Parę dobrych lat temu na nasz numer stacjonarny dzwonili cały czas telemarketerzy z zaproszeniem na jakieś spotkania, na których naciągali na kasę. Nie pomagały prośby i groźby, żeby nie dzwonili.
Raz zadzwoniono do nas z zaproszeniem, a za przyjęcie go miałam dostać kolczyk – drugi do odebrania przy wizycie na spotkaniu. Poprosiłam więc ładnie o wysyłkę zaproszenia, dla świętego spokoju. Oczywiście nie poszłam, ale kolczyk dostałam.
Niedługo później znowu dzwoniono z takim zaproszeniem. Zrobiłam to samo i stałam się posiadaczką całkiem niebrzydkich kolczyków. Od tego czasu telefonów było mniej ;)
Moja matka bardzo się nienawidzi z ojcem. Cieszyłam się, że się rozstali, w sumie to bardzo, bo to był mocno patologiczny związek – pijaństwo, bicie, wieczne awantury.
Ale to, co się działo w trakcie rozstawiania, było tak komiczne i żałosne, aż sama nie mogę uwierzyć, że brała w tym udział dwójka dorosłych osób.
Moja mama mnie, wtedy nastolatce, potrafiła opowiedzieć, jak im się układało w sypialni, jakie ojciec miny robił w łóżku, komentowała jego rozmiar... i tak dalej.
Ojciec obwiniał mnie o to, że matka chciała się z nim rozwieść, bo jak byłam bardzo mała, zmęczona ich kłótniami i tym, co się w domu dzieje, powiedziałam, że cieszyłabym się, gdyby oni się rozwiedli.
Niby mówią, że rozwód rodziców jest dla dzieci bardzo bolesny, ale ja się naprawdę cieszyłam, bo liczyłam, że to bagno się skończy.
Mój mąż oświadczył mi dzisiaj, że będziemy się utrzymywać z YouTube, bo ma na to genialny plan. Powiedział mi to w momencie, w którym mamy taki stan finansów, że zastanawiamy się jak zjeść w miarę normalny obiad. Kasy nie mamy, bo wszystko poszło na jego poprzedni „genialny plan” zostania bogaczem.
Rozstanie sprzed kilku miesięcy skłoniło mnie do głębszych przemyśleń i doprowadziło do niewesołych wniosków. Zauważyłem pewną zależność – wybieram partnerki „z defektem”, takie, którym da się pomóc. Podświadomie oczywiście, ale tak to niestety wygląda. Co więcej, nie ogranicza się tylko do romantycznego aspektu mojego życia, objawia się to także w życiu codziennym – chorobliwą wręcz gotowością do pomocy innym. Teoretycznie nic strasznego, ale w praktyce wygląda to tak, że często przedkładam pomoc innym nad zajęcie się samym sobą (np. nie mam czasu czegoś ugotować lub zrobić zakupów, bo pomagam komuś w tym czasie i kończę, zamawiając pizzę). I nigdy nie oczekuję niczego w zamian. Po prostu mam silną potrzebę pomagania, naprawiania i rozwiązywania cudzych problemów, nawet własnym kosztem. Dodam jeszcze, że o ile pomoc znajomym jest z reguły skuteczna, tak naprawa żadnej z potencjalnych partnerek na resztę życia nie zakończyła się powodzeniem. I w sumie żadna to niespodzianka.
Chyba czas na wizytę u psychologa.
Jedyny i ogromny plus tegorocznych świąt?
Cała sałatka jarzynowa tylko dla mnie.
Od kiedy pamiętam, mój ojciec pije, a pamiętam od jakichś dwunastu lat, zakładając, że pierwszych trzech się nie pamięta. Próbowałem z nim pogadać, gdy bywał trzeźwiejszy, powiedzieć, że my z siostrą potrzebujemy ojca. Po ostatniej takiej rozmowie wcisnął mi w rękę kieliszek i powiedział: „Pij”, ale ja zamiast wypić, rzuciłem tym gównem o ścianę. Ojciec wpadł w szał. Bił mnie? Nie. Złapał tak mocno, unieruchamiając mi ręce za plecami, że nie miałem szans się wyrwać. Jestem dość szczupły, a on całe życie pracuje fizycznie, do tego wściekłość dodała mu sił. Wlał mi do gardła całą butelkę (chyba 0,7) wódki. Na samym początku próbowałem jeszcze się szarpać, odsuwać usta, pluć – ale tylko się przez to krztusiłem. Wreszcie poddałem się i zacząłem przełykać. Gdy nie zostało nic, ojciec rzucił butelką o ścianę, roztrzaskała się koło kieliszka, po czym kazał mi wypierdalać. Nawet trzymałem się na nogach. Dowlokłem się do swojego pokoju, gdzie padłem na łóżko. Prawie natychmiast zasnąłem. „Niedługo będziesz chlał więcej niż ja!” – usłyszałem jeszcze jego wrzask.
Nie, tato. Nie sądzę.
To było wczoraj. Impreza firmowa. Miałam iść tam na godzinę, bo „wypada się pokazać”, a w pracy jestem stosunkowo nowa, to i dobrze trochę się zintegrować z załogą... Taaaaak...
Podsumowując: nachlałam się okrutnie w barze, w którym sama pracuję, wyszłam z niego, nie płacąc rachunku i zrzygałam się w Uberze podczas drogi powrotnej.
Właściwie to nie do końca, bo zanim mogłam otworzyć drzwi, aby wypuścić z siebie tego barwnego pawia mojej porażki, nie chcąc zafajdać tapicerki samochodu, po prostu... połknęłam swoje wymiociny. Dwukrotnie...
Z tego miejsca chciałabym serdecznie pozdrowić i przeprosić kierowcę Ubera, pana Roberta, który z ogromnym profesjonalizmem dowiózł mnie do celu i z uśmiechem na ustach pożegnał mnie słowami: „Dziękuję, że pani połknęła”.
Dziś po wejściu do domu powiedziałem głośno: „Mamo, tato, wróciłem!”, ale nikt mi nie odpowiedział.
Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że przecież mama wyjechała na miesiąc do sanatorium, a tata nie żyje od szesnastu lat.
Dawno nie czułem się tak... głupio. Nie czułem się samotny, było mi głupio, że zapomniałem o czymś tak ważnym, jak wyjazd mamy i śmierć taty.
Mam problem z wymową, mówię bardzo szybko i często zdarza mi się seplenić. Nigdy za bardzo tego nie zauważałam, dopóki moja obecna wychowawczyni nie zapytała się, w jakim języku kłóciłam się z koleżanką.
Jest mi trudno o tym pisać, jednak widząc tyle ciężkich wyznań, zdecydowałam się napisać swoje.
Była noc. Czekałam na narzeczonego, który miał mnie odebrać po powrocie od rodziców z przystanku kolejowego. Zawsze czułam się bezpiecznie i nie sądziłam, że może kiedykolwiek spotkać mnie coś złego. A jednak bardzo się myliłam...
Razem ze mną na przystanku stał mężczyzna, który nie wydawał się być groźny. Zapytał o godzinę, zagadywał, nie miałam ochoty z nim jednak rozmawiać, więc przeprosiłam i wyjęłam telefon, by zadzwonić do chłopaka. Wtedy poczułam mocny cios w głowę. Zamroczyło mnie i upadłam na ziemię. Mężczyzna siadł na mnie i zaczął zrywać ubrania, szarpałam się, krzyczałam, ale to go nie powstrzymało... Wtedy ktoś podbiegł i odciągnął go ode mnie. Podniosłam się z ziemi i zobaczyłam, że był to mój narzeczony. Widziałam jak rzucił się na niego. On, który nigdy muchy nie skrzywdził, bił teraz w szale bez opamiętania.
W pewnym momencie tamten mężczyzna przestał się bronić, a nawet ruszać. Podbiegłam do chłopaka, który klęczał nad nim, dysząc z wściekłości i nienawiści, sam nie rozumiejąc co właśnie się stało. Po chwili odwrócił na mnie wzrok, z jego oczu zniknął gniew, a zobaczyłam łzy. Przytulił mnie mocno i siedzieliśmy tak chwilę płacząc oboje. Gdy trochę się uspokoiliśmy, narzeczony wezwał policję i karetkę, którą trafiłam do szpitala. On pojechał na przesłuchanie. To był najgorszy dzień w moim życiu, a nie miałam go obok siebie. To jak się wtedy czułam, mogą zrozumieć tylko inne ofiary...
Pomimo tego, że nie byłam winna, czułam obrzydzenie do samej siebie, wstręt i poniżenie. Dzień później dowiedzieliśmy się, że w wyniku pobicia napastnik zmarł. Pierwsze co poczułam to olbrzymią satysfakcję, że ten odpad społeczny nikomu już nie wyrządzi krzywdy i nie będę musiała go więcej oglądać, a tej konfrontacji bardzo się bałam. Jednak po chwili dotarło do mnie co to oznacza.
Obecnie zamiast kończyć pracę magisterską, narzeczony odsiaduje wyrok. Zawsze był dobrym człowiekiem, ambitnym, pomocnym i bezkonfliktowym. Boli mnie to, że mimo wszystko został skazany. Są w życiu sytuacje, w których każdy z nas widząc wyrządzaną krzywdę najbliższym zdolny byłby do rzeczy, o które się nie podejrzewał. Tamten mężczyzna zniszczył nam życie i szczęśliwą przyszłość. Krzywdy psychiczne jakie mi wyrządził skutkują regularnymi wizytami u psychologa. Cieszę się, że nigdzie nie chodzi już po ziemi.
Mam nadzieję, że nigdy Was nie spotka nic takiego...
Dodaj anonimowe wyznanie