Pewnego słonecznego lata wraz z całą rodzinką wybrałam się na rejs ogromnym statkiem. Miałam może 4 lata i po obiedzie, pozostawiając moich rodziców przy stole, jakby nigdy nic sama wyruszyłam do naszego pokoju. Prawdopodobnie nikt przez godzinę nie zauważył, że zniknęłam... Kiedy wreszcie rodzice dostrzegli moją nieobecność, nerwowo zaczęli mnie szukać. Sam fakt bycia samej na statku 4-latki jest straszny, a co dopiero takiej, która zawsze ma głupie pomysły.
Cała załoga rozpoczęła poszukiwanie, kiedy po 2 godzinach dalej nic się nie zmieniło pojawiła się obawa, że być może wypadłam za burtę i już nigdy mnie nie zobaczą. Mama cała we łzach ponownie udała się do pokoju, gdzie jak się domyślacie również mnie nie zastała. Nagle usłyszała w pokoiku obok krzyk sprzątaczki... Jak się okazało, jedna z pań zamknęła mnie w kantorku kluczami, a nieświadoma koleżanka odkryła potwora, który zachłannie pożerał rolki papieru toaletowego. Mina mojej mamy podobno była bezcenna :D
Zaczęło się niewinnie, ot, byłam na diecie i niestety nie wytrzymałam. Napad obżarstwa, nie potrafiłam się pohamować. Rezultat? Wyrzuty sumienia, płacz, oglądanie w lustrze swojego wydętego brzucha.
I wtedy pierwszy raz spowodowałam wymioty. Opróżniłam się do zera i znów poczułam się lekko, chociaż gdzieś tam głęboko świeciła się lampka ostrzegawcza. Obiecałam sobie, że to było jednorazowe, przecież jak to mówią, od jednego się nie uzależnisz. Tylko że to jak z papierosem - jak już raz sobie pozwolisz zapalić, to możesz być pewny, że i druga okazja się nadarzy. I mi się zdarzyło.
Kawałek ulubionego ciasta? Obiad u babci? Burger z kolegami? Wszystkie nadprogramowe odstępstwa od diety kończyły w toalecie, zanim zdążyłam je strawić. Nikt się nie połapał, że coś jest nie tak. Czasem udawałam zatrucie, ale zazwyczaj wybierałam moment, kiedy mama oglądała serial, a tata był w swoim pokoju. Włączałam wiatrak w łazience i robiłam swoje. Potem dokładne umycie rąk i znów to uczucie lekkości. Ze sporadyczności wymioty weszły na poziom codzienności. Dziś to jest nawet kilka razy dziennie. Oni dalej nie wiedzą, a ja nie potrafię przestać. Obiecuję sobie - to był ostatni raz. Ale po kilku godzinach znów to samo. Jest mi wstyd, że dorosła, ponad 20-letnia dziewczyna z wagą w normie wpadła w bulimię i chorą obsesję na punkcie kilogramów.
Trzymajcie za mnie kciuki. Bo od rana się zaparłam i jak na razie nic z siebie nie wyrzuciłam. Prócz tego wyznania.
Gdy mój królik zgrzyta zębami z zadowolenia, gdy go głaszczę, odzgrzytuję, żeby wiedział, że mi też przy nim dobrze.
Byłam zagorzałą zwolenniczką transakcji zbliżeniowych.
Pewne popołudnie, wchodzę trochę rozkojarzona do sklepu. Zrobiłam na szybko drobne zakupy, podchodzę do kasy, wykładam tych kilka rzeczy na taśmę, skupiam się na wydobyciu portfela z torebki.
Podnoszę wzrok, a tam przecudownej urody kasjer (no normalnie "twarz to mu chyba Michał Anioł dłutem haratał"). Gdy już podliczył produkty, podał cenę, wyciągnęłam kartę i zamiast powiedzieć, jak zwykle: "Zbliżeniowo poproszę", to bezmyślnie wypaliłam "A może się zbliżymy?". Mina kasjera - bezcenna.
Ach, te Freudowskie przejęzyczenia...
Przedstawię wam historię, która wydarzyła się ponad 30 lat temu. Jako jeszcze mały chłopiec często jeździłem do babci. Mieszkała w maleńkiej miejscowości niedaleko od Łodzi. Uwielbiałem babcię i to miejsce, wszędzie lasy, łąki, rzeka. Ale do rzeczy.
Miałem wtedy przyjaciela, Jaśka, to była taka przyjaźń od kołyski. Wszystko zawsze robiliśmy razem. Było jeszcze wiele innych dzieci, ale za jednym z nich nie przepadaliśmy. Pewnego dnia postanowiliśmy pójść wszyscy nazbierać jeżyn i malin. Oczywiście zbieranie owoców lasu w większości kończyło w naszych brzuchach, ale najważniejsze było to, że dobrze się bawiliśmy. Nasz nielubiany kolega trochę marudził, więc razem z Jaśkiem wpadliśmy na świetny pomysł, naszym zdaniem oczywiście. W lesie i na łące nie brakowało zajęcy, więc też ich produktów przemiany materii. Wmówiliśmy koledze, że te bobki to są leśne rodzynki. Nie przewidzieliśmy tylko, że on zacznie je zbierać. Było dużo śmiechu, ale nikt nie pisnął ani słowa.
Po skończonej wyprawie wszyscy wróciliśmy do domów i zapomnieliśmy o sprawie. Ale tylko do wieczora...
Ojciec kolegi przyszedł do domu mojej babci i powiedział mojemu tacie, jak to namówiliśmy jego syna na leśne rodzynki. Okazało się, że młody przyniósł do domu pełne kieszenie rodzynek dla rodziców.
Do dziś pamiętam, jak tata dał mi kilka klapsów w tyłek, tłumacząc, że tak się nie robi. Ale to nie bolało, bo płakał ze śmiechu jak to robił.
Oburzony ojciec kolegi już nigdy więcej nas nie odwiedził.
Mój brat jest owocem kazirodztwa. Matka zdradziła mojego ojca z własnym bratem. W trakcie sprawy rozwodowej wszystkim dzieciom zrobiono test na ojcostwo. Ja i siostra byłyśmy taty, ale brat okazał się być synem swojego wujka. To najmroczniejsza i najbardziej strzeżona tajemnica rodziny. Nawet nie wyobrażam sobie, co musi czuć mój brat. Na szczęście urodził się zdrowy, tylko psychikę ma słabą, ale po takich przeżyciach to nie jest dziwne. Raz próbował ze sobą skończyć, na szczęście siostra go uratowała, zerwała ze sznura i zabrała do szpitala. Zażył wtedy tabletki, otworzył żyły i sięgnął po sznur. Chciał mieć pewność, że odleci. W szpitalu go odratowali. Powiedzieli, że to cud, że przeżył. Przewieźli go do psychiatryka i tam spędził trzy miesiące. Dziś jest lepiej i stara się normalnie żyć.
Pewnie zastanawiacie się, skąd dzieci wiedzą o tak mrocznej tajemnicy. Nasza matka jest chora psychicznie. Ona szczyci się tym, że zrobiła to, co zrobiła. Ciągle bratu powtarzała, że powinien się skontaktować z jej bratem, bo to miłość jej życia, a jego ojciec. A mi powtarza, że żałuje, że ja nie okazałam się jego córką. Rzygać mi się chce, jak o tym myślę.
Dla mnie brat zawsze będzie bratem z krwi i kości. Nigdy nawet nie pomyślałam, że jest przyrodni, bo z innego ojca, brat to brat i tyle.
Moi „rodzice” nie akceptują mojego dziecka. Nie tolerują. A w zasadzie, nazywając rzeczy po imieniu, nienawidzą go. Nie uznają jako wnuka i nie kryją się z tym. Moja matka wszem i wobec głosi, że ma tylko jedną wnuczkę – dziecko mojego brata.
Dlaczego? Dlatego, że od początku nie przepadali za ojcem mojego dziecka. Tym bardziej że rozstałam się z nim i wychowuję je sama. Nawet usłyszałam z ust ojca, że takich dzieci nie powinno być i mogłam sobie zrobić aborcję. Szczyt ironii, bo mój żałosny ojciec sam ma nieślubną córkę, którą przed nami całe życie ukrywał i którą serdecznie zlewa. Spotkaną gdzieś przypadkiem, mija bez słowa. Zabawne, co?
Moje dziecko było traktowane jak wróg. Sprzed nosa zabierano mu talerz z obiadem, bo obcych dzieci karmić nie będą, a kiedy wzięło do rączki kuchenną ścierkę, dostało nią w twarz. Teraz wrogiem jestem również ja, bo zaciekle broniłam dziecka.
Dziecka, które niedługo skończy 6 lat i nawet ich nie pamięta. I już mi nawet nie jest żal.
WALCIE SIĘ, ZWYROLE.
Od ponad trzech lat czuję bezustanny smutek i zmęczenie. Nie mam chęci do życia, do tego dochodzą codzienne obowiązki i kłótnie z rodzicami, które jeszcze pogłębiają te odczucia. W zeszłym roku w grudniu poprosiłam mamę o umówienie mnie na wizytę u psychologa. Zgodziła się i powiedziała, że kogoś poszuka.
Kilka dni po tym, kiedy pytałam się, czy mnie do kogoś umówiła, odparła, że jest długa kolejka, ale jeszcze sprawdzi. Za każdym razem jak pytałam, mówiła tak samo. Dopiero w styczniu, kiedy wybuchłam podczas kłótni z ojcem, kazał jej kogoś znaleźć i dziwnym trafem pierwsza osoba, do której zadzwoniła, przyjmowała pacjentów. Po pierwszej wizycie okazało się, że mam ciężką depresję, a jedyne, o co martwiła się moja mama, to czy szkoła się o tym dowie. Bo jeśli dowie się szkoła, to plotki się rozniosą i wyjdzie na jaw, że jej dziecko ma problemy z psychiką.
Dwa tygodnie temu psycholog poinformował rodziców, że będzie mi potrzebna pomoc psychiatry i trzeba się szybko umówić, bo jest mało terminów. Myślałam, że mama już mnie zapisała, jednak na ostatnim spotkaniu z psychologiem dowiedziałam się, że mama martwi się, że będę miała wpisaną w kartę zdrowia wizytę u psychiatry i nie będę mogła zrobić sobie prawa jazdy.
Okazało się, że moja mama nie martwi się o mnie i o moje zdrowie psychiczne, tylko o to, czy będzie miał ich kto odwieźć do domu, jak będą pijani. Milusio.
Niedługi czas temu dziewczyna z równoległej klasy z liceum zaprosiła mnie na wesele. Wszystko pięknie, zgodziłem się z nią pójść, bo zostawił ją chłopak i bardzo mi się żaliła. Mieliśmy wszystko ugadane, mój brat miał nas zawieźć.
Nadszedł dzień wesela, wystrojony jak szczur na otwarcie kanału, w nowym garniaku i butach, zjawiam się przed furtką jej domu. Koleżanka wybiega, wyglądała pięknie. „To będzie świetna impreza” – pomyślałem.
Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
– No cześć, już jestem, tak jak się umawialiśmy.
– O, kochany, zapomniałam ci powiedzieć! Bo ja się już pogodziłam z Kamilem, nie idę już z tobą, pa!
Spokojnie zapytałem, czy przypadkiem nie robi sobie jaj. Na co dostałem odpowiedź, że powinienem się domyślić.
NO ZAJEBIŚCIE... WYSTAWIŁA MNIE DZIEWCZYNA, KTÓRA JESZCZE PRZED CHWILĄ WYŁA, BO JĄ CHŁOPAK ZOSTAWIŁ.
Chyba dam sobie spokój z dziewczynami na razie.
Mój mąż zaraz po ślubie powiedział mi z całkowitą powagą, że to JA mam spać od strony okna, bo jak przyjdą w nocy beboki to najpierw zjedzą mnie, a on zdąży uciec.
Życie weryfikuje, jednak to ja zdążę uciec!
Dodaj anonimowe wyznanie