Moja żona w życiu by się do tego nie przyznała, więc ja wam napiszę anegdotkę.
Kiedy ją poznałem, była szczupłej budowy ciała. Pierwszy raz jej ciało się zmieniło, jak zaszła w ciążę. Wyglądała przepięknie, a brzuszek sobie rósł i rósł. Pewnego razu usiadła na sofie i oglądała swoje stopy. Patrzę na nią i pytam, co w tych stopach takiego ciekawego, a ona: „No nic... już dawno ich nie widziałam...”. Z biegiem czasu zauważyłem, że martwią ją dodatkowe kilogramy, ale pocieszałem, że ma czas i żeby sobie tym nie zawracała głowy. Zresztą dla mnie wyglądała coraz piękniej. Nasz syn urodził się w styczniu cały i zdrowy, a w czerwcu mojej żonie brakowało jakieś tam dwa kilogramy do wagi wyjściowej. Tłumaczyłem, że nie musi się aż tak spieszyć, że mnie w ciąży podobała się jeszcze bardziej. Wtedy żona się odwróciła i mówi: „Pamiętasz, kiedy nie mogłam widzieć swoich stóp? No właśnie. Nie widziałam też tego, co się dzieje przede mną... Chciało mi się naleśników, miałam na sobie sweter i zapalił się od gazu”. Zamarłem, a ona na to: „Nic się nie stało... Wzięłam kubek wody i zgasiłam. Ale wiesz, co jest najgorsze? W radio leciała ta piosenka Alicii Keys „This girl is on fire”. Od tamtej pory nie słucham jej i ćwiczę”.
No nic, nie jestem orłem kobiecej logiki, ale kłócił się nie będę. Najważniejsze, że kuchenka wymieniona na elektryczną, tak na wszelki wypadek.
Ostatnio matka zrobiła mi awanturę, bo stwierdziła, że skoro już nie mam dziewczyny, to na pewno się masturbuję... Na początku wziąłem to za żart, ale ona mówiła serio. Skończyło się na tym, że nie odzywała się przez tydzień i stwierdziła, że nie będzie tolerować takiej haniebnej czynności, że mogę robić, co chcę, ale nie u niej w domu.
Jestem facetem i mam 23 lata.
Razem z moją przyjaciółką byłam na basenie. Po chwili pływania rozerwał mi się czepek, więc musiałyśmy wrócić do szatni po zapasowy. Kierowałam się w stronę szatni dla kobiet i kiedy już otwierałam drzwi, zobaczyłam owłosionego faceta pod prysznicem. Niewiele się zastanawiając, powiedziałam: „Przepraszam, myślałam, że to szatnia dla kobiet” i szybko wybiegłam z pomieszczenia. Byłam zszokowana, kiedy zobaczyłam moją przyjaciółkę płaczącą ze śmiechu. Kiedy zapytałam ją, czemu się tak śmieje, ona tylko pokazała mi drzwi.
Okazało się, że weszłam do dobrej szatni i niechcący obraziłam panią, która kąpała się pod prysznicem... Tak mi było wstyd, że więcej nie poszłam na ten basen.
Napisałem w tym roku maturę i z powodu nadmiaru czasu zacząłem rozglądać się za jakąś pracą wakacyjną. Miałem w planach pojechać gdzieś za granicę, no ale cóż, nie wyszło. Szukałem więc czegoś na miejscu i w końcu wylądowałem w zakładzie, który zatrudnia ponad 3 tysiące osób. Praca w teorii ciężka — maszyny, zapiernicz, ciepło i patrzą na ręce. No właśnie nie do końca.
Od trzech tygodni nie ma dla mnie pracy, bo cała linia produkcyjna jednego produktu (akurat tego, przy którym pracuję) poszła na urlop, są przeglądy maszyn, a ja, jako że nie mam urlopu, błąkam się po zakładzie. Co lepsze, chodzę co tydzień do pracy w soboty (soboty są dodatkowo płatne, tak jakbyś był dwa dni w pracy, a nie jeden dzień, i rzadko ludzie chodzą, bo nie chcą ich brać), mimo że nie mam co robić. Spałem już za regałami, grałem osiem godzin w toalecie na telefonie, czasem znajdzie się jakaś mała praca, czasem szukają jakiegoś zajęcia specjalnie dla mnie typu czyszczenie nikomu niepotrzebnych pudełek albo taśmy, która dzień później zostaje wymieniona. Ale jako że mam dużo czasu, mam okazję, żeby poobserwować i poznać ludzi. Jest na przykład taki Marian, który robi 12 lat, mnie przydzielili do niego na dwa dni. Cały czas pytał, czy tak może być, czy robi dobrze i czy wszystko w porządku. Ja nie musiałem robić nic, więc tylko nadzorowałem, chociaż aż się z tym głupio czułem. Jego zmianowy kolega robił sobie panini na prasie do wytłaczania logo (dwie płyty, które się nagrzewają, a następnie zaciskają). Był agent, który w tej samej prasie próbował zrobić omlet, niestety jajko się rozlało, brudząc całą prasę. Jeden gość regularnie był napruty w pracy. Co ciekawe, przychodził praktycznie trzeźwy, okazało się, że przynosił wódkę w jogurcie pitnym i sobie popijał. Został zwolniony, przyszedł znowu jako nowy pracownik po dwóch tygodniach. Został przyjęty. Było kilku, którzy handlowali trawką, jeden z nich przyniósł jebitnego węża na parking dla pracowników i po pijaku nim wymachiwał w stronę ludzi. Został zabrany na izbę wytrzeźwień.
Inna sprawa to kradzieże. Ludzie tu kradną na potęgę. I to często jakieś nic niewarte rzeczy, biorą, co da się wynieść, nawet jeśli jest im niepotrzebne. Ja wykrajam rzepy, ale maszyna od paru tygodni stoi. Rzepy dostaję w 25-metrowych rolkach. Maszyna stoi, a 12 rolek rzepów już nie ma. 300 metrów, zgłosiłem majstrowi, żeby nie było na mnie, a on powiedział, że to norma.
I tak to się kręci praca w wielkim zakładzie.
Gdy byłam w liceum, nasz szkoła zorganizowała wycieczkę poza granice naszego kraju. Wyjazd był w godzinach wieczornych. Jak każdy wie, już w autobusie zaczyna się dobra zabawa, wypiliśmy z kolegami kilka piw. Po jakiejś godzinie mój pęcherz prosił o to, żeby go opróżnić. Jak na złość kierowca, który miał klucz do toalety w autobusie, właśnie spał w luku. Moje błagania o postój nie przynosiły żadnych rezultatów, obudzenie kierowcy też nie wchodziło w grę. Koleżanka, z którą siedziałam, poszła spać na wolne siedzenie. Ja wiedząc, że już długo nie wytrzymam, wpadłam na genialny pomysł. Miałam butelkę po dużej Nestea, otwór duży... Patrzę dookoła — wszyscy śpią, może się uda. Nie zastanawiając się dłużej, kucnęłam między siedzeniami i zaczęłam działać. Musiałam robić to bardzo powoli, żeby nie było słychać dźwięku moczu odbijającego się o ścianki butelki.
Ulga była niesamowita. Butelkę zakręciłam i schowałam. Nie wiem, czy ktoś to widział albo słyszał i domyślił się, co robiłam. Do tej pory mi wstyd.
Najlepsze, że postój był ok. 5-10 min później. Wiedząc o tym, pewnie bym wytrzymała.
Jestem pielęgniarką i od 14 lat pracuję w szpitalu na oddziale wewnętrznym. Opiszę Wam pewną historię.
Dyżur zaczęłam o szóstej, była nas czwórka – dwie opiekunki medyczne i dwie pielęgniarki. I około 45 pacjentów (zwykle jest więcej). Opiekunki zaczęły toalety pacjentów, koleżanka szykowała leki – wstrzyknięcia i tabletki. Robimy to jak najszybciej, ale też bardzo dokładnie, bo źle podany lek może zaważyć na życiu czy zdrowiu pacjenta. Ja poszłam pobierać krew do badań, a potem pomóc opiekunkom, uwijałyśmy się jak mrówki, bo już zaczęli rozwozić śniadanie. Każdego pacjenta trzeba umyć jak najdokładniej, ale szybko. Druga pielęgniarka w tym czasie zaczęła karmić pacjentów (sześciu potrzebowało pomocy). Nakarmiłam też trzech pacjentów, bo koleżanka musiała rozwieźć tabletki, a leki trzeba podać na określoną godzinę. Potem poleciałam po aparat do mierzenia ciśnienia, każdemu pacjentowi zmierzyłam RR, temperaturę, puls, zapytałam o samopoczucie, ból itp., uzupełniłam karty gorączkowe (koleżanka w tym czasie przyjmowała nowych pacjentów na oddział). Musiałam jeszcze upewnić się, że od każdego pacjenta pobrano próbki do badań. Po 11:00 poszłam do dyżurki i miałam chwilę przerwy – usiadłam na 15 minut, pierwszy raz od szóstej rano, zrobiłam sobie kawę. Potem zaczęłam szykować leki na popołudnie. Po 12:30 podawanie leków, a w międzyczasie kilkanaście odłączeń kroplówek, zmiany opatrunków, rozmowy z rodzinami pacjentów i lekarzami (to razem z koleżanką). O 14:00 opiekunki poszły do domu, a ja zwiozłam 12 pacjentów na różne badania – USG, TK, RTG i inne takie. Z chodzącymi nie ma problemu, ale trzy osoby musiałam wozić na tych dużych łóżkach szpitalnych sama (koleżanka nie mogła zostawić oddziału, a w tym czasie uzupełniała dokumentację). Jak wróciłam, zabrałam się za swoją część dokumentacji, a koleżanka poszła do pacjentów – niektórych przewinąć, innych obrócić, komuś coś podać. Miałyśmy dwie krótkie przerwy na kawę i jedzenie, ale ciągle w stanie gotowości, bo w każdej chwili ktoś mógł czegoś potrzebować.
Po 17:00 miałam trochę luzu. Usiadłam w gabinecie zabiegowym, żeby trochę odpocząć. Drzwi były otwarte, więc widziałam, jak na oddział weszło starsze małżeństwo. Spojrzeli na mnie, przywitaliśmy się... i usłyszałam, jak kobieta mówi cicho do męża: „A te k**wy nic tylko siedzą. Cały dzień na dupie i jeszcze podwyżek by chciały”...
Jakby mi ktoś dał w twarz.
Mam traumę, przez którą nie potrafię się rozebrać przed kimś, a o seksie nie potrafię nawet marzyć. Jednocześnie okropnie boję się samotności i dosłownie potrafię się rozpłakać, jeśli jestem sama w domu. Od dwóch lat mam także chłopaka... Albo raczej miałam. Gdy mu powiedziałam, co się stało w mojej przeszłości, twierdził, że rozumie, że będzie wspierał przy terapii, nie będzie naciskał itd. Wytrzymał dwa tygodnie.
Potem robił z siebie ofiarę, tę najbardziej pokrzywdzoną osobę w związku. Wiem, że seks jest ważny, ale on zaczął się zachowywać jak kotka w rui i chociaż to ja budziłam się w nocy po koszmarach, czasami nie spałam kilka dni pod rząd, potrafiłam się porzygać na samo wspomnienie, to on ciągle chodził oburzony i psioczył mi nad uchem. A kiedy na terapii pojawiał się przełom i zaczynało mi się lepiej żyć, on... obrażał się, bo zamiast wrócić do domu, nałykać leków i mu się oddać, wracałam i... oczekiwałam od niego rozmowy, spędzania razem czasu. Kilka razy zdarzyło mu się nie wyłączyć laptopa ani stron, jakie przeglądał, więc kiedy ja go zajmowałam, miałam okazję zobaczyć, że przeglądał te wszystkie fora, gdzie inni mężczyźni pytali, jak można zmanipulować kobietę, żeby ta poszła z nimi do łóżka albo siedział na stronach pokroju anonimowych i pisał smutne wyznania o tym, jak mu źle bez seksu. I wiem, że to żałosne, ale znosiłam to, wmawiając sobie, że przecież nie mogę być sama, nie dam rady itd. Raz jeden, mając dosyć jego trucia i szlochów, przełamałam się i zdecydowałam się na miłość francuską. Czułam się jak śmieć, sama się poryczałam. Jego reakcja? „Jak na pierwszy raz, to nieźle”. Tak. Dalej z nim byłam, bo aż tak obawiałam się samotności.
Ostatnio jednak dowiedziałam się, że mnie zdradził. Źródło było niepewne, więc zamiast awantur, zaczęłam od spokojnej rozmowy, a on... przyznał się od razu, myśląc, że go zrozumiem. Dla niego to nawet zdrada nie była, a „zastąpienie mnie” w ledwie jednej dziedzinie życia!
W końcu wywaliłam go z mieszkania... I teraz dla odmiany użeram się ze stanami lękowymi.
Mam dziadka alkoholika, który często krzyczał, wyzywał i wykorzystywał mnie w sposób, jakiego nikt, a zwłaszcza dziecko, nigdy nie powinno doświadczyć. Widziałam, jak bije moją babcię i znęca się nad nią psychicznie. Rodzice często wysyłali mnie do niego, żeby go „uspokoić”, ale to nigdy nie działało, on zawsze się darł i wyzywał mnie od osób, których pięcioletnie dziecko nie powinno znać.
Moja mama też czasami piła. Nie mam z nią żadnych dobrych wspomnień z dzieciństwa, najczęściej krzyczała albo była obrażona na wszystkich. Nigdy mnie nie tuliła, nie pocałowała, nie chciała mnie. Kiedy miałam około 10-11 lat, powiedziała, że żałuje, że mnie urodziła. Kilka razy prosiłam o pomoc psychologiczną, ale odmawiano mi, bo „tylko chorzy psychicznie chodzą do psychologa”. W mojej rodzinie zakładano, że dzieci nie mają prawa czuć cierpienia, że można robić przy nich wszystko, bo to przecież tylko dzieci, które za chwilę zapomną.
Duża część rodziny ciągle porównywała mnie do mojej kuzynki, która także miała trudne dzieciństwo, może nawet gorsze. Babcia kupowała jej słodycze, mnie nie. Mówili jej, jaka jest piękna, kiedy ja stałam obok i nikt do mnie nie mówił. Ludzie zawsze wybierali ją. Przez to stałam się cichą osobą, unikającą konfliktów i rywalizacji, z bardzo niskim poczuciem własnej wartości.
Zaczęłam się samookaleczać i głodzić, bo byłam wtedy grubsza od kuzynki i chciałam być taka jak ona, żeby też zwracano na mnie uwagę. Samookaleczanie stało się moim sposobem na przetrwanie, czułam za dużo emocji, których nigdzie nie mogłam wyrazić, więc próbowałam je uwolnić przez ból fizyczny.
Po wielu latach nie potrafię nienawidzić mojego dziadka mimo wszystkiego, co zrobił, jest moim dziadkiem. Moja mama teraz próbuje udawać dobrą matkę i udaje, że przeszłość nie istnieje. Kiedy mnie dotyka albo mówi mi miłe rzeczy, czuję do niej obrzydzenie, a nie do siebie. Jestem na nią zła, że sprawiła, iż tak się czuję, że nie mogła być normalna i że przez nią sama nie jestem normalna.
Chcę, żeby wszyscy, którzy przeczytają moją historię, wiedzieli, że absolutnie nie wolno oceniać człowieka, nie znając jego życia i bólu. W szkole jestem cicha i bezproblemowa, mam kilku znajomych, ale nikt nie wie, co przeszłam. Chcę też zaapelować do nauczycieli: bądźcie wyrozumiali, nie oceniajcie pochopnie uczniów i nie wylewajcie na nich swojego gniewu czy frustracji. Nigdy nie wiadomo, czy to nie będzie decydująca cegiełka, która złamie czyjąś duszę.
Wiem, że wielu ludzi przeżyło lub nadal przeżywa swoje piekło, dlatego powtarzam: nigdy nie oceniajcie kogoś, kogo nie znacie. Bo gdybyście zamienili się z nim życiem na chwilę, czy byście dali radę?
Chciałam odebrać sobie życie, ale znalazłam na Instagramie pisarza. Wciągnęłam się w jego teksty. Stwierdziłam, że przeniosę się do jego miasta. Znalazłam znowu chęci do życia, gdy często widywałam go, gdy szedł sobie po kawę czy wyprowadzał psa.
A teraz, okazało się, że przeniósł się do Warszawy.
Też się przeprowadzam.
Tylko on pomógł mi się podnieść. Wiem, że gdy będę mieszkać w tym samym mieście, po głowie nie będą chodzić mi myśli o śmierci.
Historia sprzed 35 wiosen, kiedy to miałem przyjść na świat. Typowy ceglany dom na przedmieściach, na podwórku króliczok, kurnik, ogródek. Babcia nie pracowała, miała więc pod opieką gromadkę wnuków w wieku 2-6 lat.
Pewnego dnia mój tata robił coś na podwórku, a mój 2,5-letni kuzyn chodził krok w krok za ojcem i pytał, czy jest już dzidziuś. Cierpliwości w tacie za grosz, więc po godzinnym słuchaniu tego samego pytania wsadził do wózka dla lalek zdechłego królika. Przykrył go pieluszką tetrową, zawołał kuzyna i powiedział: „Dzidziuś już jest, śpi w wózku, ale trzeba go wozić, żeby się nie obudził”.
Chłop tak się wczuł w rolę, że wujkowie wieczorem siłą odrywali go od wózka, a tata w ciszy i spokoju skończył swoją robotę :)
Dodaj anonimowe wyznanie