#BiQfb

Czuję się z tym mega źle, ale jestem zajebiście zawiedziona tym, co dostałam w prezencie na gwiazdkę. Wiem, jak to brzmi, ale ja planowałam przez długi czas, aby prezenty, które komuś dam, były faktycznie związane z zainteresowaniami tych osób. Osoba z mojej rodziny dostała zatem gadżety związane z Harrym Potterem, bo uwielbia to universum. A ja dostałam puzzle z obrazem mojego ulubionego artysty, tylko że takie same jak rok temu. Dokładnie te same puzzle. No ale OK, może zapomnieli, że już takie mi dali. Ale dodatkowo z jakiegoś powodu dostałam książkę „365 dni” i kontynuację tej książki... gdzie na mojej półce króluje polskie fantasy, Stephen King czy jakieś kryminały Mroza albo fantasy ogólnie. Najgorsze, że dostałam te książki ze słowami: „Może jakiegoś chłopaka przyprowadzisz w końcu?”. Nie wiem jak dawanie mi taniego pornosa do czytania miałoby pomóc, ale OK... No trochę kurna jest mi przykro, bo czuję, że dostałam ten prezent na odpierdol. Chciałabym coś powiedzieć, nie wiem, że „Ej, w przyszłym roku dajcie mi hajs albo najlepiej nic”, ale nie chcę wyjść na jakąś niewdzięczną. Z jednej strony mi przykro, a z drugiej czuję zażenowanie.

#BCzAz

Mój syn Krzyś chodzi do przedszkola. Jak każdy ciekawski młody człowiek zadaje sporo pytań dotyczących zasłyszanych tu i ówdzie słów. I tak też dzień w dzień musimy tłumaczyć, mu czym jest restrukturyzacja (tego to nawet i ja nie wiem), dlaczego na gazetę pani sklepie powiedziała „tabloid” i czemuż to trzej królowie „przybieżeli” do Betlejem, skoro po prostu mogli „przyjść”.
Ostatnio jednak młody zaskoczył nas pytaniem „Co to jest hipster?”.
„Hipster to taka osoba, która wyróżnia się tłumu niemodnymi, często starymi, znalezionymi w sklepach używaną odzieżą ubraniami. Nosi długie wąsy, a niekiedy chodzi w okularach na nosie. Takich grubych, z dużymi oprawkami” – podzieliłem się z moim potomkiem całą wiedzą, którą na temat hipsterów posiadałem. Krzyś zamyślił się – to znaczy, że przyswoił wiedzę.
Następnego dnia, kiedy przyszedłem po syna do przedszkola, otoczyła mnie gromadka „starszaków”, która wytypowała najodważniejszego członka stada, aby ten zadał mi ważne pytanie.
„Psze pana – zagaił młodzieniec – a czy to prawda, że dziadek Krzysia jest hipsterem?”

#2fZuj

Kiedy byłam mała, byłam przekona, że gdy dzieci się rodzą, wychodzą od tyłu. Pewnego dnia, gdy byłam u babci, miałam dłuższe posiedzenie w ubikacji, którego efektem było całkiem pokaźnych rozmiarów „dzieło”. Po przeanalizowaniu jego wielkości udałam się do pokoju i oznajmiłam: „Mamo! Jestem już gotowa na dziecko!”.

#xPFu8

Potrzebuję rady, bo sama nie dam rady tego udźwignąć.
Mam problem z 16-letnią, młodszą siostrą. Miedzy mną a nią jest 10 lat różnicy (mam 26 lat). Los potoczył się tak, że młoda musiała zamieszkać w mieszkaniu ze mną i naszym najstarszym bratem. Mam pięcioro rodzeństwa, Ola (siostra) jest najmłodsza, była oczkiem w głowie rodziców. W moim życiu zaczął się maraton jazdy po psychologach, terapiach z Olą. Dodam także, że u młodej w wieku 7 lat wykryto zespół Aspergera, co w moim punkcie widzenia tylko utrudniało cały proces terapii. Było bardzo ciężko, Ola od zawsze była mało rozmowa i często zamknięta w sobie, ale po tym całkowicie wyłączyła się ze świata. Praktycznie przestała mówić, nie jadła ani nie piła, zbladła, przestała wychodzić z pokoju, jak już to wychodziła tylko do łazienki i z powrotem. Kiedy albo ja, albo brat wchodziliśmy do jej pokoju, chowała się pod łóżko lub za szafkę. Był moment, kiedy brat musiał ją przytrzymywać siłą na krześle, a ja na siłę musiałam ją karmić. Brzmi brutalnie, ale nie mogłam patrzeć, jak Ola wyniszcza się na moim oczach. Aktualnie młoda nadal jest bardzo słaba, jest w 3 klasie technikum, oceny ma bardzo mierne, ale jakoś udaje się jej zdawać. Ma problemy z nauką, nie może się skoncentrować i ma dysortografię. Jednak mimo zaleceń nauczycieli, nie posłałam jej do szkoły integracyjnej. Może i byłoby to dla niej lepsze, jednak nie chciałam, żeby czuła się przez to gorsza (jest bardzo wrażliwa, łatwo ją doprowadzić do płaczu, wszystko bierze do siebie). Najbardziej martwi mnie jej kondycja i stan fizyczny. Młoda w szkole nic nie je, mimo mojego błagania. Potrafi w szkole przesiedzieć 8 godzin bez jedzenia i picia. Już kilka razy mdlała na wf-ie, musiałam wypisywać jej zwolnienia, przez co ma zagrożenie, tak jak z resztą z pięciu innych przedmiotów i nie wiadomo, czy zda.
U Oli z wiekiem pogłębiła się wrażliwość na dotyk, nienawidzi przytulania, całowania a tym bardziej łaskotek (raz brat chciał ją tak wymęczyć, bo nie chciała wstać z łóżka, ma okropne łaskotki na stopach. Skończyło się tym, że przybiegła do mnie cała zaryczana i i obsmarkana i unikała brata przez cały dzień). Muszę pomagać się jej ubrać, wstawanie rano to dla niej i dla mnie tortura. Krzyki i płacz, wyrywanie się i drapanie. Kiedy stoimy na światłach, potrafi mi się wyrwać i wbiec na rozpędzoną drogę. Martwi mnie sytuacja z jedzeniem. Ola i tak ma już mocną niedowagę i boję się, że coś jej się stanie albo ktoś zarzuci mi i bratu, że ją zaniedbujemy :(( No ale nie przywiążę jej do krzesła i nie będę wpychać jedzenia na siłę. Chyba że w tym przypadku takie zmuszanie do jedzenia to ostatnia nadzieja? Może są tutaj rodzice albo ktokolwiek z podobnym problemem i wie, jak mi pomóc? Jestem już wykończona psychicznie, kocham Olę nad życie, ale ciężko mi.

#dgxNx

Może to głupie. Nigdy nie byłam mega emocjonalną osobą. Mogłabym nawet powiedzieć, że ciężko mnie wzruszyć, dlatego większość emocji po prostu cisnę w sobie i czasem muszę dać im upust, bo nie chcę wybuchnąć w akcie agresji np. podczas kłótni. Upust emocjom daję sobie poprzez wyobrażanie sytuacji, gdzie moi rodzice umierają – i wtedy płaczę jak dziecko. Mam 24 lata i jedyna rzecz, która mnie w życiu przeraża to fakt, że moich rodziców kiedyś nie będzie, a na Wszystkich Świętych zapalę znicz na ich grobie. Wolałabym umrzeć przed nimi.

#enrxj

Jesteśmy z żoną po ślubie 10 lat, na dziecko zdecydowaliśmy się po siedmiu latach. Przez kilka pierwszych lat od jej rodziców przy każdej możliwej okazji słyszeliśmy utyskiwania, że oni chyba wnuków nie doczekają, że krzywdzimy ich, bo nie dajemy im poczuć, co to znaczy być dziadkami. W pewnym momencie tak się na to wściekłem, że przestałem tam jeździć, po pewnym czasie przestała też żona.
Można by się spodziewać, że jak w końcu pojawił się upragniony wnuk, którego byli tak stęsknieni i tak nie mogli się go doczekać, to będą szukali tylko sposobności, żeby spędzić z nim trochę czasu, prawda? Prawda?
A jak wygląda rzeczywistość? W sobotę młody miał pierwszy raz zostać z dziadkami sam na popołudnie, z żoną chcieliśmy wyjść. Tu trzeba dodać, że on jest dzieckiem, które spokojnie zajmie się jakimiś puzzlami, uwielbia klocki itp., nie trzeba przy nim skakać i wymyślać nie wiadomo czego, więc nawet się nie baliśmy o nic. Zostawiliśmy im zabawki, które przywieźliśmy ze sobą, powiedzieliśmy co i jak i wyszliśmy. Przyjechaliśmy wcześniej niż mówiliśmy, a tam... młody z telefonem w ręce ogląda jakieś gówno na YouTubie (gdzie dotąd nie miał w ręce telefonu), dziadek ogląda Republikę, a babcia śpi na fotelu. Nie wytrzymali dwóch godzin zabawy z tym wyczekiwanym wnukiem. W sumie można się tego było spodziewać, bo jak nawet jesteśmy w domu i młody płacze, że chce do dziadka czy babci, to patrzą, żeby się gdzieś schować albo udają zajętych przestawianiem rzeczy z miejsca na miejsce.

O tyle dobrze, że miałem jakieś złe przeczucia i zrobiłem zakupy, w razie gdybyśmy mieli spędzić święta w domu.

#CL6uK

Moi dziadkowie mają gospodarstwo rolne. Historia, którą chcę wam opowiedzieć, miała miejsce w latach 70. W tamtych czasach wiele prac, czy to na polu, czy to w gospodarstwie, nie było tak zmechanizowanych jak teraz. Wymagało to dużych nakładów ludzkiej pracy, więc w gospodarstwie dziadków zawsze sporo było pracowników najemnych, którzy im pomagali. Był wśród nich jeden mężczyzna (dla potrzeby historii nazwijmy go np. Mietek). Straszny gaduła, usta mu się nie zamykały, w zasadzie więcej gadał, niż robił. Pewnego dnia pomagał mojej babci przy jakieś pracy. Jak zwykle „urozmaicał” babci czas swoim wywodem. Tym razem temat zszedł na Mietkowe przeżycia z II wojny światowej. Babcia była bardzo zaintrygowana. Historia Mietka była bardzo ciekawa, bardzo zabawna, momentami dramatyczna. Wieczorem po pracy babcia pochwaliła się dziadkowi, jaki to ciekawy szlak bojowy przeszedł Mietek podczas niedawnej wojny.

Dziadek brutalnie zgasił babciny entuzjazm, ponieważ okazało się, że cała historia, którą Mietek sprzedał babci, to nic innego jak scenariusz filmu pt. „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, który niedawno miał swoją premierę, a którego babcia jeszcze nie miała okazji obejrzeć. Taki to z Mietka był żartowniś :)

#kseXk

Mam własny sklep z urządzeniami RTV AGD, a także serwis owych urządzeń. Czasem gdy ktoś chce kupić nową pralkę, lodówkę itp. odkupuję starą, naprawiam i sprzedaję.
W parafii jest też dość klawy proboszcz. Człowiek poważny, rozważny, widać, że miał powołanie, ale też jest dobrym ziomkiem, który lubi pomagać, w związku z czym wkręcił mnie w akcje charytatywne, tzn. pomaganie biednym i potrzebującym, z czego wynikają różne sytuacje. Opiszę trzy z nich.

Piątek, lipcowy upalny wieczór, piję piwko po pracy, wpada z impetem proboszcz i pyta o lodówkę, sprawną, na już. Stwierdziłem, że mam po naprawie i przetestowaną. Proboszcz kazał mi pakować ją na busa i zawieźć do pewnej rodziny, niestety kończyłem czteropak i nie nadawałem się do jazdy, proboszcz wziął kluczyki i kierował busem.  Na miejscu dom skromny, ale zadbany, rodzina z trójką dzieci, matka – żywiciel rodziny – w gipsie i zepsuta lodówka. Zamiana lodówek + kawa, herbata, naleśniki i szarlotka o 23.00...
Przez kolejny miesiąc codziennie owa gospodyni przynosiła mi do pracy pierogi, naleśniki, kotlety, jakieś ciasta itd. – bilans +5 kg w miesiąc... (za lodówkę zapłaciłem ja, bo przegrałem z proboszczem w karty :D).

Dostałem informację od żony, że w pobliskiej szkole jest dziewczynka, średnia nigdy nie mniejsza niż 4.9 (trzeba mieć łeb), której brakuje kontaktu ze światem, czyt. tablet, laptop, internet. Postanowiłem zasponsorować jeden z notebooków + internet, za którzy płacić mieli moi pracownicy. Oczywiście jako nagroda/stypendium został oficjalnie wręczony na apelu.
Po trzech tygodniach z prędkością wiatru wpada do mnie matka wcześniej wspomnianej dziewczynki z gębą, dlaczego dostała tak TANI KOMPUTER i ona chce ejpla, żeby nie wstydzić się przed koleżankami. Szybko pozbyłem się jej, mówiąc, że zamienię, jeśli dopłaci 2800 zł.
Kilka dni potem podarowane urządzenie trafiło na portal aukcyjny za 2500 zł (+darmowy internet na 2 lata). Urządzenie zostało przeze mnie zdalnie zablokowane i nowy nabywca nie mógł z niego korzystać. Matka próbowała straszyć mnie sądem, ale nie wiedziała, jak to zgłosić.

Spaleniu uległa część domu jednorodzinnego – łazienka, kotłownia i kuchnia. Datki zebrane na tacę oraz zrzutka mieszkańców miały być na sprzęt AGD dla pogorzelców. Została za te środki kupiona pralka, lodówko-zamrażarka, kuchenka z piekarnikiem, a reszta pieniędzy poszła na zakup kabiny prysznicowej itp.
Dwa dni po dostarczeniu urządzeń Janusz and Grażyna przywieźli wszystko na przyczepce i zażądali zwrotu gotówki, bo „oni za te pieniędze to se kurna jak ludzie bedo żyć, a chałupe se używanymi urządzą”.
Towar odebrałem, a pieniędzy nie oddałem, zostały wykorzystane na modernizację przejścia dla pieszych i plac zabaw dla dzieci (łącznie 8579 zł).

Z perspektywy czasu wiem, że pomocy potrzebują ci, którzy o nią nie wołają.

#EuDe1

Moja mama zrobiła sobie jakiś tam super zabieg kosmetyczny, trwały make up czy coś takiego. W każdym razie strasznie ją coś tam piekło, więc wysłała mnie do sklepu. Brat chciał się przejść, więc poszedł ze mną.

W sklepie przy taśmie kasjer trochę się dziwnie na nas patrzył i zacząłem się zastanawiać dlaczego. Wtedy nagle ogarnąłem, że on patrzy na dwóch około 20-letnich kolesi, którzy kupują dwa duże ogórki i wazelinę. Aż mną wstrząsnęło, kiedy dotarło do mnie co on sobie pomyślał i mówię mu: „Nieee, spoko, to mój brat”.

No tak, gorzej się tego chyba nie dało rozegrać, więc nawet nie chciałem tłumaczyć, że to ogórki do położenia na powieki dla naszej mamy i wazel... ech... Pewnie będą krążyć o nas legendy :D

#3TwdL

Mając 12/13 lat wybrałam się do koleżanki z sąsiedztwa. Nie miałyśmy co robić, pogoda do dupy, więc postanowiłyśmy, że pobuszujemy w internetach. Widząc, że sieć podłączona, cieszyłam się jak szympans z banana, bo to nowość, mało kto miał, więc full wypas.
Zainteresowała mnie ikonka „Skype”, wtedy jeszcze można było szukać przypadkowych dostępnych osób i zacząć rozmowę. Mikrofon jest, to dawaj!
Wymyśliłyśmy, że jesteśmy z Radia Maryja, ja byłam siostra Geolgidą (nie wiem skąd to wzięłam), a koleżanka Zofią. W tle puściłyśmy z płyty Arkę Noego i wmawiałyśmy ludziom, że teraz Radio ma nową funkcję i jesteśmy nawet na Skypie! Najlepsze było to, że ludzie wierzyli i odmawiali z nami dziesiątkę różańca, a za to nagrodą był moherowy beret od Rydzyka.
Byłyśmy kreatywne, trochę głupie, ale fun był. Mam nadzieję, że nikt nie był zawiedziony, że nic nie dostał.

PS Wyrosłam i nie wprowadzam ludzi w błąd. Ale z koleżanką do tej pory nikomu się nie przyznajemy do naszych wyczynów.
Dodaj anonimowe wyznanie