił na przeprowadzkę, chce mieć trzy pokoje i ona tu zostaje, bo wyrzucić się nie pozwoli takim gówniarzom. Ojciec narzeczonego staje w naszej obronie, mówiąc, że nikt jej nie wyrzuca, a próbuje się dogadać. Też dowiaduje się, że jest skończonym ciulem.

Pozdrawiam z małej kawalerki (bo nic innego nie dało się znaleźć na czas), z potajemnego spotkania z dziadkiem małej, który dostał od żony zakaz widywania się z nami. Dalej mam nadzieję, że kobietę, którą naprawdę lubiłam, po prostu porwali kosmici.

#Z5WsZ

Dziś w nocy mój narzeczony przysunął się do mnie i szepnął do ucha: „Kochanie, śpisz?”. Myślałam, że nabrał na coś chęci, a że ja akurat nie miałam na to większej ochoty, udawałam, że pogrążona jestem w bardzo głębokim śnie. Będąc przekonaną, że nie słyszę, wybranek mego serca puścił wówczas tak głośnego bąka, że aż pies w drugim pokoju zawył rozpaczliwie…

#AG72m

Gdzie to piękno życia, o którym mi mówili?
Zachód słońca, szmer rzeki, rechotanie żab.
Nie zaczęłam robić nic, a powinnam była już dawno.
Wewnętrzna pustka, a z drugiej strony bezpieczeństwo. Chwilowo mam dość. Potem znów widzę ich – ofiary losu, które dają jakoś radę.
Choć mnie dobry Pan stworzył, to go dziś przepraszam za to, że egzystuję.
Śmiech małego dziecka, matki łzy, ból pleców starego ojca. Gdzieś pośrodku ja.
Błyskawice szatkujące szare niebo, mały domek, nieopodal wzgórze bezpieczeństwa.
Szybka karetka, czerwone światła, ulatywanie ludzkiego życia.
Rozbawiony Hitler ze Stalinem i upadłym księdzem, obok Judasz za piekielnym piecem.
Nade mną wisi demon, wyczekując okazji. Szarpie mną i kłóci się z innymi.
Ta stara szklarnia, co się rozpadła w cholerę i brak wszystkiego na czegokolwiek.

#8Y8rl

Zacznę od tego, że jestem niewierzącym człowiekiem. Od dawien dawna religia, czy katolicka, czy inna, nie była mi bliska. Moja aparycja również to podkreślała – wygolone boki, tatuaże, piercing. Urodziłem się w małym miasteczku i odkąd mój styl się zmienił, nieraz słyszałem od ludzi na ulicy szereg niemiłych epitetów związanych z moją niewiarą. Jakoś to zniosłem, niestety, nie bez przykrości. Z czasem wyprowadziłem się do dużego miasta i jakoś o tym zapomniałem.

W związku z tym, że straciłem pracę, rodzice zaproponowali mi, bym wrócił do domu na miesiąc, dwa i poszukał pracy w Internecie. Pasowało mi to, oszczędziłem pieniądze i spokojnie, bez stresów o rachunki zająłem się zalewaniem pracodawców z połowy Polski moim CV. Ale odkąd wróciłem, czegoś mi brakowało w mieście. Było inne. Dopiero po tygodniu, gdy jedna z sąsiadek z uśmiechem od ucha do ucha wręczyła mi Biblię do poczytania, zdałem sobie sprawę, że ludzie normalnie mówią mi „dzień dobry”. Nie ma wyzwisk, robienia na ulicy znaku krzyża. Zaintrygowało mnie to, więc zacząłem pytać się rodziców, o co chodzi, skąd ta zmiana.

Okazało się, że w parafii pojawił się nowy proboszcz, który na mszach zaczął tłumaczyć, że do niewiernych trzeba z miłością, zachęcić ich do powrotu na właściwą drogę, bo są niczym baranek, który odłączył się od stada. Spodobał mi się jeden jego cytat: „Pokażmy im, że chrześcijaństwo to wiara pełna miłości, nie fanatyzmu”.

Miałem przez miesiąc spokój na ulicy, nim znowu wyjechałem z miasta. Jednak jeszcze istnieją księża, którzy chcą służyć społeczeństwu, a nie własnej wygodzie.
POZDRAWIAM KSIĘDZA MICHAŁA!

#b8rq9

Mam prawie 30 lat. Stwierdzenie, że mentalnie zatrzymałam się gdzieś pomiędzy podstawówką a liceum byłoby dużym uproszczeniem, ale w wielu aspektach tak właśnie jest. Śmieszą mnie te same dziecinne rzeczy, co wtedy, słucham tej samej muzyki, oglądam takie same rzeczy, w taki sam sposób spędzam wolny czas (poza tym, że mogę kupić alkohol, wpuszczą mnie do klubu i chodzę, gdzie i kiedy chcę i nie muszę się nikomu tłumaczyć). Mam ten sam gust, jeśli chodzi o ubiór i fryzury. Te same marzenia. To, do czego dążą lub już dawno osiągnęli moi rówieśnicy, czyli poważny związek, rodzicielstwo, swoje mieszkanie czy małe cele typu prawo jazdy, wydaje mi się nudne, zbędne, uciążliwe.

Upośledzenie umysłowe w moim przypadku odpada, bo skończyłam trudne studia z bardzo dobrymi wynikami i osiągnięciami naukowymi, pracuję w zawodzie, który łatwy nie jest, interesuję się wieloma dziedzinami wiedzy, nigdy też nie miałam problemu z wyciąganiem wniosków, myśleniem abstrakcyjnym lub empatią. Nie mam kompleksów w związku z moim niedojrzałym charakterem, bo radzę sobie w życiu i mam do siebie dystans. Ostatnio zauważyłam jednak coś bardzo przykrego – powoli tracę przyjaciół. Nie odwrócili się ode mnie, ale nasze cele, poczucie humoru i preferencje co do spędzania wolnego czasu się rozminęły. Nic dziwnego, nie mam pretensji, jednak czuję się samotna.

#uJRd2

Mając 5 lat i chodząc do przedszkola, pewnego dnia zdarzyło się tak, iż musiałam usiąść przy stoliku, przy którym zwykle nie siedziałam. Był to stolik „popularniejszej” części grupy. Podczas jedzenia obiadu nie zwracałam większej uwagi na rozmowy prowadzone przez moich rówieśników, jednak w pewnym momencie kątem oka zauważyłam, że coś się szykuje. Podniosłam głowę, spojrzałam przed siebie i zobaczyłam członka kolegi z klasy. Po jakiejś sekundzie jak gdyby nic wróciłam do jedzenia rosołu.

#Mijut

Całowałam się z kierowcą Ubera, prawie też doszłoby do czegoś więcej... Byłam wtedy w trakcie dość bolesnego rozstania z chłopakiem, z którym spędziłam kilka lat. W zasadzie do teraz nie wiem, czy mnie w ogóle kochał, ale to temat na inne wyznanie. Tego wieczora wybrałam się na imprezę z koleżankami i nie powiem, wypiłyśmy dość dużo. Koleżanki chciały jeszcze pić i pójść do innego klubu. Ja czułam, że mam dość i wezwałam Ubera. Zresztą byłam z siebie dumna, że jestem grzeczna i równie grzecznie wracam do domu. Gdy przyjechał Uber, usiadłam z przodu i oczywiście zaczęłam rozmawiać z młodym kierowcą. On mnie podrywał, chociaż ja tej rozmowy już nie pamiętam. Nie mieszkam w centrum, więc gdy stanęliśmy przed moim domem, to nie wiem, jak to się stało, ale zaczęliśmy się całować, obmacywać, a on nawet kilka razy zaproponował przejście na tylny fotel. Ja już ogarniałam słabo, bo alkohol dał się we znaki, ale nie zgodziłam się na przejście na tylne siedzenie, tylko dałam mu swój numer.
Następnych kilka dni SMS-owaliśmy i dowiedziałam się kilku smaczków, bo przez alkohol pamiętałam piąte przez dziesiąte, a on przecież był trzeźwy.
Pod moim domem staliśmy kilka godzin.
Musieliśmy też całować się dość agresywnie, bo oniemiałam, jak spojrzałam w lustro, miałam wielkiego siniaka na twarzy, szyi i jakieś malinki. No cóż, przeszłam szybki kurs internetowy, jak zakryć makijażem siniaki i polubiłam się ze swetrami z golfem. Na szczęście nikt nic nie zauważył, oprócz przyjaciółki, której sama to pokazałam.

Okazało się też, że chłopak jest kilka lat ode mnie młodszy i jest właściwie w związku z dziewczyną, która, tak jak ja, jest od niego starsza i na dodatek zostawiła dla niego męża. Nie spotkaliśmy się już drugi raz, chociaż miałam ochotę, bo w jakiś sposób romans wydał mi się mocno kuszący, aczkolwiek dobrze, że tak się nie stało, bo z drugiej strony żal mi jego dziewczyny, chociaż on sam traktował ten związek raczej luźno, a ona chyba już chciała zakładać z nim rodzinę. Taka trochę tania moda na sukces i do teraz mi wstyd.
Dodaj anonimowe wyznanie