Mając 12/13 lat wybrałam się do koleżanki z sąsiedztwa. Nie miałyśmy co robić, pogoda do dupy, więc postanowiłyśmy, że pobuszujemy w internetach. Widząc, że sieć podłączona, cieszyłam się jak szympans z banana, bo to nowość, mało kto miał, więc full wypas.
Zainteresowała mnie ikonka „Skype”, wtedy jeszcze można było szukać przypadkowych dostępnych osób i zacząć rozmowę. Mikrofon jest, to dawaj!
Wymyśliłyśmy, że jesteśmy z Radia Maryja, ja byłam siostra Geolgidą (nie wiem skąd to wzięłam), a koleżanka Zofią. W tle puściłyśmy z płyty Arkę Noego i wmawiałyśmy ludziom, że teraz Radio ma nową funkcję i jesteśmy nawet na Skypie! Najlepsze było to, że ludzie wierzyli i odmawiali z nami dziesiątkę różańca, a za to nagrodą był moherowy beret od Rydzyka.
Byłyśmy kreatywne, trochę głupie, ale fun był. Mam nadzieję, że nikt nie był zawiedziony, że nic nie dostał.
PS Wyrosłam i nie wprowadzam ludzi w błąd. Ale z koleżanką do tej pory nikomu się nie przyznajemy do naszych wyczynów.
Słyszeliście kiedyś powiedzenie „Białko, kurczak, kreatyna zrobią z ciebie skur******” Nie wierzcie temu. Trenuję już od dłuższego czasu, mam prawie 100 kg wagi, ludzie wieczorami przechodzą na drugą stronę ulicy, gdy idę w kapturze. Ale tak naprawdę nie jestem twardym gnojkiem. W domu słucham romantycznych piosenek, uwielbiam Taylor Swift i oglądam filmy typu „Dirty Dancing” i „Titanic”.
Ciężko mieć dwie maski – maskę pakera-dresiarza i maskę romantyka-melancholika.
Mój mąż ma strasznego bzika na punkcie rozmaitych notatek, wykresów, list i tabel. Uwielbia mieć wszystko szczegółowo opisane, żeby później siedzieć przed zapisanymi drobnym pisaniem kartkami i analizować. Nigdy nie przywiązywałam do tego większej wagi, bo taki już był, kiedy się poznaliśmy jako nastolatkowie; zawsze miał przy sobie czarny notatnik pełny jego zgrabnego pisma. W jednej z szuflad jest cały komplet tych notatników. Wszystkie są takie same – czarne, niezwykle zadbane i zapełnione literami po brzegi.
Pewnego razu mąż zadzwonił do mnie z pracy, prosząc, żebym podała mu jakiś numer, który jest zapisany w jednym z notatników. Podczas szukania trafiłam na bardzo specjalną listę. (Na potrzeby historii uznajmy, że mam na imię Marta). Na samej górze kartki widniał nagłówek „Rzeczy, których nie zrobiłbym dla Marty”.
Reszta kartki jest pusta.
Nie używam nożyczek do paznokci ani gilotynki. Jak mi urosną nieco dłuższe, to je sobie tak zeskrobuję, jeden paznokieć o drugi, u nóg też. Mam już nawet wprawę i zwykle wyglądają po tym jak normalnie obcięte, może nieco mniej starannie.
Ostatnio współlokatorka chciała pożyczyć ode mnie nożyczki do paznokci. Powiedziałam jej, że nie mam, a ona na to: „To czym sobie paznokcie obcinasz?”. I wtedy zrobiło mi się nieco głupio. Więc postanowiłam się tym z wami podzielić.
Krótko i anonimowo.
Pewnej nocy w stanie bardzo wskazującym postanowiłam wymienić tampon.
Wytrzeźwiałam od razu w momencie, gdy poczułam, że pomyliłam dziurę.
W życiu nie dam się namówić facetowi na anal.
Kiedy byłam na studiach, zakochałam się w mojej koleżance Ani. Wcześniej byłam pewna, że jestem aseksualna. Nigdy nie podobał mi się żaden chłopak. Nigdy. Diagnoza więc wydawała mi się prosta. Nie wiem dlaczego nie pomyślałam, że mogę być lesbijką. Widocznie podświadomie jakoś łatwiej mi było zaakceptować fakt, że miłość to coś, co mnie zupełnie nie dotyczy, niż fakt, że mogę zakochać się w kimś tej samej płci. Wtedy pojawiła się Ania i BUM. Wszystko nagle stało się tak bardzo jasne i oczywiste! Wiedziałam już, kim jestem. Zrozumiałam, że już wcześniej podobały mi się dziewczyny, ale nie tak bardzo jak Ania, więc jakoś nie dopuszczałam do siebie tej myśli.
Wiedzieć to, a pogodzić się z tym, to jednak dwie zupełnie inne rzeczy. Trochę mi to zajęło, ale w końcu się udało. Potajemnie jednak nadal kochałam Anię. Zostałyśmy przyjaciółkami, a ja codziennie umierałam w środku. Nigdy nie powiedziałam Ani, co do niej czuję. Nie potrafiłam. Wiedziałam, że wtedy ją stracę. Ona była hetero. Często opowiadała mi o tym, że podoba jej się jakiś facet. Ja tylko słuchałam i przytakiwałam. Nie powiedziałam jej o mojej orientacji. Wolałam, żeby była w moim życiu tylko jako moja przyjaciółka niż miałoby jej nie być wcale.
Po studiach wyjechałam za granicę. Nadal tam mieszkam.
Utrzymywałam kontakt z Anią przez internet. Któregoś dnia napisała mi, że kogoś poznała. Często mi o nim opowiadała, a ja łapałam się na tym, że wcale nie życzę im szczęścia! Chciałam, żeby się rozstali. Po co? Wiedziałam przecież, że to nic mi nie da. Ania i tak nigdy by ze mną nie była. Chciałam więc, żeby była sama i nieszczęśliwa? Nie wiedziałam. Nie radziłam sobie z własną zazdrością.
W końcu Ania mi napisała, że to chyba „to”, że go kocha.
Nie dałam rady. Zerwałam z nią wszelki kontakt. Tak po prostu. Bez słowa wyjaśnienia. Przestałam się odzywać i tyle. Ania jeszcze wielokrotnie próbowała się ze mną skontaktować. Nigdy nie odpisałam. Jestem tchórzem. W końcu przestała. Czułam się podle. Ona zawsze była dla mnie dobrą przyjaciółką, a ja ją okropnie potraktowałam. Nadal czuję się podle z tego powodu.
Ostatnio od naszej wspólnej znajomej dowiedziałam się, że Ania wyszła za mąż za tamtego faceta. Nie mogę w to uwierzyć, ale nadal nie życzę im szczęścia! Jestem okropna.
Miałam kilka dziewczyn, ale to nie przetrwało, bo do żadnej nie czułam tego, co do Ani.
Oto więc ja. Samotna, podła, zazdrosna baba i marna istota ludzka.
Dziękuję za uwagę.
Mam chłopaka i za każdym razem, gdy robimy sobie wieczór z filmem, popcornem i piwkiem, to jego brat (11 lat) przychodzi i prosi, czy dam mu łyka swojego. Chłopak pije normalne piwo, a ja smakowe, i młodemu bardziej pasuje moje. Jako że jestem jedynaczką, to kocham tego małego łobuza jak własnego brata. Nie chcę go rozpijać nawet tymi 2%, bo po prostu uważam, że jest za młody, żeby pić. Jednak za każdym razem trochę szkoda mi mu odmówić, dlatego od pewnego czasu kupuję piwo bezalkoholowe i naklejam liczbę z procentami z innych etykiet, oczywiście w tym samym kolorze, żeby się nie zorientował. „Szwagier” się cieszy i udaje upitego, a ja mam czyste sumienie.
Sytuacja miała miejsce w te wakacje, kiedy pojechałam w góry ze znajomymi. Popołudnie, schodzimy powoli z gór, w okolicach jakiegoś schroniska czuję, że muszę natentychmiast do toalety, bo będzie źle. Kolejka w budynku wielka, idę więc na zewnątrz i odchodzę kawałek. Na szczęście byliśmy w partii gór, gdzie kosodrzewina miesza się z lasem, więc szybko lokalizuję odpowiednie miejsce i odchodzę na bok. Mam już ściągać spodnie, kiedy widzę jakiegoś faceta załatwiającego swoją potrzebę. Z wahania ciała wnioskuję, że zakosztował za bardzo piwa sprzedawanego w schronisku i nie chciało mu się czekać w kolejce. Trudno, chcę się wycofać i pójść w inne miejsce, ale zatrzymuje mnie jego głos:
– He, he, patrz, jakiego mam dużego – i wymachuje swoim narządem.
Mój mózg przeszedł w tryb WTF?, kiedy to strzelam najgłupsze teksty, i odpowiedziałam:
– Ja mam większego – odwróciłam się na pięcie i odeszłam dalej.
Dopiero po dłuższej chwili zdałam sobie sprawę, co powiedziałam.
Faceta nie spotkałam już nigdy więcej, nie mamy dziesiątki dzieci, ale pozostało to jednym z najlepszych wspomnień z tego wyjazdu.
Poznałem super dziewczynę, z którą dość szybko zacząłem chodzić i spędzać z nią sporo czasu. Jednak wszystko zaczęło się dwa tygodnie przed Wielkanocą w tym roku. Mamuśka zaproponowała, bym zaprosił swoją dziewczynę na święta, bo chcą wreszcie ją poznać. Myślę – OK, w sumie to bardzo dobry pomysł.
Zajeżdżam na akademik i lecę do mej lubej, by zaprosić ją na świąteczny obiad. Wchodzę i widzę, że coś jest nie tak. Moja piękna mówi, że źle czuje się w naszym związku i ze mną zrywa. Ogólnie zachowuje się dość elegancko, ale nie zmienia to faktu, że łamie mi serce.
Do świąt sporo cierpię i topię to w litrach alkoholu. We wtorek przed świętami wracam do swojego miasteczka. Muszę kupić jakiś upominek siostrze na święta, więc zachodzę do sklepu, w którym spotykam koleżankę ze szkoły średniej (trochę ze sobą kręciliśmy, ale jakoś nic z tego nie wyszło). Nagle wpadłem na NAJGŁUPSZY POMYSŁ W ŻYCIU. By nie rozmawiać z rodzicami o rozstaniu z dziewczyną, moją dziewczynę zagra stara kumpela. O dziwo, mimo uśmiechu na twarzy, gdy ją o to poprosiłem, bardzo szybko się zgodziła.
Lany poniedziałek, rozmówki itd. i okazuje się, że nasi starzy byli razem w wojsku. Nagle koleżanka wypala, że jest ze mną w ciąży. Ja dostaję panicznego ataku śmiechu, ona w płacz i w długą. Rodzice wskakują na mnie, że może właśnie teraz mi to chciała powiedzieć, a ja zachowuję się jak debil. A ja... no właśnie, powiedzieć rodzicom, że z nią nie spałem? Mogą nie uwierzyć, w końcu myślą, że jesteśmy już ze sobą pół roku. Przyznać się do prawdy – wstyd. We wtorek uciekam do akademika, by wymyślić, jak wybrnąć z tej sytuacji.
Wracam po dwóch tygodniach z decyzją, że się przyznam rodzicom do tego, że ich okłamałem. I co? Nie wierzą w to, co mówię, mówią, że jestem bezczelnym gnojkiem bez serca, który nie chce zaopiekować się „swoim dzieckiem”.
Wyjeżdżam znów na dwa tygodnie na studia, wracam na majówkę, a rodzice mi oświadczają, że już widzieli się z rodzicami koleżanki, wszystko jest ustalone i niedługo bierzemy ślub. Miesiąc ich próbowałem przekonać, nie było na to szans. Trudno, poddałem się.
W lipcu był ślub, w listopadzie rozwiązanie, a w grudniu pozew rozwód. Wciąż w to nie dowierzam i czuję się, jakbym zaczął grać w „Modzie na M jak Miłość”. Taka sytuacja.
Było to dokładnie rok temu. Sesja zimowa na ścisłym, inżynierskim kierunku. Trudna sama w sobie, trudniejsza z powodu nadrabiania przedmiotów po zmianie kierunku. Tego dnia miałam zaliczenie, egzamin i 39 stopni gorączki. Do notatek z zaliczenia nie zajrzałam, uczyłam się tylko na egzamin, a sama nauka szła mi mozolnie ze względu na chorobę.
Szłam na uczelnię zmęczona, chora, przytłumiona od leków, marząc, aby ten dzień się skończył. W połowie drogi zaczepiła mnie starsza babcia. W pierwszej chwili nawet nie usłyszałam, czego ode mnie chce, ale powtórzyła ponownie swoją prośbę o pieniądze. Nigdy nie daję pieniędzy, jeśli ktoś mnie o to prosi, kupuję mu coś do jedzenia.
Spojrzałam na babcię jeszcze raz, była bardzo biednie ubrana, wygrzebałam jej wtedy wszystkie drobne z portfela, nie było tego dużo, max 10 zł. I wtedy usłyszałam coś, co uświadomiło mi, że moje problemy są marne, mianowicie: „TO ZA DUŻO”.
Takiego szczęścia w oczach nie widziałam chyba nigdy. Podziękowała, zapytała o imię i obiecała, że będzie się za mnie modlić.
Często o niej myślę, żałuję, że nie poszłam z nią wtedy do sklepu i nie zrobiłam z nią większych zakupów niż to marne 10 zł, że nie zapytałam, gdzie mieszka, żebym mogła podarować jej jakieś koce czy ubrania albo po prostu porozmawiać, bo myślę, że była samotna. Myślę o niej też dlatego, że tamtego dnia zdałam zaliczenie, na które nic nie umiałam, egzamin pisany z gorączką, i wierzę, że to dzięki jej modlitwie.
Dodaj anonimowe wyznanie