Ostatnio kolejny raz czytam tutaj o tym, że jakaś kobieta przyjmowała regularnie tabletki antykoncepcyjne i zaszła w ciążę. I za każdym razem przypomina mi się historia mojej przyjaciółki.
Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie z histerią, że zrobiła test ciążowy i jest w ciąży. Ona nawet dzieci nie lubi, od kilku lat bierze tabletki antykoncepcyjne, z facetem jej się nie układa, nie chce przytyć, to nie jest odpowiedni moment... Słuchałam jej płaczu prawie do samego rana. Przez kolejne tygodnie namyślała się, jak pozbyć się niechcianej ciąży. Skołowała sobie nawet tabletkę, żeby pozbyć się „problemu”. Tabletkę wzięła, ale okres nie wrócił. Kolejny test ciążowy i znowu pozytywny wynik. W teorii była na początku drugiego trymestru, jak wreszcie udało mi się i jej facetowi namówić ją na wizytę u ginekologa. Nie była w ciąży. Wszystkie jej ciążowe objawy i podwyższony wynik beta hcg to były objawy złośliwego nowotworu.
Mojej przyjaciółki już nie ma, a ja nie mogę sobie darować, że nie namówiłam jej na pójście do ginekologa od razu po tym telefonie w środku nocy, tylko głupio założyłam, że skoro test ciążowy wyszedł jej pozytywnie, to na pewno jest w ciąży. Jeśli naprawdę prawidłowo stosujecie tabletki antykoncepcyjne, to pierwsze objawy ciąży to częściej objaw nowotworu niż rozwijającego się w macicy zarodka. Badajcie się regularnie.
Pracuję w sklepie jako kasjerka.
Od półtora roku przychodził do nas chłopak, 20 lat (student pobliskiej uczelni), który zawsze kupował bułkę oraz butelkę wody. Nigdy nie poznałam kogokolwiek tak pozytywnego i miłego jak on — zawsze potrafił poprawić humor anegdotką i uśmiechem, wielokrotnie pomagał innym klientom, często odnosił zakupy starszym osobom do samochodu. Widziałam wiele razy, jak podnosi śmieci z chodnika i wyrzuca do śmietnika. Elokwentny, inteligentny, z bardzo bogatym słownictwem — po prostu złoty chłopak.
Za każdym razem jak wychodził, mówił: „Do widzenia, miłego dnia”. Ostatnim razem zaskoczył mnie, żegnając się tekstem Paktofoniki: „Jestem Bogiem, uświadom to sobie, sobie. Ty też jesteś Bogiem, tylko uświadom to sobie, sobie”.
Dzisiaj znalazłam informację, że się powiesił.
Z moją mamą zawsze miałam przyjacielskie stosunki, czasami miałam nawet wrażenie, że zachowuje się bardziej jak koleżanka niż matka. Moi rodzice się rozstali, gdy miałam 13 lat, ponieważ tata lubił sobie wypić, ale z perspektywy czasu widzę, że to mama robiła z niego pijaka, gdy on po prostu lubił sobie od czasu do czasu wypić z kolegami, poczuć wolność, a nie tylko siedzieć w domu. Mama zawsze robiła mu o to spiny, bo ona jest zagorzałą abstynentką. Z perspektywy czasu wiem, że moja mama też nie była święta, bo potrafiła zrobić tacie karczemną awanturę o to, że przeszedł po świeżo umytej podłodze itd. Mój tata zazwyczaj gdy był wypity, to kładł się spać i tyle. Tylko jeżeli ona pierwsza zaczęła awanturę, to się z nią kłócił, ale zazwyczaj i tak szedł spać, gdy ona dalej się wściekła. Miałam 13 lat, gdy się rozeszli i wtedy miałam już za sobą jakieś pierwsze wagary itd. Ich rozstanie bardzo przeżyłam, bo to były czasy, gdy ludzie potrafili się śmiać, że ktoś jest z rozbitej rodziny. Ja od zawsze byłam cicha i nieśmiała, a to mnie dobiło. Przestałam chodzić do szkoły, były wizyty wychowawczyni w domu itd. Zaczęto podejrzewać u mnie fobię szkolną (mama w to nie wierzyła, cały czas wmawiała mi, że jestem leniwa i tyle, a to tylko powód, żeby dała mi spokój i żebym miała usprawiedliwienie dla innych na moje lenistwo). W niedługim czasie dostałam z tego powodu kuratora, wysłano mnie także do psychologa, a potem psychiatry. Mama w końcu chyba zaczęła wierzyć, ale na dobrą sprawę nie robiła z tym nic więcej. Wysyłała mnie do psychologów, bo tak kazano. Gdy nie chciałam tam chodzić, bo widziałam, że to mi nie pomaga, to machała na to ręką, nie czułam od niej wsparcia i chęci pozbycia się tego problemu. Z perspektywy czasu myślę, że mamie było tak wygodniej, miała swoje życie i sprawy, a ja coraz bardziej zaczynałam zamykać się w swoim pokoju i fobia szkolna przeradzała się w społeczną.
Po jakimś czasie udało się znaleźć mi dobrego psychologa, który miał podejście i zaczęłam z tego powoli wychodzić. Ale mam mamie za złe to, że nawet wtedy nie „pchała” mnie w kierunku rozwoju. Miała wszystko gdzieś, przez chorobę i jej zaniedbanie tego skończyłam szkołę dopiero zaocznie w wieku 20 lat, gdy wyszłam z choroby i zaczęłam walczyć o siebie. Przez jej zaniedbanie i bycie bardziej koleżanką niż mamą w wieku 15 lat przyprowadziłam chłopaka o 7 lat starszego ode mnie poznanego w internecie. Przyjechał do mnie z daleka i mama pozwoliła, żeby został i tak mieszkał z nami przez jakiś czas. Mam jej to za złe z perspektywy czasu, bo byłam zagubioną gówniarą, a ona nie pokazała mi, co jest dobre, a co nie. Dopiero gdy miałam 18 lat, odnowiłam kontakt z tatą i to dzięki niemu na wiele spraw spojrzałam innym okiem. Mam żal do mamy, że nie starała się być moim rodzicem, tylko chciała być moją kumpelą.
Od momentu zajścia w ciążę w ogóle nie uprawiamy seksu, trwa to ponad pół roku. Kobieta mówi, że nie ma żadnego libido, odkryłem jednak, że dość często się masturbuje (ona nie wie, że ja wiem), choć oczywiście cały czas twierdzi, że nie ma żadnego libido. Nie chcę jej drażnić, żeby nie wpłynęło to negatywnie na ciążę, ale niestety mnie okłamuje i nie chce żadnego współżycia, zbliżeń, jakichkolwiek czułości. Co mam zrobić w tej sytuacji? Powiedzieć jej prawdę mimo ciąży? Ja jako wysportowany facet mam dość duże libido i niestety denerwuje mnie mocno ta sytuacja.
Odmówiłem chrześnicy konsoli na urodziny. Było tylko: „wujek kup”. Koniec. Rodzina naciskała na mnie. Nie było mnie stać.
Pewnego dnia do mojej pracy podjechała policja. Zapytali o mnie. Założyli mi kajdanki na ręce i wyszliśmy. Na komendzie dowiedziałem się, co się stało – zostałem oskarżony o gwałt na chrześnicy. Dostałem zarzut, nie przyznałem się. Trafiłem na dołek. Prokurator stawiał mi zarzuty. Nie przyznałem się do niczego. Prawnik, który mnie bronił, mówił, że sprawa jest poważna. Chrześnica zeznała, że ją dotykałem, że próbowałem coś robić itd. Sprawa sądowa. Czułem się jak najgorszy zwyrodnialec, a nic nie zrobiłem. Rodzina mnie znienawidziła. Straciłem pracę. Jedyną osobą, która mi wierzyła, była moja żona.
Po opinii psychologa oraz całego sztabu osób wyszło, że chrześnica kłamała. Chciała mnie „ukarać” za brak konsoli. Zostałem uniewinniony. Wyszedłem na wolność. Rodzina mnie przepraszała, chrześnica udawała, że nic się nie stało. Nie chcę ich znać.
Od momentu zatrzymania do wyjścia minęły dwa lata. Dwa lata życia, które mi zabrano. W więzieniu byłem bity, katowany, próbowano mnie gwałcić. Straciłem dwa lata życia przez cholerne kłamstwo. Moja chrześnica nie ma żadnych konsekwencji z powodu tego, co zrobiła. Gdzie tu sprawiedliwość?
Mam 32 lata, akurat nikogo nie mam.
Jakoś tam w miarę wyglądam, powiedzmy, że jakieś powodzenie u kobiet jest.
Wynajmuję kawalerkę w dużym mieście, nie zarabiam aż tak źle, ale przez wynajem dużo odchodzi z tej wypłaty.
Jestem w sytuacji, gdzie tkwię w miejscu, za bardzo nie odłożę, do rodziców mieszkać nie wrócę, mieszkają na małej wsi z dala od miasta. Niby mógłbym wynająć pokój, ale użerać się ze współlokatorami... za stary jestem na to.
Kredytu nikt nie da na tyle dużego, żeby coś kupić, na wkład własny nie odłożę.
Jak poznaję kobiety, jest mi głupio, że mając 32 lata, stoję w miejscu, nie mam nawet własnego mieszkania (wiadomo, że by było na kredyt).
Oczekiwania kobiet też są z kosmosu.
Od 2 lat nie byłem na randce, nawet już ucinam wszystkie sytuacje, które mogą do tego prowadzić.
Nigdy nie sądziłem, że mając tyle lat, aż tak bardzo niczego nie będę miał.
Jestem z moim narzeczonym od 5 lat. Od 2 lat jesteśmy zaręczeni i właśnie od tego momentu zaczęłam czuć się coraz bardziej samotna. Od początku nie byliśmy idealną parą — oboje pochodzimy z trudnych domów. Ja szybko wybucham, a on często dolewa oliwy do ognia. Mimo to zawsze potrafiliśmy się dogadać… aż do początku 2023 roku. Wtedy mój narzeczony z dnia na dzień zdecydował, że wyjedzie do pracy za granicę, „dla naszego dobra”. Z perspektywy czasu widzę, że byłam od niego uzależniona emocjonalnie i fizycznie. Mam zdiagnozowaną nerwicę i ataki paniki, więc jego wyjazd bardzo mnie uderzył. Mieszkaliśmy razem już od 6. miesiąca związku, a nagle zostałam sama. Miałam wtedy ostry atak paniki — zadzwoniłam do niego z siostrą, prosząc o wsparcie, ale on odrzucił połączenie, bo grał z bratem w FIFĘ… Mam wrażenie, że wtedy coś we mnie pękło, ale on przeprosił i ja oczywiście mu to wybaczyłam i zrozumiałam, że to ja jestem histeryczką. Później znalazłam pracę w tej samej firmie i przeprowadziliśmy się razem do Norwegii. Tam mi się oświadczył. Niestety praktycznie cały czas byłam tam sama, bo dla niego praca zawsze była najważniejsza. Nie potrafiłam się odnaleźć — trafiłam na ciężki fizycznie dział i wytrzymałam jedynie pięć miesięcy. Wróciliśmy do Polski, ale od tego czasu wszystko zaczęło wyglądać inaczej. Gdy zaczęliśmy się spotykać, miałam 16 lat. Teraz mam 21 (on ma 23) i widzę między nami ogromne różnice. Ja potrzebuję partnera, który będzie mnie wspierał, bronił i stawiał nasze relacje wyżej niż pieniądze. On jest pracoholikiem, a kwestie finansowe są dla niego priorytetem. Kiedyś tego nie dostrzegałam, ale teraz wiem, że związek nie powinien tak wyglądać. Nigdy nie byliśmy na wakacjach, nie zabrał mnie do restauracji, nie dostałam od niego nawet drobnego własnoręcznego prezentu — chociaż ja zrobiłam dla niego chyba wszystkie możliwe DIY z internetu. Nie słyszę od niego komplementów. Niezależnie od tego, ile mieliśmy pieniędzy, zawsze siedzieliśmy tylko w domu. Nawet do kina nie pojedziemy… Kocham go, ale mam wrażenie, że się w tym związku duszę. W domu jest pomocny — gotuje, sprząta — ale ja potrzebuję czegoś więcej. Chcę poznawać świat, przeżywać coś, a nie tylko żyć pracą i czterema ścianami. Najbardziej boli mnie to, że nigdy mnie nie obronił. Nawet wtedy, gdy jego brat nazwał mnie k…, ani razu nie stanął po mojej stronie. Kiedy ktoś się ze mnie śmiał — milczał. Czuję, że marnuję swoje najlepsze lata przy kimś, kto tak naprawdę mnie nie kocha… A mimo to sama kocham go za bardzo. Nie wiem, co mam zrobić, jak dalej żyć, praktycznie nie jem od miesięcy, nerwica się nasiliła... śpię po 12h na dobę, zabija mnie samotność.
Potrzebuję porady...
Nie wiem, czy też tak macie, ale ja zawsze dopiero po czasie, po kilku dniach, zdaję sobie sprawę, że kobieta próbowała mnie poderwać, zagadać.
Dużo razy tak miałem, że będąc w miejscu publicznym, obca kobieta rzuciła zdaniem, uśmiechnęła się, czekała na reakcję...
Myślałem nad tym, co jeśli to kobiety wybierają sobie faceta, pozwalają się poderwać, jednocześnie dając nam iluzję, że to my podrywamy.
Takie pociągnie po cichu za sznurki.
Moja przyszła synowa to prawdziwa „madka bombelka”. Roszczeniowa, wrzaskliwa, obrażalska, leniwa manipulatorka. Jej sposób na życie to „dej, mam chorom córkie”. Leży i pachnie, gdy syn tyra na dwa etaty.
Serce mi się kraje, że mój syn trafił na takiego pasożyta.
Przychodzi taki czas w życiu, w którym ono nas przygniata. Stres staje się nieznośny, a człowiek ma ochotę uciec, rzucić to wszystko, żeby tylko to się skończyło. I taki czas mam teraz ja. I chcę się tym z wami podzielić.
Źródeł mojego stresu jest kilka: mąż, dom, praca. Mąż jest świetny. Kiedy go poznałam, bardzo długo nie chciałam zacząć się z nim spotykać, bo uważałam, że jak tylko lepiej mnie pozna, uzna, że jestem bezwartościowa. Nawet jak uległam i zaczęłam najpierw umawiać się z nim na randki, a potem weszliśmy w oficjalny związek, czułam, że to zaraz się skończy. Nawet teraz, po ślubie czuję, że nie zasłużyłam na niego. Ponadto przyzwyczaiłam się, że moi partnerzy niewiele sobą reprezentują i wszystko jest na mojej głowie. Tutaj dzielimy się obowiązkami, a ja nie mogę pozbyć się poczucia winy, że muszę czasem zapytać o coś męża, bo ja tego nie wiem. Jestem za głupia, za mało ogarnięta. Ale to taki mniejszy stresor. Drugi mniejszy stresor to dom. Po wielu latach wreszcie mamy swój kąt. Mieszkanie własnościowe. A ja czuję wstyd, bo nie zapracowałam na nie całkiem sama, nie zasłużyłam.
Trzeci aspekt to praca. Zawsze celowałam w prace „na moim poziomie” i zawsze były to kiepskie prace. Jakimś cudem złapałam to, co mam teraz. Firma jest świetna. Traktują mnie jak człowieka, szanują. A mimo to ja wciąż boję się, że mnie wywalą za to, że za często chodzę do WC, albo zobaczył mnie ktoś z telefonem w ręku, albo dużo piję herbaty. I każdy, najmniejszy błąd, doprowadza mnie do histerii, bo czuję, że jestem zbyt głupia na to stanowisko. W poprzednich pracach po takim czasie byłam już ekspertem, tu wciąż się uczę, wciąż wielu rzeczy nie rozumiem. Dobija mnie to, chciałabym rzucić tę pracę.
Dodaj anonimowe wyznanie